Ludwig Wittgenstein: "Tractatus Logico-Philosophicus"
Kultowy Tractatus jest wśród absolutnych klasyków filozofii pozycją szczególnie problematyczną w lekturze, szczególnie dla amatora. Choć pod wieloma względami czyta się go prościej niż wiele wcześniejszych dzieł - jest dość krótki, napisany bardzo precyzyjnym językiem, uporządkowany i nawet nie zawiera jakiegoś dzikiego nagromadzenia złożonych pojęć zbudowanych przez poprzedników - to w pewnym sensie jest najtrudniejszy. Nie wystarczy na nim się skupić ani nawet nadążać za tym, co filozofia wypowiedziała do tej pory, ale trzeba też mieć w jakimś stopniu specjalistyczną wiedzę z dziedziny logiki matematycznej, by zrozumieć każdą tezę - a tych, których bez tej wiedzy zrozumieć nie sposób, jest tutaj dużo, porządne kilkadziesiąt procent.
W związku z powyższym spora część dzieła pozostała poza moim zasięgiem - przynajmniej na razie, gdy jeszcze nie zapragnąłem wyjaśniać sobie z pomocą innych źródeł wszystkiego krok po kroku, lecz chciałem w miarę płynnie to przeczytać. Nie przeszkodziło mi to jednak Traktatu doznać na kilku poziomach i zaliczyć go do grona moich ulubionych dzieł filozoficznych. Po pierwsze, fundamentalna koncepcja Wittgensteina świata jako zbioru faktów, praw logiki jako apriorycznego odwzorowania praw rzeczywistości - jakkolwiek w technicznych szczegółach nie jestem w stanie się w nią wgryźć - intuicyjnie wydaje mi się błyskotliwa i pociągająca. Rozważania na polu filozofii języka, mniej lub bardziej zrozumiałe, nakierowują umysł odbiorcy na ten fascynujący obszar i skłaniają do refleksji nad trójstronną relacją języka, myśli i rzeczywistości - jeśli nie wspólnie z autorem, to przynajmniej we własnych możliwościach. Po drugie i najważniejsze, antymetafizyczne i mistyczne jednocześnie (co samo w sobie jest ujmującym paradoksem - paradoksem przynajmniej pozornym) konsekwencje analizy Wittgensteina są bliskie mojemu filozoficznemu światopoglądowi i wypowiedziane zostają tutaj w sposób zapadający w pamięć, czego konsekwencji dla siebie nie jestem jeszcze w stanie oszacować (choć spodziewam się raczej subtelnych, mając poczucie, że większość załatwił już filozof z Królewca - stąd też, wraz z umiarkowanym stopniem zrozumienia, ocenę przypisuję tu niższą, niż bym mógł). Dla mnie to, do czego autor dochodzi, jest pięknym przedłużeniem jądra kantyzmu, szlachetnego sceptycyzmu wobec tego, co możemy i o czym jesteśmy w stanie mówić, teraz i kiedykolwiek. Że nie staje się to punktem wyjścia do wyprowadzenia (de facto) własnej metafizyki, jak uczynił Kant, lecz do nakazu milczenia i przyjęcia postawy mistycznej wobec niewyrażalnego, tym lepiej. Ustępy o "ja" jako granicy zostaną ze mną na długo.
Po trzecie i nie najważniejsze, ale istotne, jest to na swój sposób piękne dzieło literackie, choć to piękno specyficzne, jeszcze bardziej specyficzne niż zwykle w przypadku tej "ładnie napisanej" filozofii. Traktat pozornie ma formę oschłej pracy naukowej, ale w gruncie rzeczy obdarzony jest kunsztowną konstrukcją i momentami urzekającym rytmem i dramatyzmem. Otwarcie i zakończenie są potężne jak w wielkiej symfonii; to, w jaki sposób pod koniec rozbioru piątej i szóstej tezy wywód przechodzi ze specjalistycznych analiz logiki do kwestii metafizycznych, jak suche i pełne matematycznych symboli zdania nagle przemieniają się w ciężkie, otoczone jakby religijnym nimbem, niepozbawione pewnego liryzmu wyroki - wywiera spore wrażenie estetyczne i emocjonalne. Nie potrafię z wielu względów zweryfikować tezy, że Tractatus jest najważniejszym dziełem filozoficznym XX wieku, jaką stawia choćby Bogusław Wolniewicz we wstępie do polskiego wydania i pewnie mnóstwo innych osób - mogę się z nią tylko zgodzić intuicyjnie i niewiążąco, a nawet dorzucić do tego wiek XIX, bo nic równie doniosłego nie wydało mi się od Krytyki czystego rozumu. To, co mogę stwierdzić z większym przekonaniem, to że pod względem estetycznym chyba tylko Świat jako wola i przedstawienie zaimponował mi bardziej.

Komentarze
Prześlij komentarz