Indywidualności popu (6/200): Gong
Czas / Miejsce / Nurty
1967-... / Melbourne, Australia; Anglia; Francja / Canterbury Scene, Psychedelic Rock, Jazz-Rock, Space Rock
Sedno wyjątkowości
Stworzyli jedyne w swoim rodzaju oblicze rockowej psychodelii, mieszając kosmiczną estetykę, prog-rocka z intensywnymi wpływami jazzowymi i bogatą fakturą oraz ekscentryczny humor. W swoich najlepszych chwilach osiągali jedne z wyższych szczytów dziwactwa i niezrównoważenia w historii muzyki popularnej, łącząc to jednak z pewnym ciężarem emocjonalnym.
Kluczowe postacie
Gong nie był typowym zespołem pozornym, w którym różni muzycy, w tym przypadku w ogromnych liczbach, są tylko wykonawcami wizji jednego artysty (zwłaszcza że często rozszczepiał się na odłamki), ale miał postać bezdyskusyjnie fundamentalną i wiodącą w osobie Australijczyka Daevida Allena (1938-2015) - de facto jedynego założyciela, lidera przez większość istnienia, autora lub współautora znacznej większości kompozycji w kluczowym okresie, gitarzysty, wokalisty, okazjonalnie basisty i klawiszowca. Za Allenem prawie zawsze podążała Angielka Gilli Smyth (1933-2016), wokalistka i jego żona. Francuz Didier Malherbe (1943-...) był obecny w zespole w całym jego klasycznym okresie i miał istotny wkład w postaci instrumentów dętych, kluczowych dla brzmienia Gongu. Anglicy Tim Blake (1952-..., syntezatory) i Steve Hillage (1951-..., gitara prowadząca) odgrywali dużą rolę w nagraniach trylogii albumów uważanych za najlepsze w dorobku zespołu.
Opus magnum
Flying Teapot (1973): 8.5/10
Flying Teapot jest zdecydowanie najmocniejszy, jeśli chodzi o to, co w Gongu chyba jednak najważniejsze, czyli specyficzne oblicze rockowej psychodelii, podszytej trochę nie za ciężką estetyką kosmiczną, konsekwentnie przełamywanej dość Barrettowskim z ducha infantylizmem i humorem, intensywnie mieszającej powagę z farsą, emocjonalną głębię z bezczelną zabawą, kunszt z wygłupami. Tu maksymalizuje się i przybiera najbardziej wyrafinowaną formę dziwactwo, wariactwo i nieprzewidywalność, do którego Gong od początku istnienia był predestynowany i bez którego staje się jeszcze jednym jałowym prog-rockowym męczeniem instrumentów. To też nie tylko najlepszy, ale moim zdaniem po prostu jedyny album, na którym "kosmiczne" ambicje Allena doczekały się w pełni satysfakcjonującego spełnienia - zespół dotknął tu kosmicznej atmosfery stopniowo, za pośrednictwem zintensyfikowania psychodelii, zaczynając z bardziej przyziemnych rejonów tworzyć estetykę odmiennych stanów świadomości i dopiero potem destylując z niej kierunek odlotu konkretnie kosmicznego. O ileż lepsze to niż zgubna (jeśli nie ma się do tego ogromnego talentu rzędu, powiedzmy, Klausa Schulzego czy rzeczonego Syda Barretta) droga na skróty, jaką jest zasypywanie nagrania "kosmicznymi" dźwiękami elektroniki od pierwszych sekund i jaką Gong poszedł na You.
To też najlepszy album pod względem innego atutu, jakim jest złożona i bogata faktura gongowego grania (z której wyrasta też bardzo ładne brzmienie), wiele zawdzięczająca silnym wpływom jazzu. Nie jest to tak wypastowane i dopracowane technicznie oraz produkcyjnie jamowanie jak na You, ale za to jest bardziej śmiałe, intensywne, ostrzejsze i zróżnicowane. Didier Malherbe ze swoim dętym wkładem jest tutaj fundamentalny zarówno z brzmieniowego, melodycznego, jak i fakturalnego punktu widzenia; duża rola gitar pozwala nie zapomnieć o rockowym rdzeniu muzyki; wokale szczęśliwie pojawiają się często i uwypuklają ukierunkowanie emocjonalne, jako że Gong według mnie do czysto instrumentalnego grania nie był stworzony; syntezatory Tima Blake'a nie wychodzą przed szereg, lecz subtelnie współtworzą bogate brzmienie; porywająca perkusja bardziej niż sprawnie prowadzi niełatwą rytmikę tych kompozycji i dokłada się do gęstości dźwięku, a głęboki i zapracowany bas stanowi bezdyskusyjny korzeń, brzmieniowy i harmoniczny. Wszystko ma znaczenie, dzięki czemu całość nosi znamiona kunsztownej. Oczywiście tytułowy utwór, połączenie psychodelicznego tripu kosmicznego z rozkosznym jazz-rockowym jamem, jest tego najlepszym przykładem, ale ten atut w mniejszym lub większym natężeniu jest odczuwalny właściwie od pierwszej do ostatniej minuty całego dzieła.
Może jednak jeszcze ważniejsze jest to, że tutaj i tylko tutaj, nie licząc pojedynczych piosenek z innych albumów, Gong osiągnął jakąkolwiek głębszą wymowę emocjonalną. Flying Teapot zaczyna się jak farsa i często do tej farsy mniej lub bardziej powraca, ale zaskakująco od drugiego utworu właściwie co rusz dzieje się coś poruszającego. Emocje otrzymują tu bardzo sensowną narrację; ich oś leży na utworze tytułowym (wprowadzającym za pomocą hipnotycznego tripu w jeszcze nieokreśloną sferę emocji w ogóle), na Zero the Hero and the Witch's Spell, gdzie dochodzi do kulminacyjnego obnażenia gołych, zdesperowanych emocji, oraz na utworze finalnym, będącym czymś w rodzaju odciążającego klimaksu, który sam zawiązuje i rozładowuje napięcie erotyczne. Emocjonalność jest tu bardzo nienormatywna, tym bardziej, że współwystępująca z typową Gongową farsą, ale przy tym wciąż autentyczna i miejscami nawet głęboka - daje mi bardzo lekkie, ale jednak nobilitujące skojarzenia z Rock Bottom Roberta Wyatta (toutes proportions gardées).
Poza Flying Teapot Gong to dla mnie w zasadzie już tylko pojedyncze kawałki, z których w dodatku większość jest gorsza niż większość kawałków tutaj. Szczególnie dziwnym przypadkiem jest dla mnie album You, ostatni z klasycznego okresu zespołu i ostatni przed odejściem Allena, który tradycyjnie uważa się za rywalizujący o status najlepszego, obdarzony dla wielu statusem kultowym. Technicznie jest być może najlepszym i ogólnie to ciągle dobra muzyka, w pewnych aspektach imponująca, ale generalnie rzecz biorąc to Gong zmanierowany, mocno już opadły z mocy kreatywnych, skoncentrowany na samym stylu bez substancji, z humorem zamienionym na kiczowatą baśniowość, z dość naiwną wizją kosmosu; z wyraźnie gasnącym wpływem Allena. Jeśli cokolwiek z dorobku zespołu domaga się jeszcze uważnego wglądu, to prędzej już Angel's Egg, gdzie zabrakło większej wizji, ale kreatywności ciągle było dużo.
Inne wybrane dzieła
1. Magick Brother (1970): 7.0/10
2. Camembert electrique (1971): 7.0/10
3. Angel's Egg (1973): 7.0/10
4. You (1974): 7.0/10
Najlepsze utwory
9.0 Flying Teapot
8.5 Zero the Hero and the Witch's Spell
8.0 Chain Store Chant - Pretty Miss Titty | I Niver Glid Before | Master Builder | The Pot Head Pixies | Radio Gnome Invisible | Sold to the Highest Buddha | You Can't Kill Me





Komentarze
Prześlij komentarz