Powiat zgorzelecki. W zakamuflowanej ziemi obcej

Świat idzie naprzód i w świadomości coraz większej liczby ludzi Dolny Śląsk staje się synonimem województwa dolnośląskiego. Staje się również dla mnie, choć wiem, że to pewne nadużycie. Z moich obserwacji wynika, że stosunkowo niewiele mieszkańców tych okolic, zwłaszcza mieszkańców młodych, zdaje sobie sprawę, że granice jednostki administracyjnej nie pokrywają się ściśle z granicami krainy historycznej. Że Dolny Śląsk zarówno sięga dalej, nachodząc - i to znacząco - na województwa lubuskie i opolskie, jak i nie wypełnia województwa dolnośląskiego w stu procentach. Dwa powiaty należą nawet  z historycznego punktu widzenia w całości do innych krain. Jeden z nich geograficznie oddziela się mocno nie tylko od województwa, ale nawet od całej Polski, natomiast drugi jest trudniejszy do zlokalizowania. Daje jednak wskazówkę - to ten najbardziej oddalony od Wrocławia, czyli powiat zgorzelecki.

To jeden z tych bardzo nielicznych powiatów w Polsce, które graniczą z dwoma innymi państwami jednocześnie - ten oczywiście z Niemcami i Czechami. Dodatkowo graniczy również z innym województwem, lubuskim, i w końcu dopiero z dolnośląskimi powiatami lubańskim i bolesławieckim. Ziemie te to historycznie Górne Łużyce (w lokalnym języku Hornja Łužica), do XV wieku zwane Milskiem, związane z odrębną grupą etniczną Serbów łużyckich czy też Serbołużyczan, a dokładniej ich podkategorii - Górnołużyczan (do których ciągle przynależność czuje około 30 tysięcy ludzi). Związane z odrębnym językiem i z odrębną historią, choć dość mocno zbliżoną do historii Dolnego Śląska. Upraszczając fakty, tu było nieco bardziej niemiecko. Plemię słowiańskie, ale pierwsze państwowość tych ziem była germańska - nie Mieszko I, a dopiero Bolesław Chrobry przyłączył je do Polski. Również długie lata władali tu Czesi, ale Niemcy konsekwentnie ich podgryzali i odebrali Górne Łużyce ponad sto lat wcześniej niż Dolny Śląsk - już w pierwszej połowie XVII wieku weszły w obręb Elektoratu Saksonii. Ustalenia po II wojnie światowej rozdzieliły dawne Górne Łużyce na część polską i niemiecką.

Czy cały ten historyczny wywód ma jakieś znaczenie dla współczesnej tożsamości i charakteru terenów tego powiatu? Prawdę mówiąc, raczej znikome, choć nie żadne. O ile w łużyckiej części powiatu lubańskiego nie odczuwałem jeszcze za mocno tej odrębności, to tutaj już trochę zacząłem - znika tu charakterystyczna dla Dolnego Śląska tajemnicza atmosfera, wszystko zdaje się bardziej transparentne i otwarte, da się odczuć delikatną modyfikację zabytkowej części budownictwa, a w końcu co do zasady jest po prostu mniej ciekawie. Są na właściwym Śląsku powiaty mniej atrakcyjne od zgorzeleckiego, ale nie ma ich zbyt wiele. Bardziej niż z miejscami, które chciałoby się zobaczyć, kojarzyć mi się będzie ten teren z wielkim przemysłem energetycznym oraz z "przemysłem" obsługującym strefę graniczną - z kantorami, sklepami z alkoholem i papierosami, autostradą. Jeśli ktoś nie zamierza skorzystać ze Zgorzelca jako bramy do Görlitz, ciężko będzie mu uprawiać turystykę postrzeganą chociaż w miarę klasycznie. Na jednodniowy objazd bez nadziei na doświadczenia życia jest to jednak przyjemny powiat. Poza tym, że da się w nim znaleźć trochę ładnej architektury, to w dodatku jego południowe tereny mają jeszcze sporo nierówności, a północne to już legendarne Bory Dolnośląskie.

Powiat zgorzelecki jest szóstym największym i piątym najbardziej zurbanizowanym (nie licząc powiatów-miast). Miast jest tu aż pięć, ale tylko jedno posiada przyzwoity rynek miejski i od niego właśnie rozpocząłem zwiedzanie. Zawidów (Seidenberg) ma nieco ponad cztery tysiące mieszkańców i prawa miejskie od 1255 roku, a historycznie słynie z sukiennictwa. Poza rynkiem nie ma tu nic szczególnie interesującego, ale ten jest bardzo przyjemny - rozległy, pochyły, zadbany i urozmaicony zielenią.




Z Zawidowa skierowałem się już do jednego z najbardziej specyficznych geograficznie kawałków Polski - jej południowo-zachodniego narożnika, który w gruncie rzeczy jest "półwyspem": fragmentem polskiego lądu, wrzynającego się nie w morze, a w Niemcy i Czechy. Ten teren, będący częścią Kotliny Turoszowskiej, słynie z kopalni węgla brunatnego Turów i elektrowni o tej samej nazwie, czwartej co do wielkości w kraju. Jej potęga ukazała mi się już z trasy.

Zmierzałem do Bogatyni (Reichenau in Sachsen), miasta, na terenie którego znajduje się obecnie większość kopalni i elektrownia. Miejscowość, dziś siedziba jednej z najbogatszych gmin w Polsce i jedna z większych w województwie (21. miejsce z 17 tysiącami mieszkańców), istnieje już od XIII wieku, ale prawa miejskie otrzymała dopiero w czasach polskich, od razu po wojnie. Ze wszystkich miast powiatu jest najgodniejsza odwiedzin, choć nie są to odwiedziny sielankowo przyjemne. Nie wiem, czy przez bliskość dwóch granic, czy przez przemysłowy charakter podregionu, ale tak czy inaczej w Bogatyni ruch koło południa jest niczym w centrum Wrocławia w godzinach szczytu - i pieszy, i samochodowy. Dla przynajmniej dwóch rzeczy warto go przeżyć. Tym nieco mniej istotnym jest Kościół Niepokalanego Poczęcia NMP, który reprezentuje jeden z ładniejszych, bardziej zbliżających się do pierwowzoru neogotyków w województwie, mimo że jak większość takich świątyń pochodzi z XIX wieku. Nie udało się niestety wejść do środka, a widzę ze zdjęć, że i ono jest bardzo godne.




Do Bogatyni przyjechać trzeba jednak przede wszystkim dla zespołu domów przysłupowych w centrum miasta, które prezentują typowo górnołużyckie budownictwo. Nawet jeden taki dom, zwłaszcza odrestaurowany, byłby perełką godną odwiedzin, a jest ich tu mnóstwo, choć odnowione tylko niektóre. Jeśli z całego powiatu wybrać miałbym jedną rzecz, to właśnie te domy stanowią dla mnie największą atrakcję.







Na obrzeżach Bogatyni rzuciłem okiem na ścianę skalną, będącą pozostałością po kamieniołomie. Niezła, choć jako że byłem bezpośrednio po wizycie w powiecie lubańskim, to nie zrobiła potężnego wrażenia.

Sporo z potęgi ma natomiast wrażenie, które dostaje się przy spoglądaniu na gigantyczne wyrobisko kopalni Turów - olbrzymią dziurę w ziemi, wyglądającą trochę jak pustynia. Widok to trochę niesamowity, trochę smutny, trochę piękny i niepowtarzalny. Miejsce, z którego zrobiłem zdjęcia, to najdalej położony od mojego Wrocławia punkt w województwie, w którym się znalazłem.



Niedługo potem byłem już w Zgorzelcu (górnołużycki Zhorjelc), stolicy powiatu i dwunastym mieście województwa na 30 tysięcy mieszkańców. Miałoby ich prawie 90 tysięcy, gdyby po drugiej wojnie światowej nie zostało przecięte na dwie części - polską i niemiecką, oddzielone jedynie rzeką Nysą Łużycką. To nie jedyny taki przypadek na terenie polski, nie jedyny nawet na granicy z Niemcami, ale na tej granicy ten najbardziej wyrazisty. Być może samo to jest największą atrakcją miasta - że można z niego, i to z jego centrum, przedostać się krótkim pieszym mostkiem do centrum miasta niemieckiego, czyli Görlitz.

Niemiecka część dawnej całości, która prawa miejskie miała już od 1303 roku, ma dużo piękna i ma go bez najmniejszych wątpliwości dużo więcej niż część polska. I u nas jednak można zawiesić na czymś oko. Najbardziej okazałym kawałkiem architektury w Zgorzelcu jest położony w ładnym parku Miejski Dom Kultury, który dawniej był Górnołużycką Halą Chwały. Zbudowany na przełomie XIX i XX wieku, reprezentuje bombastyczny, monumentalny neoklasycyzm - może nawet trochę zbyt monumentalny, kojarzący mi się odrobinę ze stalinizmem, tym niemniej bardzo przyciągający wzrok.





Poza nim warto wybrać się nad Nysę Łużycką, gdzie rozciąga się przyjemna panorama Görlitz, zdominowana przez sylwetkę gotyckiego kościoła, ale gdzie i po polskiej stronie odnajdziemy ładny rząd kamienic. W jednej z nich można odwiedzić symboliczną wystawę, poświęconą Jakubowi Böhmemu, niemieckiemu domorosłemu filozofowi, mistykowi i prawdopodobnie prekursorowi środków psychodelicznych, który w tej kamienicy właśnie mieszkał. Przyznam, że nie powstrzymałem się przed zajrzeniem na drugą stronę granicy - zwłaszcza że pchała mnie do tego jakaś siła, jakby wiatr z dalekiego wschodu - ale na temat Görlitz nie będę się wypowiadał wcześniej niż po podróży po Saksonii.









Pozostało mi jeszcze odwiedzić dwa miasta, do których bez wątpienia bym nie zajechał, gdyby nie postanowienie odwiedzenia wszystkich miast w województwie. Pieńsk nie jest w sumie taki mały - ma prawie sześć tysięcy mieszkańców - ale prawa miejskie otrzymał dopiero w 1962 roku i bardzo to widać. Nie ma tu rynku, nie ma poważniejszych zabytków. Centrum miasta wyznacza ulica Hutnicza - w sumie bardzo przyjemny deptak z neoromańskim kościołem, ale też nic specjalnego.


Ostatnią przyjemnością, jaka spotkała mnie w powiecie zgorzeleckim, była trasa wśród Borów Dolnośląskich - największego lasu w Polsce. Większość tego kompleksu nachodzi na powiat bolesławiecki, więc przy innej podróży zajmę się nim szerzej, ale miło było przemierzać ten teren w jesiennych barwach. Właśnie Bory sprawiają, że Węgliniec (Kohlfurt), choć nie ma w nim nic szczególnie ciekawego i prawa miejskie dzierży od 1967, jest przynajmniej jednym z najciekawiej położonych miast w województwie - szczelnie otoczonym przez gęsty i rozległy las. Panuje w nim dziwna atmosfera i da się odczuć swoiste odcięcie od reszty świata. Centrum stanowi Plac Wolności - przyjemna przestrzeń z małym parkiem na środku.





Pozostało ostatni raz wsłuchać się w kumkanie rozgorączkowanych żab i wskoczyć na pobliską A4, by wrócić do Wrocławia. Powiat zgorzelecki, sam w sobie średnio piękny i interesujący, miał szczęście trafić na ostatni dzień października i tym samym zapisać się w mojej pamięci mocniej, niż zapisałby się normalnie.

Komentarze

Prześlij komentarz