Arthur Schopenhauer: "Świat jako wola i przedstawienie"

1818-1844 / przekład: Jan Garewicz

Dzieło filozoficzne, które dało mi najwięcej przyjemności z lektury ze wszystkich, jakie w życiu czytałem, dostarczyło mi zarówno rozczarowania, jak i pozytywnego potwierdzenia. Pierwsze wyraża się w zdaniu, że Arthur Schopenhauer nie okazał się - na co bardziej niż trochę liczyłem - najwyżej przeze mnie cenionym filozofem w dziejach i nie wiem nawet, czy nazwałbym go filozofem naprawdę wielkim, mierząc miarą znaczenia w rozwoju ludzkiej myśli. Drugie z kolei w zdaniu, że mimo to okazał się silnym kandydatem na mój ulubiony umysł w dziejach.

Schopenhauer przedstawia swoje opus magnum jako wyraz "jednej, jedynej myśli" i właściwie jest to prawda. Myśl ta składa się z tysiąca pośrednich, rozgałęzia na nieskończoność dziedzin, wznosi jako nadbudowa (i przebudowa) na gmachu wzniesionym już dotychczas, zwłaszcza przez Kanta, ale rzeczywiście jej jądro cechuje pewna zwięzłość, a za jej pośrednictwem prawie całe to ogromne dzieło spowija spójność i konsekwencja. Moim zdaniem, na gruncie filozoficznym, myśl ta chybia celu - oto główna i jedyna treść mojego rozczarowania. Schopenhauer według mnie ostro przeszacował, wręcz zachował się dość buńczucznie (to jest adekwatnie do swej obrazoburczej i drapieżnej osobowości) - wychodząc od szlachetnego kantowskiego sceptycyzmu zdradził go ostatecznie i uznał, że o rzeczy samej w sobie można powiedzieć całkiem sporo, a nawet że on jako pierwszy w dziejach może to zrobić, nawet jeśli intuicyjnie to poznanie w różnym stopniu przeświecało w umysłach całkiem wielu przed nim. 

Zaczynając trochę jako "świętszy od papieża" - doskonale rozumiejąc Kanta i wypowiadając jego myśli lepiej niż on sam, bardzo słusznie naprostowując niektóre jego za dalekie zapędy, zachowując się jeszcze bardziej krytycznie, rugując z jego filozofii sztuczne podziały - ostatecznie kończy z powrotem w dość śmiałej metafizyce, wprowadzając pojęcie woli jako rzeczy samej w sobie dostępnej nam przez refleksję w samowiedzy, nadając nowe życie platońskim ideom i hołdując na swój sposób chrześcijaństwu, buddyzmowi i braminizmowi. Jest to bodajże metafizyka wyprowadzona z największym w dziejach poszanowaniem dla empirii, w ogóle wyprowadzona ostrożnie i rzetelnie - daleki jestem od stwierdzenia, że Schopenhauer dokonał czegoś absurdalnego i arbitralnego. Znając jego podejście do kantyzmu, można by nawet pomyśleć, że wyłącznie pragnienie sławy, zapisania się złotymi zgłoskami w dziejach filozofii i ludzkości, przyświecało mu przy bezczelnym przekroczeniu bariery fenomenu i noumenu. Ale uważnie śledząc tysiące tych zdań przez niecałe trzy miesiące lektury dostrzegłem nawet w jego rysie psychologicznym, że czuł swoją myśl całym sobą i wierzył w nią szczerze.

Wciąż jednak uważam, że przesadził i że popełnił podstawowy błąd na dość wczesnym etapie, jedno ze zjawisk - fakt, że bardzo specyficzne, ale w świetle kantyzmu z brutalną mocą pozostające zjawiskiem - rozpoznając jako rzecz samą w sobie i w konsekwencji ze zjawiska wnioskując za daleko. Później, niejako interpretując cały świat w świetle tej myśli i tego odkrycia, niejednokrotnie otarł się o poetę raczej niż filozofa. A gdy już Schopenhauerowski woluntaryzm jest w pełnej krasie, na jego gruncie wyrasta pesymistyczna etyka - "najpoważniejszy" i koronny zdaniem autora fragment jego filozofii, fragmentarycznie zresztą najsilniej oddziałujący na pokolenia - która ma w sobie bardzo szlachetne i mądre elementy, bez skrupułów rozprawiając się z co naiwniejszymi wcieleniami etyk optymistycznych, ale całościowo wydaje mi się ciężka do zaakceptowania. Ciężka szczególnie na etapie koncepcji samozaprzeczenia woli, tego najwyższego celu egzystencji, przy którym moim zdaniem po raz drugi przekroczona zostaje bariera nieprzekraczalna, tym razem narzucona wcześniej przez samego Schopenhauera - jak wcześniej za nie-zjawisko uznał zjawisko innego rodzaju, tak tutaj za zniesienie woli wolę innego rodzaju, idąc konsekwencją jego myśli. Ciężka również dlatego, że praktycznie niewiarygodna i zobrazowana mglistymi przykładami z życia świętych, mistyków, braminów, kwietystów, ascetów i tak dalej - skąd ta pewność, że właśnie zaprzeczenie woli życia to najlepszy możliwy krok ze wszystkich? Gdzie potwierdzenie tej pewności, jeśli autor swoim życiem nie wydawał się nawet jej spróbować?

Olbrzymi paradoks: Schopenhauer był chyba największym, a już na pewno najostrzejszym krytykiem Hegla w historii i choć uważam, że odrobinę przesadził i mógł wyrazić się na temat Hegla odrobinę spokojniej, to w istocie rzeczy zupełnie go tutaj popieram. A jednak ostatecznie zrobił coś podobnego do Hegla - w zupełnie innym kierunku, w mimo wszystko zdecydowanie bardziej umiarkowanym stopniu, zupełnie innymi metodami, ale o podobnym charakterze. Również zaprezentował megalomańską pozycję, zgodnie z którą jego myśl jest zwieńczeniem całej dotychczasowej filozofii, ponad którą nic bardzo ważnego już więcej nie będzie. Również złamał szlachetną kantowską powściągliwość i to w stopniu cokolwiek bezczelnym. Niektóre zdania czwartej księgi drugiego tomu, budowane alegoriami zaczerpniętymi z religii, brzmią naprawdę trochę jak Hegel, który nauczył się pisać i wyrażać w sposób nieurągający minimalnej przyzwoitości.

Brzmi to do tej pory jak dzieło, któremu można wystawić różne oceny, ale na pewno nie taką jak moja, która w dodatku długimi fragmentami lektury wchodziła w ocenę najwyższą. A jednak - pod pewnymi względami to zarówno najpiękniejsza, jak i najmądrzejsza książka w moim życiu. Postaram się w skrócie nakreślić kilka najważniejszych kwestii, jakie mnie do takiej oceny skłoniły.

Z punktu widzenia "czystej", najściślej merytorycznej filozofii największą wartością dzieła jest być może dopracowanie, gdzie trzeba rozszerzenie, gdzie trzeba uszczuplenie i przełożenie na lepszy język myśli Kanta (która pozostaje tą najbardziej przeze mnie cenioną). Było to jej potrzebne nie tylko ze względu na jej błędy i niesatysfakcjonującą formę wykładu, ale też ze względu na to, że Fichte tę myśl wykorzystał fragmentarycznie w absurdalny sposób, a niektórzy jego następcy w haniebny i stawiający sprawy na głowie. Sądzę, że Schopenhauer mógł pomóc uratować Kanta dla niektórych myślicieli, którzy później z niego korzystali.

Jeśli chodzi o główną czy też jedyną myśl Schopenhauera, czyli postrzeganie świata jako woli obleczonej (stosuję w tym słowie oczywiście uproszczoną przenośnię) w zjawisko, to nie jest ona wprawdzie - jak chciałby autor - udowodnioną, niezbywalną prawdą filozoficzną, ale ma pewne zalety. Jeśli potraktować ją jako albo przeczucie, albo punkt widzenia, to jest co najmniej bardzo sugestywna, godna medytacji, w sumie na swój sposób piękna. Miałem w trakcie lektury momenty, że faktycznie zaczynałem patrzeć na świat przez pryzmat tej myśli i były to momenty, które zostawiały swoisty dreszcz na plecach. Na pewno przynajmniej poznanie takiego punktu widzenia może zostawić ślady we własnym sposobie postrzegania rzeczywistości.

I chyba moje clou - główny powód, dla którego tak wysoko cenię tę pozycję. Rozumowanie w świetle "jedynej myśli", choć prowadzi nie zawsze do celnych obserwacji i interpretacji, a czasem do absurdalnych, to jednak za jej pośrednictwem i w jej towarzystwie Schopenhauer zdobywa się na nieskończoność znakomitych spostrzeżeń na wszelakie tematy (filozoficzne, psychologiczne, socjologiczne, estetyczne, zoologiczne, z zakresu nauk ścisłych, historiozoficzne i dalej). Choć nie proponuje satysfakcjonującego systemu, myśli-klucza - mimo że tak sądzi - to uprawia filozofię pierwszorzędną i pozwala jak żaden inny filozof przesiąknąć filozoficznym nastrojem, spojrzeć na świat refleksyjnie, krytycznie i wnikliwie. Choć wychodzi od czegoś bardzo niestabilnego, to wykazuje się niezwykłą przenikliwością w zrozumieniu świata - zarówno tego przyrodniczego, jak i ludzkiego. Miarą przenikliwości Schopenhauera jest choćby antycypacja wielkich odkryć fizycznych XX wieku na drodze czysto analitycznej obserwacji rzeczywistości albo wyprzedzenie wątków psychologicznych o kilkadziesiąt lat starszych, ale to tylko swoiste teasery - najlepsze są u niego te zupełnie ponadczasowe akcenty.

Olbrzymią zaletą dzieła jest oczywiście znakomity styl Schopenhauera i rozumiem to w podwójnym sensie. Przede wszystkim nie było chyba w dziejach filozofa, który lepiej potrafił oddać swoje myśli, przynajmniej oddać je mi. Filozofia Schopenhauera nie jest może tą najbardziej skomplikowaną w dziejach, ale prędzej już jest taka niż najprostsza, a mimo to praktycznie nigdy nie miałem wątpliwości, co autor chciał przekazać i jak do tego dochodził. Nawet jeśli się z nim nie zgadzałem lub silnie kontestowałem jego tok rozumowania, to nie z powodu jakiejś mglistości samej myśli czy też nieporadności formy (a nie czytałem jeszcze żadnego filozofa, u którego przynajmniej czasem by to nie występowało). Czytanie filozoficznych pism byłoby chyba największą przyjemnością świata, gdyby wszyscy autorzy, niezależnie od poglądów, mieli metodykę rozumowania Schopenhauera. Ale styl Niemca nie ogranicza się do wymiaru pragmatycznego: jest po prostu literacko piękny - oczywiście nie przez całe dwa tysiące stron, bo nie da się go tak długo utrzymać, nie tworząc literatury pięknej, a bardziej naukową, natomiast są tu stronice pisane przez znakomitego, natchnionego pisarza.

Co za tym idzie i co zasygnalizowałem na wstępie - zadurzyłem się w umyśle tego człowieka. Mógłbym czytać bez końca jego poglądy na przeróżne sprawy, nawet jeśli z wieloma z nich bym się nie zgodził. Wiadomo - nie tylko z danych biograficznych, wiadomo to nawet z licznych kąśliwych, zajadłych i dumnych zdań tego dzieła - że Schopenhauer miał trudny charakter. Z pewnego punktu widzenia jego filozofia jest wręcz wyrazem tego charakteru, w którym nie sposób nie odnaleźć rysu mizantropicznego. Jednocześnie jednak da się w nim odnaleźć człowieka niezwykle wrażliwego, wspaniałego obserwatora, empatycznego, lirycznego. I paradoks - niewiele autorów lepiej niż ten pesymistyczny, złowrogi, zgorzkniały i propagujący ascezę mizantrop potrafi oddać radości życia i zachwyt światem.

Nie są równe cztery księgi pierwszego, głównego tomu. Pierwsza księga dzieła jest z filozoficznego punktu widzenia najlepszą - właściwie jeśli miałbym do niej zastrzeżenia, to w szczegółach. Schopenhauer doskonale pojął i udoskonalił kantowską epistemologię, prezentując ją w dokładniejszej, bardziej zrozumiałej i nawet bardziej radykalnej formie. W drugiej księdze pojawia się oryginalna myśl autora - na scenę wkracza wola jako rzecz sama w sobie i tu czar pryska, bo od razu zaczyna mi brakować wystarczająco przekonującego uzasadnienia, które pozwoliłoby albo przyjąć pogląd Schopenhauera za prawdę, albo przynajmniej weń bardzo mocno uwierzyć. Odniosłem wrażenie, że autor pozoruje i nawet na siłę stara się go licznymi powtórzeniami. Mimo to czyta się to jeszcze bardzo dobrze. Księga trzecia jest najpiękniejszą - czyta się ją jak doskonałą powieść, jest natchniona. Filozoficznie może nie przedstawia ogromnej wartości, ale to, w jaki sposób Schopenhauer potrafi opisywać drgnienia duszy będącej pod wpływem piękna natury i dzieł sztuki, jest jedną z najpiękniejszych treści w dziejach (na całe stulecie przed genialnymi introspekcjami Prousta, nie mówiąc o jeszcze późniejszych pisarzach). Niestety czwarta księga - ta kluczowa, którą Schopenhauer nazywa najpoważniejszą i w której, jak skrycie, choć wyraźnie sądzi, zostaje filozofem wszech czasów - trąci już miejscami absurdem.

Po znakomitym mimo wszystko pierwszym tomie pewnym rozczarowaniem jest tom drugi, będący uzupełnieniem/komentarzem/rozszerzeniem pierwszego, podążającym chronologicznie za jego księgami. Dużo mniejsze jest w nim zagęszczenie świeżości, oryginalności, celności i wspaniałości podania Schopenhauerowskiej myśli i choć warto go przeczytać, bo i tu znajdzie się tych przymiotów mnóstwo, to jeśli kogoś przeraża przeczytanie około dwóch tysięcy stron, może z czystym sumieniem założyć poprzestanie na tomie pierwszym i za drugi zabrać się tylko po znalezieniu szczególnego upodobania w autorze.

To będzie może trochę egzotyczne stwierdzenie, ale choć dzieli nas prawie półtora wieku historii, to w pewnym sensie Schopenhauer stał się jednym z najbliższych mi ludzi, bliższym niż wielu z tych, których faktycznie poznałem i niż wielu z filozofów, których dorobek uważam za ważniejszy. Nie omieszkam zajrzeć na jego grób, gdy będę wizytował Frankfurt, a Świat jako wolę i przedstawienie na pewno kiedyś powtórzę. Tak oto sposób myślenia potrafi często zbliżyć bardziej niż rodzinne więzi, zawód, wiek, epoka, miejsce zamieszkania i może wszystkie inne rodzaje wspólnoty.



9.5/10

Komentarze