Powiat polkowicki. Lekarstwo na nudę bogactwa

Można by się spodziewać, że występuje jakaś tam, nawet jeśli nie skrajnie wysoka, dodatnia korelacja pomiędzy zamożnością danego kraju, województwa czy powiatu, a jego turystyczną atrakcyjnością. Ostatecznie przyjemniej podróżować po miejscach zadbanych, z przyzwoitą infrastrukturą i szczęśliwymi mieszkańcami. Na dużą skalę taka korelacja występuje bez wątpienia, natomiast powiaty Dolnego Śląska na swoją małą skalę próbują ją kontestować. Wynika to poniekąd z prostego faktu, że duża część bogactwa regionu płynie z kopalń - a tam, gdzie się one znajdują, czasem niewiele już miejsca na piękno i przyjemność.

Jest tak w powiecie lubińskim, który opuściłem po trzech czy czterech godzinach zwiedzania i jest w powiecie polkowickim, do którego wjechałem bezpośrednio potem i w którym spędziłem czasu chyba nawet mniej. W różnych zestawieniach, zależnie od źródła i roku, te dwa powiaty rywalizują ze sobą o status najbogatszego w województwie po Wrocławiu, a w niektórych nawet Wrocław jest wyprzedzany. Da się nawet odnaleźć takie, gdzie powiat polkowicki zajmuje trzecie miejsce wśród wszystkich powiatów kraju, a sama gmina Polkowice - czwarte wśród wszystkich gmin. Na pozór nic nie zwiastuje takiego bogactwa - to jeden z większych powiatów w województwie, ale nie w czołówce, a ponadto jeden z rzadziej zaludnionych. Na papierze średniak. Nie ma też jakiejś szczególnej odrębności historycznej - w większości stanowił niegdyś część Księstwa Głogowskiego, w mniejszości Księstwa Legnickiego. Dziś graniczy z powiatami lubińskim, legnickim, bolesławieckim, głogowskim i górowskim oraz z województwem lubuskim. Trochę na peryferiach Dolnego Śląska - nie na żadnej drodze na zachód czy do większego polskiego miasta, nie na środku. 

Sekret wyjątkowości tkwi w złożach miedzi. Choć bowiem główna siedziba KGHM mieści się w Lubinie, to właśnie w powiecie polkowickim najwięcej jest złóż tego, z czego KGHM słynie najbardziej. A jednak kandydatura powiatu polkowickiego na najnudniejszy turystycznie powiat województwa zaistniała i nie była słaba. Wprawdzie dość przyjemnie się po nim jeździ, bo jest mocno zalesiony, a jego trzy miasta nie są właściwie brzydkie, tylko po prostu mniej lub bardziej nijakie. W tej nijakości tkwi jednak sęk - niemal zupełnie nie ma czego tu oglądać. I gdyby nie ostatni punkt krótkiej podróży po tym powiecie - punkt, który nie jest zanadto znany ani wymieniany w przewodnikach - powiat wygrałby konkurs na najmniej godny odwiedzenia ze wszystkich w województwie. Lecz ostatni punkt był na tyle silny, że stanowił niemal katharsis po tym, co powiat zaprezentował wcześniej.

Bo wcześniej zobaczyłem pokrótce wszystkie trzy miasta powiatu - zobaczyłem tylko dlatego, że mam pragnienie zobaczyć wszystkie miasta na Dolnym Śląsku, a nie ze względu na coś szczególnie w nich ciekawego. Na pierwszy ogień poszły same Polkowice (Polkwitz, a parę lat przed wojną bardziej zgodne z nazistowską wykładnią Heerwegen), stolica i największe miasto powiatu na ok. 22,5 tysiąca mieszkańców, co daje też siedemnasty wynik w województwie (dokładnie dwudziestu siedmiu mieszkańców za szesnastym Jaworem). Prawami miejskimi cieszyły się od 1291 roku, ale straciły je na dwadzieścia dwa lata po wojnie. Ten akurat ośrodek w swoim czasie miał ogromną siłę przyciągania przyjezdnych w celach rekreacyjnych, choć nie do końca turystów. W 1998 roku powstał tu bowiem drugi w Polsce aquapark, wówczas największy, obecnie najstarszy funkcjonujący, bo pierwszy zbankrutował w 2018. Szczególnie do czasu powstania aquaparku wrocławskiego Polkowice były niemal mekką rodzin z dziećmi, w tym i mojej rodziny. Aquaparków nie zwiedzam, więc obejrzałem tym razem tylko polkowicki rynek. Bije z niego bogactwo - jest bardzo zadbany, uporządkowany, czysty. Ale bije też nuda i nawet lekka sterylność - próżno tu szukać klimatu wielu dolnośląskich rynków.






Nie zwlekałem więc z dotarciem do Chocianowa (Kotzenau), miasteczka na niecałe osiem tysięcy ludzi, które rodowód ma XIII-wieczny, ale status miasta dopiero z 1894 roku. Tu również za godny uwagi uznałem tylko rynek, jednak ten był już czymś rzeczywiście przyjemnym do zobaczenia. Jest bardzo duży, otoczony przez kolorowe kamieniczki, niebędące tylko imitacją zabytkowych budynków, ładnie zazieleniony i z niebrzydkim barokowym kościołem na środku. Da się tu odczuć doinwestowanie znane z Polkowic - jest czysto, schludnie, uporządkowanie - ale jakiś klimat już się pojawia.




Rozbudzone nadzieje zgasił Przemków (Primkenau), gdzie z jakiegoś powodu mieszka nieco ponad 6 tysięcy osób - jedno z najmniej imponujących miast całego województwa, w chwili pisania tego artykułu mieszczące się na moim podium nędzy. Prawa miejskie ma najstarsze w powiecie - z 1280 roku, tak jak w przypadku Polkowic odebrane na jakiś czas po wojnie - ale wydaje się dziurą. Nie tylko w ogóle nie ma tu rynku ani nic, co rynek by przypominało, ale nie ma też motywu dobrego utrzymania z poprzednich dwóch miast. Ciężko cokolwiek o tym miejscu napisać.


Jednak to z Przemkowem związany jest ten silny, finalny akord, który wyzwolił powiat polkowicki od skazania na tytuł najgorszego. Przemkowski Park Krajobrazowy leży co prawda w większości na terenie powiatu bolesławieckiego i tam znajduje się jego najbardziej urokliwa część, ale nie bez powodu nazywa się tak, jak się nazywa i dociera również w okolice Przemkowa. Przede wszystkim docierają Stawy Przemkowskie - kompleks stawów rybnych o statusie rezerwatu, położonych tuż przy granicy z województwem lubuskim.

Stawy można podziwiać ze sporej wieży widokowej na bagnach, ustawionej w pobliżu wsi Ostaszów. Żeby się do niej dostać, trzeba zostawić samochód przy drodze i dziesięć-piętnaście minut przejść drewnianą kładką między wysokimi trzcinami - kładką o różnorodnym stanie utrzymania, ale idzie się przez nią bardzo miło, w spokoju, w poczuciu oddalenia od cywilizacji. To poczucie pogłębia widok z wieży, zaskakująco znakomity - wzrok sięga daleko, a praktycznie nie jest w stanie dostrzec ludzi i budynków - jedynie parę wiatraków daleko na horyzoncie. Szczególnie ekstatyczny jest widok w kierunku stawów, ale niezrównany urok ma również widok w przeciwną stronę, na mokradła, przez które prowadzi kładka oraz lasy i lekkie wzniesienia terenu w tle. Był to dla mnie spory zastrzyk radości życia i zachwytu świata w trochę niepozornym, niespodziewanym momencie, po tym jak uśpiły mnie mocno nijakie miasteczka.







Jeśli uznać, że powiat poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy, to powiat polkowicki byłby jednym z najlepszych w województwie, bo wieża przy Stawach Przemkowskich to jedna z topowych w tym województwie rzeczy do odwiedzenia. Obecność takiego topowego punktu przesądza o automatycznym wypadnięciu regionu z konkursu na największą turystyczną nędzę Dolnego Śląska. Jako że jednak miejsce poznaje się ani po początku, ani po końcu, lecz po całokształcie, to powiat polkowicki wciąż muszę uznać za jeden z najmniej atrakcyjnych.

Komentarze