Kozanów. Śnienie na wodzie

Wrocław nie był jedynym miastem, które w 1997 roku dotknęła tak zwana powódź tysiąclecia - jedna z największych katastrof naturalnych w Europie naszych czasów. Był jednak zdecydowanie największym, przez co dotkniętym najrozleglej i najgłośniej. Na tyle rozlegle i głośno, że to fatalne w skutkach wydarzenie na stałe wpisało się nie tylko w kluczową historię, ale wręcz w tożsamość miasta. W roku pisania tego artykułu ćwierćwiecze powodzi było obchodzone dość głośno i przykuło uwagę wielu osób. A tak jak Wrocław jest polskim symbolem tej katastrofy, tak symbolem wrocławskim jedno z najliczniej zamieszkiwanych osiedli miasta - Kozanów.

Wieś, wzmiankowana już w 1208 roku jako Kozanowo, aż do sekularyzacji pozostawała praktycznie od zawsze we władaniu wrocławskiego biskupstwa. Na przełomie XIX i XX wieku zlokalizowano na jej terenie kilka miejskich cmentarzy, a już w 1928 roku weszła w granice Wrocławia. Realna historia współczesnego Kozanowa zaczyna się jednak w latach 70., kiedy zbudowano jedno z największych i dziś najbardziej ikonicznych osiedli bloków z wielkiej płyty. Gdyby nie to, Kozanów nie byłby dziś twarzą powodzi i jego zdjęcie nie byłoby zdjęciem nagłówkowym artykułu o tym wydarzeniu - wydarzeniu, które objęło przecież kilka państw - na anglojęzycznej nawet Wikipedii. Nie obchodziłoby świata zalane osiedle z garstką domostw - co innego takie, na którym mieszka ponad dziesięć tysięcy ludzi. Ciężko powiedzieć, ilu dokładnie - Kozanów wchodzi w skład jednostki administracyjnej Pilczyce-Kozanów-Popowice Południowe. Zamieszkuje ją trzydzieści parę tysięcy ludzi, co daje trzeci lub nawet drugi wynik w całym mieście.

Z Kozanowem mam dość silne związki i skojarzenia bynajmniej nie powodziowe, a pozytywne i nostalgiczne. Mieszkała tu i częściowo dalej mieszka ta komórka mojej rodziny drugiego stopnia, to jest rodziny "wujkowsko-kuzynowskiej", z którą spędzałem najwięcej czasu; przez większość lat zresztą jedyna taka komórka w granicach Wrocławia. Mnóstwo wspaniałych dziecięcych, nastoletnich i (nieco mniej) dorosłych wieczorów spędziłem na ósmym piętrze jednego z tutejszych molochów. Może dlatego nie umiem pisać o tym osiedlu negatywnie i ze wszystkich wielkopłytowych blokowisk miasta to właśnie je lubię najbardziej. Mimo że ma rozliczne wady. Ale też w jakimś stopniu dzięki temu, że ma pewne zalety, niezwiązane z moimi ciepłymi wspomnieniami.

Najważniejsza wada jest w zasadzie ontologiczna i zrozumiała sama przez się. Kozanów to osiedle, które w pewnym sensie nigdy nie powinno powstać - decyzja o wybudowaniu wielkich bloków na nadodrzańskich terenach zalewowych okazała się zła z pewnym opóźnieniem, bo dopiero po dwudziestu paru latach, ale przyniosła wtedy tragedię życiową wielu ludzi. Mniej osób pamięta, że przyniosła ją jeszcze w znacznie mniejszym natężeniu również trzynaście lat po powodzi tysiąclecia, w 2010 roku, kiedy Kozanów znalazł się pod wodą ponownie, tylko na krócej i nie tak głęboko, będąc na to lepiej przygotowanym niż na koniec stulecia. Ja pamiętam dobrze - bo jednego dnia powodzi pojawiłem się na Kozanowie, a wieczorem mój klub piłkarski odniósł największy sukces w swojej historii.

To jednak nie jest wada jedyna. Oczywiście to osiedle z wielkiej płyty, więc ma wszystkie standardowe minusy tych osiedli, włącznie z mocno dyskusyjną estetyką bloków. Dyskusyjną podwójnie, bo jakiś czas temu do architektonicznej niedoskonałości Polski socjalistycznej doszła niedoskonałość graficzna Polski kapitalistycznej - bloki pokrywają półprzypadkowe, pozbawione jakiejkolwiek fantazji, chaotyczne i sztywne jednocześnie maziaje w pastelowych barwach. Poza tym z urbanistycznego punktu widzenia odniosłem tu lekkie wrażenie chaosu. Niby rozkład bloków jest niesztampowy i w pewnych aspektach bardzo przyjazny, ale coś tu nie gra, jakby dobrym i oryginalnym pomysłom planistów zabrakło trochę szlifu i precyzji.









Stąd jednak już krótka droga do swoistej fascynacji. Oryginalność i do pewnego stopnia zaskakująca jakość planu osiedla są bądź co bądź obecne. Bloki, niektóre wysokie, inne niskie, niektóre na planie kwadratu, inne tworzące ogromne półkola, a czasem półkola w półkolach, ustawione są na tyle ciekawie, że tworzą przyjemny, nawet jeśli odrobinę chaotyczny gąszcz chodników, podwórek i budynków, bardziej przytulny i klimatyczny moim zdaniem niż reszta wrocławskich wielkich płyt. Dużo jest zieleni, nie brakuje punktów usługowych i handlowych, a same bloki prezentują to oblicze wielkiej płyty, które na swój sposób lubię - mają momentami interesujące bryły, ciekawe rozwiązania jak klatki schodowe przeszklone na dwie przeciwne strony świata, charakterystyczne balkony z półokrągłymi "wypustkami". Jest to wyższa szkoła dostrzegania piękna, to prawda, ale udaje mi się je tutaj zauważyć. I kozanowskie blokowisko uważam za atrakcję miejską samą w sobie, którą warto zobaczyć.




















W końcu nie tylko osiedle jako takie, ale też to, co je otacza. Teoretycznie Kozanów graniczy z Popowicami, Gądowem Małym, Pilczycami i Osobowicami. Praktycznie jednak mieszkalna część osiedla jest otoczona przez park, tereny nadodrzańskie, ogródki działkowe i na niedużym odcinku w końcu faktycznie mieszkalne Pilczyce (które z Kozanowem trochę się zlewają). Zieleń jest więc obecna nie tylko między blokami, ale też niemal wszędzie naokoło.

Jeśli ktoś bloków nie uważa za interesujące budynki, to nie znajdzie na Kozanowie prawie żadnych takich. Pewien opór temu założeniu stawia Kościół św. Jadwigi, co do którego mam uczucia mieszane, choć raczej pozytywne. Na pewno jest interesujący, bo stara część z 1906 roku - niewielki, ceglany, wiejski kościółek - została tu połączona z nową, modernistyczną, choć stylizowaną również na niewielki, ceglany, niewinny kościółek. Krótko mówiąc, świątynia jest dychotomiczna do kwadratu, bo złożona z dwóch w pewnym stopniu sprzecznych ze sobą części, z których jedna jest jeszcze sprzeczna sama ze sobą. Niekoniecznie jest to piękny kościół, choć wybiórczo ładny, natomiast ciekawy owszem. Wewnątrz zresztą jest podobnie.








Poza tym Kozanów, ten godny uwagi, to głównie taka czy inna zieleń. Najpiękniejszym miejscem na osiedlu jest moim zdaniem Staw Kozanowski - położony po drugiej stronie ulicy na północ od ogromnego, siłą rzeczy trochę przytłaczającego blokowiska, a jednak sam śliczny i sielankowy. Można to miejsce traktować jak mały park, bo staw otacza porządnie zadrzewiona ścieżka, i z takich mini-parków to jeden z fajniejszych w mieście.










Same tereny nad Odrą mają swoje mankamenty - są dość dzikie, niezbyt zadbane, w sporej części niedostępne i mogące nawet dawać poczucie lekkiego niepokoju. Z drugiej strony może to być zaletą, bo da się tu zapewne dość radykalnie zrelaksować, a nie oddalać od cywilizacji prawie w ogóle. Znajduje się tu nawet niewielka przystań, zastawiona przez żaglówki.








Kluczowa część kozanowskiej zieleni to Park Zachodni - a konkretnie jego mniej więcej (trochę więcej) połowa, bo Kozanów współdzieli go z Popowicami. Jak na jego rozmiar - to trzeci lub nawet drugi, nie licząc nietraktowanego do końca poważnie Parku Tysiąclecia, park w mieście - średnio go lubię. Część kozanowska jest chyba jeszcze bardziej wadliwa niż popowicka - to w większości podłużny pas zieleni, wzięty w kleszcze przez bardzo ruchliwą ulicę Pilczycką i skrajnie ruchliwą Lotniczą. Park daje piękną naturę, ale nie do końca da się powiedzieć, że daje ucieczkę od miasta, bo jest ono cały czas i widoczne, i słyszalne. Średnio lubię, a jednak lubię - nie mając szczęścia do otoczenia, sam w sobie ma liczne ładne fragmenty przyrody, w jednym miejscu cmentarnie mrocznej i dzikiej, bo częściowo znajduje się na terenie aż czterech cmentarzy. Poza otoczeniem minusem jest też wrażenie lekko sztampowego układu tej zielonej przestrzeni, niedostatek klimatycznych zakamarków. Z plusów, według moich obserwacji żaden inny park nawet nie zbliża się do tego w kategorii liczebności populacji wiewiórek. Jakimś sposobem spotykam je tu zawsze, a bywam rzadko i nie na długo.
























A propos klimatyczności, to na terenie parku, w mniejszej z jego kozanowskich części, otoczonej Pilczycką, Kozanowską i Pałucką, znajduje się pomnik cmentarny "Anioł z urną" z początku XX wieku i z inskrypcją po niemiecku, która ma pomóc oswoić przechodniom cierpienie.


Jeden tylko z kozanowskich cmentarzy przetrwał z pierwotną funkcją do dziś - przytula się do parku i wyznacza południowo-zachodni narożnik Kozanowa. To tak zwany Nowy Cmentarz Żydowski - jeden z dwóch ocalałych kirkutów we Wrocławiu, ten nieco młodszy i znacznie większy - podobno piąty największy w Polsce - choć też nieco mniej znany i "prestiżowy". Powstawać zaczął na przełomie XIX i XX wieku, ukończony w 1902 roku, gdy na pozostałych żydowskich nekropoliach zaczęło się kończyć miejsce. Zaprojektowali go wybitni wrocławscy architekci, bracia Ehrlichowie.








Po nieuchronnych zawirowaniach, zbezczeszczeniach i zniszczeniach okresu nazizmu i Festung Breslau, jak i po okresie powojennej stagnacji, cmentarz powrócił w ręce gminy żydowskiej i pełni swoją właściwą funkcję. Ciężko się na niego dostać, Żydzi strzegą go jak fortecy. Warto jednak wstrzelić się w bardzo wąskie godziny zwiedzania. Wprawdzie próżno tu szukać splendoru cmentarza żydowskiego przy Ślężnej - dominantą estetyczną jest przemijanie nie w sensie metafizycznym, a jak najbardziej materialnym, to znaczy normą jest fatalny stan nagrobków, ubytki, fragmenty ruin dawnych budynków, nieuczesana aż za bardzo zieleń. Ale klimat pozostał i ciągle można stąd wyłuskać sporo poczucia piękna.






Osiedlom, na których dominuje wielka płyta, zarzuca się - pomiędzy wieloma innymi negatywnymi cechami - pewną bezduszność. Głęboko się z tym nie zgadzam, a szczególnie głęboko nie zgadzam się na Kozanowie. Jeśli tu, przy specyfice i oryginalności tego blokowiska oraz w otoczeniu co najmniej niezłej zieleni i niezwykłego cmentarza, nie uda się komuś poczuć pewnej specyficznej atmosfery, to przypuszczalnie nie uda mu się na żadnym takim osiedlu.

Komentarze