Brochów. Małomiasteczkowy urok metropolii

Obrzeżne osiedla Wrocławia bardzo często nie sprawiają wrażenia, jakoby były częścią jednego z trzydziestu największych miast Unii Europejskiej. Kiedy to "bardzo często" dotyczy akurat danego kawałka stolicy Dolnego Śląska, kawałek ten co do zasady wygląda na mniej lub bardziej cywilizowaną wieś. Nic w tym dziwnego, bo prawie wszystkie osiedla Wrocławia to właśnie dawne wsie (a niektóre - wręcz niedawne). Skrajnie rzadko zdarza się natomiast, że osiedle takie przypomina raczej małe miasto. Najbardziej oczywistym przykładem wydaje się Leśnica - faktycznie mocno oddalona od centrum, faktycznie niegdyś osobne miasto - ale tutaj moim zdaniem pozornie dobry przykład kończy się w połowie drogi między teorią a praktyką. Zatłoczona, przeszyta jedną z głównych dróg wypadowych z Wrocławia, zagęszczona, zastawiona miejską infrastrukturą - Leśnica jest już częścią dużego miasta nie tylko w administracyjnym znaczeniu. Jeśli gdzieś szukać faktycznie małomiasteczkowej estetyki i atmosfery, to raczej na Brochowie. Najprędzej tam i być może tylko tam.

To osiedle, które prawie każdemu mieszkańcowi miasta kojarzy się - o ile w ogóle się kojarzy - z dużą społecznością romską, która faktycznie je zamieszkuje (i ewentualnie jeszcze z nauką jazdy autem), jest jednym z osiedli granicznych, ale ledwo. Jeszcze bardziej od Brochowa, a w tym samym kierunku, oddalają się od centrum skrajnie peryferyjne Bieńkowice i tylko fragmencik jego granic jest granicą całego miasta. Brochów otaczają jeszcze Księże Wielkie, Księże Małe, Tarnogaj i Jagodno. Teoretycznie, na zupełnie pierwszy rzut oka na mapę, to nie takie wyalienowane miejsce - nie tak daleko od centrum, wpisane dość ciasno w inne osiedla.

Praktycznie jednak jest dość mocno wyalienowane. Od wszystkiego poza jeszcze bardziej wyalienowanymi Bieńkowicami osiedle odgradzają tory kolejowe. W związku z tym na Brochów prowadzą tylko dwie drogi "z miasta": ulica Konduktorska z Jagodna, gdzie często trzeba zaczekać na przejazd pociągu, i ulica Mościckiego (rozpoczynająca się od legendarnego wśród kursantów, nietypowego skrzyżowania), na której czekać nie trzeba, bo radzi sobie z torami estakadą i wiaduktem.

Ale nawet nie kwestie dojazdu są tu kluczowe, lecz sam charakter miejsca. Brochów żyje życiem wolniejszym i jakby nieco osobnym od reszty Wrocławia. Jest małomiejski, ale wciąż miejski - wydaje się zbyt spójny i zorganizowany na wieś. Ma własny park, własny dworzec kolejowy, własny ratusz, coś na kształt rynku, a od niedawna nawet własny aquapark. I ta wyliczanka to jeszcze wciąż za mało - coś w typie zabudowań, w układzie ulic, po prostu w spokojnej, ale niepozbawionej życia atmosferze miejsca sprawia, że można się tu poczuć jak w dolnośląskim miasteczku na kilka tysięcy ludzi.





Bo i Brochów miasteczkiem był, choć bardzo krótko. Wzmiankowany po raz pierwszy w 1193 roku jako Prochou, pozostawał wsią do 1939 roku. Już w XIX wieku zaczął się jednak nieco urbanizować - przez Brochów przebiegła pierwsza część Kolei Górnośląskiej, odcinek Wrocław-Oława: najstarszy odcinek kolejowy w granicach dzisiejszej Polski. Z kolejnymi latami dochodziły następne i następne obiekty użyteczności publicznej i miejsca pracy: restauracje, kino, teatr, hala sportowa czy stacja paliw. Już w 1908 roku pojawił się ratusz, ale dopiero w 1939 Brochów otrzymał prawa miejskie. W pewnym sensie nigdy ich nie stracił - w 1951 roku przestał być jednak miastem i stał się częścią miasta, przyłączony do Wrocławia.






Brochów ma średnią prasę wśród wrocławian, a ja w zasadzie nigdy go w sensowny sposób nie odwiedzałem - bo w trakcie lekcji jazdy autem byłem chyba zbyt skupiony na nowej umiejętności, by kontemplować osiedle. Gdy więc wreszcie pospacerowałem trochę po nim na potrzeby tego artykułu, zostałem wprawiony w całkiem niemałe, pozytywne zaskoczenie. Brochów nie jest może koniecznie bezdyskusyjnie piękny - minimalnie za dużo na nim brzydoty i rozklekotania dawnego założenia urbanistycznego, by tak stwierdzić - ale co najmniej bywa bardzo ładny i przede wszystkim ma swój osobny, niepowtarzalny w granicach Wrocławia klimat. Niezwykle przyjemnie było połączyć spacer po nim z atrakcyjnym towarzystwem i jesiennymi barwami. A poza tym jest tu kilka punktów godnych, jeśli nie obowiązkowych do wpisania na listę celów wnikliwego wrocławianina.


Z tych punktów zawsze najbardziej kojarzyła mi się z Brochowem wieża ciśnień i od niej rozpocząłem zwiedzanie. Kawał zabytku, bo konstrukcja z 1903 roku, przypomina nieprzeciętnie wieżę ciśnień na sąsiednim Tarnogaju - też jest nieco jak baszta i jest ceglana. Podobnie jak całe osiedle: jeśli nie piękna, to przynajmniej klimatyczna.



Warto rzucić okiem na pobliski dawny ratusz brochowski z 1908 roku, dziś po remoncie osiedlowy dom pomocy.


W małym miasteczku nie może zabraknąć własnego kościoła i oczywiście go nie brakuje. Neoromański Kościół św. Jerzego Męczennika i Podwyższenia Krzyża Świętego zbudowano w latach 1910-1911, wzorując się na romańskiej bazylice z Hildesheim. Masywny, dość surowy, ma całkiem niezłą bryłę, choć przez współczesne zabudowania trochę trudno ją kontemplować. Więcej charyzmy zdradza we wnętrzu, klimatycznym i ładnie udekorowanym, gdzie faktycznie udało się uzyskać cząsteczkę romańskiej atmosfery.






Nieodparty urok mają ceglane domy przy ulicy Mościckiego, kojarzące się mocno ze Śląskiem, i to niekoniecznie z Dolnym.







Zdecydowanie najcenniejszym i najbardziej reprezentatywnym budynkiem całego Brochowa jest jednak Dworzec kolejowy Wrocław-Brochów, który wraz z Głównym i Nadodrzem tworzy podium najładniejszych wrocławskich stacji kolejowych będących w użyciu. Śliczny, oldskulowy, niemiecki, śląski, powstał w 1896 roku, a dziś przenosi w nieco inne miejsce niż Wrocław i nieco inne czasy niż XXI wiek.







Ale nawet nie dworzec i nie żaden budynek okazał się fundamentem mojego pozytywnego zaskoczenia Brochowem, lecz park. Park Brochowski, w którym nigdy wcześniej noga moja nie postała, z miejsca, od naprawdę pierwszego wejrzenia, uznałem za jeden z najpiękniejszych w mieście i złapałem się za głowę w zdziwieniu, że mogłem tak długo pomijać jego istnienie. Szok powiększa informacja, że to przypuszczalnie najstarsze do dziś istniejące założenie parkowe w granicach współczesnego Wrocławia - miał zostać ufundowany przez augustianów, którzy wtedy dysponowali wsią, już w XVIII wieku. Poza piękną roślinnością, piękną szczególnie w połowie października, o walorach estetycznych parku decyduje woda - wybitnie malowniczy staw i sieć cieków wodnych (wśród nich dopływ dopływu Oławy, Brochówka) tworzą swoisty park na wodzie, coś niepowtarzalnego w skali miasta. Tajemniczy, przyjemnie posępny, podpadający pod kategorię eerie klimat w pochmurne jesienne popołudnie sięgnął zenitu - park podobał mi się wtedy nawet bardziej niż przy słonecznej pogodzie parę dni później, gdy wróciłem doń, by rzucić jeszcze okiem na pominięty wcześniej labirynt grabowy. Może nieco za mały, by znaleźć się na parkowym podium miasta, ale całkiem serio jest on konkurencją dla choćby nieporównywalnie większego i bardziej popularnego Parku Szczytnickiego. Spodziewałem się "parku jak parku", więc było to dla mnie jedno z większych zaskoczeń w trakcie całego projektu zwiedzania Wrocławia.






























Dolnośląskie małe miasteczka to temat-rzeka, osobna kategoria w katalogu atmosfer naszego świata - osobna, obszerna i wciągająca, choć wielu z nich sporo brakuje do zadowalającego poziomu estetycznego. Brochów nie byłby wcale jednym z mniej godnych uwagi, a dodatkowo można się tu dostać wrocławską komunikacją miejską. Żal nie skorzystać.

Komentarze