Martin Heidegger: "Bycie i czas"

1927 / przekład: Bogdan Baran

Wizytówkowe dzieło jednego z wizytówkowych filozofów XX wieku było nie tylko jedną ze ściśle najtrudniejszych przepraw na mojej filozoficznej drodze, ustępującą chyba tylko niesławnej Fenomenologii ducha - jest też jedną z najbardziej problematycznych w ocenie. Instynktownie mam do tej książki stosunek zdecydowanie negatywny i na pierwszy rzut oka Heidegger powinien łatwo wskoczyć w szeregi filozofów z gatunku tych, których nie cierpię (jeszcze zupełnie pomijając może osobne od warstwy filozoficznej, trudne jednak do pominięcia wiadome wątki w biografii tej postaci): spekulatywnych, tworzących piękne, wielkie i monumentalne systemy na wątłych fundamentach, posługujących się stylem i językiem tak odpychająco trudnymi, że łatwymi do posądzenia o celowe zamącenie treści w celu wywinięcia się krytyce. W jego przypadku to jednak jest bardziej złożone niż w przypadku Hegla, Schellinga czy Bergsona. Finalnie mój stosunek do Bycia i czasu przenika przede wszystkim ambiwalencja.

Sam punkt wyjścia tej pracy jest dla mnie jak najbardziej pociągający, z ducha krytyczny, sceptyczny i analityczny: postulat przyjrzenia się "byciu" - fenomenowi bycia czy też po prostu znaczeniu i sposobowi używania tego słowa i jemu pokrewnych - skonstatowanie, że jest to dużo mniej oczywiste, niż się z rozpędu wydaje, że rozjaśnienie i naprostowanie tego może mieć fundamentalne znaczenie dla stanu wiedzy filozoficznej i skoro tak - próba dociekań. Jednak jeszcze zanim zostanie zarysowany ten szlachetny punkt wyjścia, staje się oczywiste, że metoda Heideggera w opracowaniu tego zadania będzie niemal odwrotna od pożądanej: oparta na absurdalnym, lunatycznym wprost słowotwórstwie, na raczej językowym kuglarstwie do próby wyjaśnienia rzeczywistości niż wyjaśnieniu jak rzeczywistość odbija się w języku, na wybiórczych obserwacjach, arbitralnej i dziwacznej architekturze przemyśleń. W wyniku tego tekst Bycia i czasu przybiera formę niemal satyry na filozofię, koronnego dowodu dla tych, którzy traktują tę dziedzinę jako bujanie w wariackich oparach i raczej nieudaną poezję pisaną prozą niż naukę. Przy niektórych zdaniach zdarzało mi się parsknąć śmiechem; jest to w ogóle kopalnia mniej lub bardziej wyrwanych z kontekstu zdań i wyrażeń o potencjale humorystycznym.

Problem w tym, że przy uważnej lekturze tekstu, może nie zawsze, ale przynajmniej niekiedy, zaczyna się jednak odnosić wrażenie, że to wszystko tylko formalne pozory i Heidegger jest daleki od bredzenia i kompletnego pustosłowia. W pewnym momencie przyzwyczaiłem się już do jego świata namnożonych meta-pojęć, zlepkowyrazów i istniejących słów używanych w mocnym oderwaniu od ich "tradycyjnego" znaczenia, ugruntowałem sobie też część z nich - i oto nagle treść zaczęła się kleić (potem jednak na powrót przestała). Może nie jako precyzyjny, logiczny wywód rodem z Schopenhauera czy Russella i może nie jako krynica prawd ważnych i doniosłych, ale jako przynajmniej coś dorzecznego, spostrzegawczego i w pewnym stopniu przemawiającego do mnie; przede wszystkim zaś może po prostu inspirującego do spojrzenia na rzeczywistość trochę głębiej i zakwestionowania swojego jej postrzegania (raz jeszcze). Heidegger jako fenomenolog ma coś interesującego i w sumie trafnego do przekazania; jego spostrzeżenia na temat egzystencji sprowadzonej właśnie do "faktycznych" - odartych z błędów przyzwyczajonego czy to zdrowym rozsądkiem, czy to niedostateczną wnikliwością filozoficzną oglądu - "naszych" fenomenów, są nierzadko dość przenikliwe. Co z tego finalnie buduje i jak dalekie to jest od obiektywnie prawdziwego, to inna sprawa.

Szczyt mojego zainteresowania i aprobaty dla tej książki wystąpił mniej więcej w jej połowie, na stronach, na których dokonuje się konfrontacja Siebie i Się (dobry przykład czegoś, co brzmi bez sensu napisane tak po prostu, ale z uwzględnieniem rozumianych pod tymi słowami przez autora konstrukcji zyskuje dorzeczność), wydobycie fenomenów troski, upadania, bycia-ku-śmierci i paru innych. Nie wdając się i nie będąc dość kompetentnym do analizy czy objaśnienia tego wszystkiego, zaznaczę tylko, że wizja "życia i świata", jaka wynika z fenomenologicznego opracowania na tych polach, momentami nawet mocno mnie uderzała. Heidegger jawi się tu jako po prostu trafny obserwator życia, przenikliwie spoglądający na zachodzące w nim stosunki i zależności. To właśnie chwile spędzone nad tym "środkiem" książki, w trakcie których doznawałem niekrytego pobudzenia filozoficznego, przeważyły o mimo wszystko pozytywnej ocenie dzieła, choć po ostatnich kilkudziesięciu stronach ledwo przechodzi mi ona przez palce.

Z kolejnej strony patrząc, problem nawet z tymi co bardziej udanymi fragmentami wywodu jest taki, że są one udane raczej jako pewne inspirujące wizje, interpretacje, wykładnie - nie jako coś, czemu można by nadać uniwersalnie obowiązującą prawdziwość. Choć stylistycznie od pism Nietzschego różni się to niemal krańcowo, to "wartość" tej filozofii jest właśnie taka Nietzscheańska: intuicyjna, aforystyczna, poetycko-inspirująca, trafna bardzo lokalnie (w tych lepszych momentach miałem też skojarzenia z tym, na jakiej zasadzie przemawia do mnie koncepcja woli u Schopenhauera; w tych gorszych przypominał mi się raczej Kierkegaard). Nietzsche znalazł niemal doskonałą oprawę dla takich "prawd"; u Heideggera jest ona fatalna, pretensjonalna i pseudonaukowa, niepropocjonalna, heglowska, a z aspiracjami do pedanterii Spinozy. Co gorsza, gdzieś niedługo po tym, jak kończą się już po "egzystencjalistycznemu" nieco śmiałe i poetyckie, ale jeszcze dość sugestywne rozważania nad śmiercią i pojawia się czasowość, zaczyna się chyba ten fragment książki, który odpycha mnie najmocniej. Pachnie tam już heglizną maksymalnie i nie mógłbym być mniej zaskoczony pojawieniem się Hegla we własnej postaci w ostatnich paragrafach dzieła, dosłownie cytowanego i konfrontowanego z poglądami autora. Nie tylko wchodzimy tu na obszar wyjątkowo natarczywego słowotwórstwa, nie tylko płyniemy w spekulacje, ale też co może jeszcze gorsze narasta wrażenie bezdennego banału i powtarzania myśli znanych od tysiącleci pod maską wielkiej oryginalności, maską utkaną z przegadania.

Więc jakoś tak. Moja ocena jest bardzo robocza; nie mogę, skromny amator, wykluczyć, że przy ponownej, uważniejszej i bardziej świdrującej lekturze nabrałbym do Heideggera znacząco większego przekonania, a te momenty, kiedy lektura była trudną przyjemnością, rozciągnęłyby się na niemal cały tekst (bardzo mało prawdopodobne) - albo że uznałbym go za największego (spośród tych często komentowanych) hochsztaplera i pozoranta w dziejach filozofii (bardzo niewykluczone). Nie sądzę, żebym miał jeszcze na to w życiu okazję. Może jakimś diabelskim sposobem Heidegger uniknął zaliczenia w poczet filozofów z mojej perspektywy niesławnych, ale nazwisko to co najmniej przereklamowane przez historię i poznałem już przynajmniej kilkanaście innych, na które wolę poświęcać swój czas.



6.0/10

Komentarze