Dzienniki z podróży: Portugalia I. Część II
Siedzę w Sintrze i kombinuję, jak ją ugryźć.
Nawet bezproblemowo udało się wypożyczyć auto. Skoda Kamiq. Dobre jak na tę cenę. Po okolicach Lizbony nie jeździ się banalnie - ogromny ruch, trochę nieintuicyjnych zjazdów, dość swobodny styl jazdy Portugalczyków. Ale jest ok.
Widzieliśmy z drogi stadiony Sportingu i Benfiki. Ten drugi bardziej imponuje.
Pałac w Queluz robi wielkie wrażenie. Nie jest tak grand i bezpośredni jak Ajuda, ale lepszy. Bardziej oryginalny, subtelny, zwiewny. Arcydzieło rokoka. Wnętrza bywają śliczne, są genialnie doświetlone, wydają się bardzo przyjemnym miejscem do życia (pałace nie zawsze się wydają). Ale najbardziej spodobało mi się połączenie zewnętrza z ogrodami. Gdyby nie potworny skwar, chciałoby się tam siedzieć godzinami.
Pierwsza niespodzianka: do 15 września wjazd pod plaże Parku Przyrodniczego Arrabida na południu półwyspu Setubal jest zabroniony. Więc park ten zobaczyłem tylko z góry, z punktu widokowego (stąd jest zresztą najpewniej bardziej imponujący niż z plaż). Kawa i ciastka na szybko w najbardziej nieturystycznej kawiarni jak dotąd w miejscowości o uroczej nazwie Santana, sprzedawane przez miłą starszą panią, która słowa nie umie po angielsku. Cabo Espichel - piękny cypel, który skojarzył mi się z Mizen Head w Irlandii. Prawie bez ludzi, a widoki wyśmienite. Atlantyk słoneczny i groźny jednocześnie. Klify. Klify klify.
Prawie dwie godziny na plaży Praia do Meco. Piękna, rozległa, z klifami w tle, wspaniałe fale. Woda trochę zimna, ale bez tragedii, da się pobrodzić.
Na południe jechaliśmy przez niemożliwie długi most Vasco da Gamy, z powrotem na północ przez ten lizboński Golden Gate, no wyjątkowy przejazd trzeba przyznać. Szybkie meldowanie w Sintrze i może najlepsza dotąd kolacja w tapasowej knajpie. Szynka, sery, chleb, sardynki, kaszanka z korzennymi przyprawami, panierowana mątwa, sałatka z ośmiornicy, ciasto marchewkowe. Wszystko bardzo proste, wszystko co do jednego wyśmienite. Super obsługa. Super knajpa.
Sintra zapowiada się na turystyczne piekło. Ale pamiętam, że 21 lat temu z rodzicami nie udało się wejść do pałaców. I jakoś mam ochotę się zemścić na tym miejscu, tym razem je szturmując.
Dzień 8
To był jeden z najtrudniejszych i najbardziej męczących w moim podróżniczym życiu (a trochę już było trudnych i męczących). Co najdziwniejsze, miałem w nim za zadanie tylko zwiedzić cztery zamko-pałace, wszystkie położone w jednej niedużej miejscowości; nie miałem nawet odpalać auta i nie odpalałem.
Sintra to turystyczne piekło, z jakim chyba nigdy wcześniej się nie spotkałem. Nie chodzi nawet o to, że nie za rozległy teren przyjmuje niemożliwe tłumy turystów, że mnóstwo tandety, że ludzie depczą sobie po piętach. Przede wszystkim chodzi o logistykę. Pałace są w niby niewielkiej odległości od siebie, na mapie wygląda to tak, jakby na luzie dało się między nimi spacerować. Ale dzielą je ogromne różnice poziomów. Bierze się więc bilet całodobowy na dwie linie autobusowe, które kursują pętlami po tych wszystkich punktach. Ale okazuje się, że autobusy krążą w bardzo losowy sposób, że zatrzymują się na przystankach trochę jak chcą, że można niekiedy czekać na przystanku godzinę na linię kursującą niby co 15 minut. Nie da się znaleźć dobrych, konkretnych informacji, gdzie są przystanki, w którą stronę co jedzie, gdzie się zatrzyma, gdzie się nie zatrzyma. Informacje są ze sobą sprzeczne. A szukać przystanku można długo, bo Sintra to sieć wąskich, krętych uliczek na skrajnie różnych poziomach, których dobrze nie widać na mapach. Nie zawsze uda się wsiąść, bo chętnych jest tyle, że często wszyscy naraz nie wejdą. Autobusy się wloką, bo ciasno, bo na każdym przystanku ludzie wchodzą i dopiero wtedy kupują bilet u kierowcy (dziwię się) i wypytują, gdzie jedzie i o co tu chodzi (nie dziwię się). To nie jest na pewno łatwy teren do zorganizowania ruchu turystycznego, ale naprawdę dałoby się to zrobić lepiej. Ta logistyka oczywiście jest szczególnie trudna w kontekście tego, że na dwa najbardziej popularne pałace trzeba mieć kupiony wcześniej bilet z konkretną godziną wejścia i trzeba na nią dotrzeć. W tych dwóch pałacach, zwłaszcza w tym najbardziej obleganym, liczba odwiedzających, zdecydowanie za mało limitowana, uniemożliwia jakieś mocniejsze wczucie się w atmosferę. Upał oczywiście nie rozładowuje tych problemów. Da się to zaplanować lepiej niż ja to zaplanowałem, ale żeby to zrobić, moim zdaniem trzeba tu najpierw wcześniej przyjechać i zobaczyć, jak to wygląda, trzeba już wiedzieć, gdzie dokładnie iść i jak się zachować.
A najgorsze, że mimo to dobrze by jednak było chociaż raz w życiu Sintrę zwiedzić. Miejsce jest naprawdę wyjątkowe - parę naprawdę bardzo ciekawych pałaców/zamków/ogrodów na niewielkim terenie, który sam w sobie jest niezwykły. Wysokie, zalesione góry wyrastające parę kilometrów od wybrzeża oceanu z jednej strony, paręnaście od Lizbony z drugiej.
Dotarliśmy najpierw do Quinta da Regaleira, który jest chyba najprzyjemniejszym pałacem mimo tłumów. Dlatego, że to nie jeden pałac, a bardzo duży kompleks pałacowo-ogrodowo-kapliczkowo-pierdołowy, w którym da się znaleźć jakiś kąt dla siebie. I który jest niezwykłym połączeniem dziwacznej, przyjemnie baśniowej architektury neomanuelińskiej i niesamowitej roślinności w anturażu fontann, potoków, wodospadów. Gdyby to nie było zadeptane miejsce, byłoby niemożebnie klimatyczne, zwłaszcza w jakieś deszczowe czy mgliste dni.
Fatalnie świadczy o ludzkości, że ze wszystkich odwiedzonych pałaców Palacio Nacional był zdecydowanie najmniej zadeptanym, wręcz pustawym - chociaż jest też zdecydowanie najłatwiej dostępnym, stoi w środku miasteczka, nie na jakiejś dzikiej górze. Z zewnątrz może za bardzo nie imponuje, ale wnętrza są zdecydowanie najlepsze. Jako jedyne mają historyczny autentyzm, nie są kiczowatą fantazją XIX wieku. Nie ma to startu do Real Alcazar w Sewilli, ale momentami miałem z nim mocne skojarzenia, a to niesamowicie nobilitujące wyróżnienie. Świetne miejsce na oddech w tym piekle.
Ciężko mieć też zastrzeżenia do Zamku Maurów, już na bardzo wysokim wzgórzu. W gruncie rzeczy to ruina: jedynie ciąg wielopoziomowych murów, typowo zamkowych, dobrze zachowanych, ale po prostu średniowiecznych murów; architektonicznie nic szczególnego. Ale widoki z tego miejsca są niesamowite, najlepsze w Sintrze: i na miasteczko (z Palacio Nacional, Quinta da Regaleira i innymi), i na Pałac Pena na wyższej górze, i na ocean, i na most Lizbony, i na tę część tego rozległego zamku, w której akurat nie jesteśmy.
I w końcu Pałac Pena, ostatni krąg turystycznego piekła Sintry, zamek zasysający chyba więcej turystów niż wszystkie inne razem, kontrowersyjny również sam w sobie. Portugalski Neuschwanstein, który trzeba zobaczyć, ale nie dla dyskusyjnego piękna (dla którego chce go zobaczyć na pewno mnóstwo turystów bez głębszego gustu), a dla tej kontrowersyjności właśnie. Jest w pół drogi między poważną architekturą a zamkiem Disneya, miesza style z różnych epok i różnych stron świata, nie oszczędza na krzykliwych zestawieniach kolorów, na dziwacznych ornamentach. Wnętrza ma średnio interesujące, dwie czy trzy sale są dobre, ale żadna genialna. Myślę, że jest za wcześnie, żebym go ocenił. Ale mimo wszystko mi się podoba w swojej bezczelności. Może nawet bardzo. Jest obłędnie położony. Ma momenty świetne, jak zwłaszcza ta wielka brama z azulejos i neomanuelińskimi portalami. Cieszę się, że go zobaczyłem. Choć tłumy mocno go obrzydzają. Liczba dziennych wejść powinna być zredukowana lekką ręką o połowę, jak nie więcej.
Dzisiaj podwójna kolacja. Pierwsza knajpa niby bardzo dobra, ciekawe dania tapasowe, miła obsługa, twórca karty sam opowiada o każdym daniu, wszystko bardzo smaczne. Ale wielkość porcji i absurdalny czas oczekiwania sprawiły, że nie wyszliśmy mocno najedzeni i wróciliśmy jeszcze przegryźć coś do wspaniałej knajpy wczorajszej. Jeszcze bardziej ją polubiliśmy.
Póki co ta podróż jest zaskakująco trudna. A jesteśmy ciągle na obszarze pewnie góra jednego czy nawet pół województwa. Lizbona trudna, wczoraj może łatwiej, ale odbiór auta nigdy nie jest łatwy, dzisiaj koszmarnie trudno. Ale jutro odbijemy już w chyba mniej oblegane rejony i powinno zrobić się lżej.
Dzień 9
Coraz bardziej odkrywam i utwierdzam w przekonaniu, że mam mocno północną wrażliwość. Wraz z dotarciem do klimatycznego, średniowiecznego, trochę mrocznego Óbidos zrozumiałem, że aż do teraz nie udało mi się w tej podróży poczuć za wiele "atmosfery". Za ciepło, za jasno, zbyt południowo, zbyt pogodnie. Obiecuję sobie trochę nadrobić w tych miasteczkach na wzgórzach.
Rano nadrobiliśmy Pałac Monserrate w Sintrze. Ma fantastyczne ogrody, zwłaszcza część meksykańską - rozległe i różnorodne. Sam pałac był częściowo zasłonięty rusztowaniami, ogólnie rzecz biorąc jest ładny i interesujący, ale sam w sobie nie jest jakimś must see. Ale ma więcej duszy od Peny.
Zajechaliśmy do kurortu nadmorskiego Cascais specjalnie po to, by zobaczyć tzw. Usta Piekieł - formację skalną, przez którą przepływa spiętrzona woda. Było to zbędne, bo akurat dzisiaj woda ledwo w ogóle przepływała i widok nie był spektakularny. Ale za to w Cascais jest Manteigaria, co do której upewniam się, że robi te najlepsze pasteis. Zobaczymy, jak będzie z jakością gdzie indziej.
Trochę też brakowało mi jak dotąd po prostu odległości. Esencją podróży jest dla mnie jednak przygoda, docieranie na zadupia, jazda, eksploracja, zdobywanie miejsc. To kręcenie się po Lizbonie i okolicach to było jakby za mało.
Jeszcze cofając się, wczoraj nie zanotowałem, że wypiłem kieliszek muscatelu de Setubal przy kolacji (z odrobiną skórki cytryny), bardzo chciałem to zrobić. Super przyjemna rzecz, choć niekoniecznie degustacyjna.
Po Cascais chcieliśmy wpaść na plażę Guincho, ale była tak oblężona przez ludzi, że zrezygnowaliśmy. Prawie nikt się nie kąpie, bo woda jest zimna i fale niebezpieczne, ale i tak tłumy. Nie mieści mi się to w głowie. Siedzieć cały dzień na plaży w 30-stopniowym upale, nie wchodząc do wody. Nawet z wchodzeniem do wody nie kupuję idei plażowania dłużej niż przez dwie, góra trzy godziny, ale bez wchodzenia to już brzmi jak jedna z najnudniejszych opcji świata.
Rozczarowaniem był najbardziej zachodni punkt kontynentalnej Europy, Cabo da Roca. Po pierwsze jest tam mnóstwo ludzi, a po drugie widoki są mocno ograniczone barierkami, za przekroczenie których grozi wysoki mandat. Meh, ale cieszę się, że postawiłem tam stopę.
Praia da Ursa, mimo że dużo trudniej dostępna, też prawdopodobnie była oblężona, a że upał i trudna droga, to odpuściliśmy. Za to punkt widokowy przy Azenhas do Mar fantastyczny, cudowne fale rozbijające się o skały.
Rozczarował też Pałac w Mafrze. Jest gigantyczny, absurdalny, z zewnątrz robi jeszcze dość duże wrażenie swoim ogromem. Ale środek jest smutny - sale są prawie puste, ozdobione w większości zapyziałymi meblami i kiepskimi obrazami. Warto tu natomiast przyjechać dla jednej z potężniejszych bibliotek świata, pięknej, lepszej chyba niż cała reszta pałacu razem wzięta.
Posiedzieliśmy trochę na plaży Sao Juliao niedaleko Mafry. Dużo ludzi. Wspaniałe, potężne fale. Woda nie aż tak zimna. Może bym i wszedł, ale czerwona flaga. Potem jeszcze kolejny świetny punkt widokowy Ribeira d'Ilhas.
Óbidos to miłość od pierwszego wejrzenia. Prezentuje się pięknie już z odległości, bardzo staro i średniowiecznie. Z bliska jest jeszcze lepiej. Na razie tylko krótki spacer na kolację i z powrotem po zmroku, ale czuć tu coś unikalnego, jest inaczej niż w hiszpańskich białych miasteczkach, nie mówiąc o reszcie Europy. To zdecydowanie najbardziej moje miejsce ze wszystkich dotychczasowych. Bardzo dobra kolacja - fajna sałatka z jakąś lokalną gruszką, super carpaccio z dorsza, dobry stek i ryba. Poziom już zdecydowanie nie lizboński ani sintrowy wszakże. Ale może to i lepiej, skłoni do przyhamowania wieczornego obżarstwa.
SPIS ZDJĘĆ
**** cud Europy
*** top europejski
** atrakcja rangi europejskiej (top krajowy)
* atrakcja rangi krajowej (top regionalny)
































































































































































































































































































































































































































































































































































































































.jpg)











Komentarze
Prześlij komentarz