Indywidualności popu (8/200): Stereolab

Czas / Miejsce / Nurty

1990-... / Londyn, Anglia; Francja / Art Pop, Neo-Psychedelia, Noise Pop, Post-Rock, Indie Pop, Indie Rock, Ambient Pop, Indietronica

Sedno wyjątkowości

Wykształcili bardzo eklektyczny i erudycyjny styl popu, czerpiący pełnymi garściami z minimalizmu, noise'u, krautrocka, muzyki elektronicznej, psychodelii, ambientu i okazjonalnie jeszcze innych nurtów i stylistyk, pozostający zarazem wyraźnie w kręgu indie. Ich muzyka była bardzo bogata brzmieniowo, pełna eksploracji dźwięku za pomocą przeróżnych instrumentów (szczególnie gitar i analogowej elektroniki); interesująca kompozycyjnie dzięki inspiracjom minimalizmem i nietypowym strukturom rytmicznym; w końcu esencjonalnie popowa, wybitnie chwytliwa i melodyjna. W tych najlepszych, nie aż tak licznych momentach te trzy walory występowały jednocześnie; poza nimi raczej się przeplatały.

Kluczowe postacie

Utwory Stereolab współtworzyły dziesiątki muzyków - tych zaliczanych do zespołu oraz tych niezaliczanych - ale w istocie rzeczy był to i pozostaje duet Anglika Tima Gane'a (1964-...) i Francuzki Lætitii Sadier (1968-...). W duecie tym ważniejszy był zdecydowanie Gane, który jako kluczowy gitarzysta i klawiszowiec był głównym architektem stylu i kompozycji; Sadier je współtworzyła, ale bardziej odpowiadała za warstwę tekstową i wokalną.

Opus magnum

Transient Random-Noise Bursts With Announcements (1993): 7.5/10

Z mojego punktu widzenia - wprawdzie jak najmniej istotnego i dla zespołu, i dla jego całkiem licznych fanów, ale zawsze jakiegoś - Stereolab jest trochę przypadkiem niewykorzystanego potencjału i jakkolwiek każdy ich album, jaki miałem okazję przesłuchać, sprawił mi niemało przyjemności, to każdy odsłuch był też opatrzony pewną dawką frustracji. Ta muzyka praktycznie zawsze zdradza naprawdę bardzo duże możliwości. W dyskografii projektu Tima Gane’a mnóstwo jest pokładów muzycznej erudycji, kreatywności, ambicji i talentu; niektóre kawałki to arcydzieła swojej stylistyki, stworzenie wybitnego albumu wydaje się na wyciągnięcie ręki, imponują szerokie horyzonty i idący za nimi smaczny eklektyzm. Wszędzie coś robi wrażenie brzmieniem, coś kompozycją, coś popową chwytliwością, coś znowu innego – wszystkim naraz. A jednak w moim odczuciu wybitność na koniec dnia ogranicza się zawsze do fragmentów, albumy nie satysfakcjonują w pełni, rozmieniają się na drobne.

Zespół grzeszy dla mnie zwłaszcza dwoma grzechami. Tym bardziej mierzalnym jest grzech rozwlekłości tudzież nadmiernej wiary w swój materiał – każdy album co do jednego jest rozciągnięty kawałkami wyraźnie słabszymi, które po prostu rozrzedzają i tłamszą impet całości; rozciągnięty zbędnie, bo tych bardzo dobrych i świetnych utworów jest dość na pełnoprawny longplay. Często w muzyce mniejsze kawałki potrafią być dopełnieniem całości, ale przy konwencji Stereolab – albumów raczej jako kalejdoskopów wyraźnie oddzielnych piosenek niż jako jednolitych budowli – wprowadzają głównie zmęczenie. Drugi grzech jest już bardziej osobisty – Stereolab to dla mnie przede wszystkim grupa popowa, najlepsza wtedy, gdy uprawia pop, nawet jeśli bardzo zawoalowany i niesztampowy, tymczasem często poświęca popowość – melodyjność, chwytliwość, emocje – na rzecz eksperymentu, głównie na brzmieniu (przede wszystkim poprzez cały bestiariusz przeróżnych instrumentów klawiszowych z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, ale też wciąż poprzez gitary) i kompozycji (zwłaszcza z pomocą minimalizmu różnej proweniencji). A ich eksperyment nie jest dla mnie jednak praktycznie nigdy na tyle interesujący sam w sobie, by mógł się obronić autonomicznie, bez popowych mięśni.

Wyżaliwszy się już, mogę jednak stwierdzić, że to wciąż zespół bardzo pociągający, zdecydowanie w dość ścisłej czołówce najciekawszych spośród tych, których złoty okres przypadał na lata 90. Każdy z ich ważniejszych albumów jest wewnętrznie bardzo eklektyczny i naładowany wpływami z przeróżnych muzycznych planet, a dodatkowo każdy prezentuje eklektyzm inny, o wyraźnie odmiennym zestawie źródeł – jest to więc eklektyczna dyskografia eklektycznych albumów. Z tego względu nie tak łatwo wybrać najlepszy; mnie ostatecznie najbardziej satysfakcjonuje najwcześniejszy z tych istotnych. Transient Random-Noise Bursts With Announcements to jeszcze Stereolab niemalże przeciwstawny wobec swojego najgłośniejszego dzieła, cztery lata młodszego Dots and Loops - brzmieniowo ciężki, kłujący, bardzo hałaśliwy, co dwa kroki dający skojarzenia z najcięższym obliczem Velvet Underground, co trzy z krautrockiem, co cztery z shoegaze'em. Jeszcze niezdominowany przez mniej i bardziej oldskulowe klawisze, jeszcze z gitarą elektryczną jako równoprawnym instrumentem i jednak chyba głównym budulcem brzmienia, którego wyznacznikiem są tu właśnie naelektryzowane jak piorunochron, noise'owe ściany dźwięku.

Paradoksalnie jednak zarazem już bardzo popowy, melodyjny, a emocjonalny może tak bardzo, jak nigdy potem, szczególnie mocno zakorzeniony w nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni dobroczynnej wrażliwości indie, posmarowany psychodelią. I właśnie to połączenie jest siłą tego albumu. Ciężar i ostrość spotykają się tu w zaskakująco czułym uścisku z lekkością, pogodnością i melodyjnością. Najlepsze fragmenty z tej ponad godziny czułego hałasu są rozkoszne jak widok burzy w promieniach słońca, oniryczne i energicznie napięte zarazem, hipnotyzujące minimalizmem konstrukcji i samym dźwiękiem. Centralnym kaflem albumu wydaje się wiele zawdzięczające NEU! tour-de-force Jenny Ondioline, długaśne, hipnotyczne połączenie repetycji, ciężaru brzmienia i kwiatowo lekkiej, ekstatycznie radosnej melodii. Ale nie jest najlepsze: zdecydowanie najbardziej imponuje mi, zresztą w całej dyskografii Stereolab, znacznie zwięźlejsze, oniryczne Pack Yr Romantic Mind, wyciskające maksimum z eterycznych właściwości głosu Lætitii Sadier, impresjonistyczne od początku do końca, włącznie z przeplatankami gitarowego ciężaru, przyjemnie gęste jak powietrze pełne wiosennych pyłków - przypominające o jeszcze jednym istotnym atucie Stereolab, jakim jest nieraz wybitne panowanie nad harmonią. Kluczowe momenty dopełniają Tone Burst i I'm Going Out of My Way, może aż trochę za mocno zakotwiczone w dziedzictwie VU, ale śliczne, a także Crest jako jedno z bardziej bezpośrednio emocjonalnych wcieleń zespołu.

Jeśli ktoś pobawi się ze Stereolab dalej, licząc na kontynuację tej stylistyki, rozczaruje się najpierw poważnie, a potem już bardzo gorzko. Ale jednocześnie z dużym prawdopodobieństwem odnajdzie inne uciechy, jak najczystsza popowość dziwnie niedocenionego Mars Audiac Quintet (gdzie trafiła jedna z najwybitniejszych piosenek-piosenek w historii popu, Ping Pong) czy przeuroczy krajobraz pulsujących dźwięków na Dots and Loops. Jest do czego wracać, nawet jeśli do albumów w całości nie zawsze będzie się chciało przez słabo broniące się dłużyzny.

Inne wybrane dzieła

1. Mars Audiac Quintet (1994): 7.5/10









2. Emperor Tomato Ketchup (1996): 7.0/10









3. Dots and Loops (1997): 7.5/10









4. Cobra and Phases Group Play Voltage in the Milky Night (1999): 7.0/10









Najlepsze utwory

9.0 Pack Yr Romantic Mind / Ping Pong

8.5 The Flower Called Nowhere / Transona Five / Wow and Flutter

8.0 Crest / The Free Design / Fuses / I'm Going Out of My Way / International Colouring Contest / Jenny Ondioline / Metronomic Underground / Miss Modular / Nihilist Assault Group / OLV 26 / Parsec / Rainbo Conversation / Slow Fast Hazel / Three-Dee Melodie / Tone Burst

Komentarze