Przedmieście Oławskie. Urbanistyka strachu

Wrocław jako miasto z biegiem dziejów mocno rozlane, które zagarnęło do swych granic dziesiątki okolicznych wiosek, ma oczywiście i musi mieć pewne fragmenty nijakie - w żadnym razie nie daje się jednak moim zdaniem nazwać po prostu "nijakim miastem". To raczej jedno z ostatnich określeń, jakie byłbym w stanie użyć wobec stolicy Dolnego Śląska. Mimo możliwych pozorów taka opinia jest jeszcze wstępnie zawsze neutralna, a nie pozytywna: od nijakości można w końcu podążać w dwóch przeciwstawnych kierunkach. I choć chcę wierzyć, że Wrocław podąża bardziej w stronę piękna, to nie da się zaprzeczyć, że ma też swój potężny udział w ogólnoświatowej egzemplifikacji brzydoty, brudu, niesmaku i zaniedbania. Zaprasza do kontemplacji tych zjawisk już w najbliższym sąsiedztwie swojej starówki - zaprasza chyba najmocniej na Przedmieściu Oławskim.

Siła tego zaproszenia jest w tym przypadku tak znacząca nie tylko przez jakieś tam zwyczajne epatowanie szpetotą samą w sobie. Jest takie, bo szpetota przybiera tu twarz dewastacji i wypaczenia piękna, przez co potęguje się w dodatkowym, nie tylko czysto estetycznym wymiarze. Rzeczone osiedle, graniczące ze Starym Miastem na dość długim odcinku i ciągnące się na południowy wschód od niego, jest historycznie jedną z najzamożniejszych i najdumniejszych części Wrocławia - tak jak inne osiedla naokoło starówki, również przyłączone do miasta już w 1808 roku, w których mimo różnych niedociągnięć ciągle da się odnaleźć wiele odblasków tej zamożności i dumy, po prostu piękna architektury i urbanistyki. To znaczy jak wszystkie te poza zrównanym z ziemią i odbudowanym niemal od zera Szczepinem. Przedmieście Oławskie zrównane z ziemią nie było - ucierpiało znacznie, tracąc około połowę swojej zabudowy przy oblężeniu Breslau, ale że było też wybitnie gęsto zabudowane, to sporo poniemieckich budynków się tu zachowało. A jednak choć wciąż w pewnych punktach i na swoiste sposoby to osiedle interesuje, fascynuje, przyciąga - to może przede wszystkim straszy.

Straszy nie tylko estetycznie - dopiero od niedawna ten wymiar staje się tu problemem numer jeden, wcześniej spychany na bok przez strach bardziej dosadny, związany z zagrożeniem życia, zdrowia i dobytku. Przez dziesiątki lat Przedmieście Oławskie, a zwłaszcza jego specyficzny fragment, który nie tylko przez kształt na mapie doczekał się określenia "Trójkąta Bermudzkiego", uznawane było za najbardziej niebezpieczne miejsce we Wrocławiu. Ulice z ponurymi frontami kamienic i podwórka z jeszcze bardziej ponurymi ich tyłami biły rekordy natężenia przestępczości. Dziś - choć od bardzo niedawna, góra od paru lat - często powtarza się w mediach, że to już przeszłość, a łatka siedliska grozy, która przylgnęła do Przedmieścia, weszła rzekomo w buty krzywdzącego stereotypu. Do pewnego stopnia to bez wątpienia prawda - wiele wskazuje na to, że co najmniej jest poważnie lepiej. Jestem jednak w stanie zrozumieć starszych mieszkańców miasta, z których liczni nigdy w to nie uwierzą. Chodząc po Trójkącie nawet dziś - zwłaszcza po zmroku, choć wcale nie tylko - zaczynam automatycznie mieć się na baczności i raczej przemykam niż spaceruję. Działa na mnie nie tylko legenda - działa przede wszystkim to, co widzę.

Dziś Przedmieście Oławskie z administracyjnego punktu widzenia jest pojęciem szerszym, niż z punktu widzenia, jaki przyjmuję ja sam. Tak nazwana jednostka obejmuje nie tylko historyczne tereny przyłączonego w 1808 roku do Wrocławia przedmieścia, ale też dawne wsie Rakowiec i Bierdzany. Graniczy z nimi oboma, jak również z Placem Grunwaldzkim, Dąbiem, Księżem Małym, Tarnogajem, Hubami, Przedmieściem Świdnickim i wspomnianym już Starym Miastem. Nawet ograniczone do swojej ścisłej części, zajmuje przestrzeń bardzo dużą jak na pojedynczą jednostkę w samym centrum miasta. I jest to przestrzeń niejednolita - mniej lub bardziej brzydka jednak prawie zawsze.

Jeśli gdzieś ucieka w poważniejszym stopniu od brzydoty, to tylko na terenie położonym między rzekami Odrą i Oławą, gdzie da się znaleźć trochę zieleni, ładnych, zabytkowych zabudowań wodociągów miejskich oraz po prostu spokoju. Ucieka też w jakimś stopniu w pobliżu Urzędu Wojewódzkiego, ale ten leży już przy fatalnym urbanistycznie, ziejącym pustką jak lej po bombie Placu Społecznym, który de facto nie jest żadnym placem, a ogromnym, rozlazłym, drapieżnym i przytłaczającym skrzyżowaniem. Nie ucieka zupełnie w południowo-wschodniej części osiedla, podłużnej, ciągnącej się wzdłuż ulicy Krakowskiej - to paskudne, przemysłowo-samochodowo-handlowo-mieszkalne tereny, które nie mają za grosz uroku poza wspomnieniami festiwali piwnych w postindustrialnych przestrzeniach Zaklętych Rewirów.

To wszystko jednak dodatki do rdzenia osiedla, jakim jest zagłębie XIX- i XX-wiecznych kamienic w trójkącie między ulicą Dworcową przedłużoną Podwalem, Traugutta i torami kolejowymi wychodzącymi na wschód z dworca głównego. A zwłaszcza na mniejszym trójkącie, z ulicą Pułaskiego zamiast Dworcowej i Podwala. Miejsce niegdyś piękne, bogate, miejskie w pięknym znaczeniu tego słowa, dziś może służyć za plan do filmu w wojennej lub powojennej scenerii - i służyło nieraz, goszcząc u siebie kamery choćby Spielberga czy Pawlikowskiego. Problemy są liczne - najbardziej oczywistym są zdewastowane, zaniedbane, odrapane, rozpadające się, brudne i oszpecone kamienice oraz jeszcze gorsze podwórka, które te kamienice tworzą. Wciąż jednak nieporównanie więcej sympatii mam nawet do najbardziej zaniedbanej z nich niż do wielu powojennych plomb, które nie tylko są paskudne same w sobie, ale też uszczuplają klimat miejsca. Miejsce dramatycznie łaknie zieleni, której ma wybitnie mało nawet jak na gęstą przedwojenną zabudowę. W końcu ludzie. Niestety w 2024 roku słowa o osiedlu zrewitalizowanym i zresocjalizowanym są ewidentnie przynajmniej w dużej mierze pobożnym życzeniem. Wciąż kręci się tu nawet w biały dzień zaskakująco sporo podejrzanych typów z puszką piwa w ręce i papierosem w ustach, walają się puste butelki po wódce, a też takie zaśmiecenie i zagęszczenie psich odchodów jak tu jest już w dzisiejszych czasach w Polsce bardzo rzadko spotykane.

Przez to wszystko Przedmieście wymaga wysiłku, by cieszyć się jego niezaprzeczalnym, choć brudnym klimatem i głęboko ukrytym, raczej przeszłym niż teraźniejszym, ale w jakimś sensie jednak istniejącym pięknem. Osiedle ma swoje zalety i nie są one jedynie odbiciami ducha historii: bliskość centrum i dalekie od całkowitego zniszczenie wojenne sprawiają, że jest tu oczywiście wiele, a nawet bardzo wiele godnych uwagi punktów.










Kamieniczne Przedmieście Oławskie zgodnie z powyższymi słowami daje się wyraźnie podzielić na dwa nieco osobne światy, których granicą jest ulica Pułaskiego. Właściwy trójkąt rozpościera się na wschód od niej, podczas gdy na zachód - świat nieco bardziej cywilizowany, klimatem bliższy odrobinę Przedmieściu Świdnickiemu. Plomby są tu mniej gęste i mniej szpetne, częściej zdarzają się kamienice odnowione i prezentujące większe walory architektonicznie. I jest więcej konkretów.














Już na samym początku wędrówki poczyniłem spore odkrycie, jakim był piękny zespół kamienic przy ulicy Aleksandra Hercena, pochodzących z końca XIX wieku. Część przepięknie odrestaurowana (zwłaszcza śliczność pod numerem 7), część w średnim stanie, jedna z karygodną nadbudową, ale sumarycznie tworzą jeden z najgodniejszych uwagi kamienicznych zakątków w całym mieście.








W tym rejonie znajduje się jeden z najbardziej znanych bloków Wrocławia - tak zwany Trzonolinowiec. Sławę przynosi mu modernistyczna konstrukcja z lat 60., która wydaje się unosić w powietrzu przez mocno zwężony "pień" budynku. Szczerze mówiąc, jest po prostu brzydki, ale dla walorów historyczno-architektonicznych dobrze byłoby ocalić go od zapomnienia i nadać mu zupełnie nową powłokę.



Niedaleko Trzonolinowca i zarazem niedaleko dworca Wrocław Główny wznosi się jeden z najbardziej udanych wrocławskich budynków XXI wieku - Silver Tower Center, kompleks biurowo-hotelowy. W 2024 roku kończy już swoje dziesięciolecie, a wciąż nie powstało od jego czasu wiele sensowniejszych płodów współczesnej architektury. Przyjemnie, dość ascetycznie szkli się i złudnie srebrzy, a przede wszystkim urzeka zaburzonymi formami geometrycznymi. Nie uwielbiam go może, ale bardzo lubię. Gdy powstawał w 2014 roku nie byłem na niego chyba jeszcze gotowy - dziś żałuję, że nie mamy więcej takich i jeszcze śmielszych.












Na terenie Przedmieścia Oławskiego mieści się niemal kompletnie nieznany budynek najstarszego wrocławskiego dworca - a raczej to, co z niego zostało, ukryte za płotem, drzewami i barakami. Dworzec Kolei Górnośląskiej, zbudowany w latach 1841-1842 i zlikwidowany na rzecz większego, głównego dworca już w 1869, nie przedstawia dziś wartości estetycznej - a szkoda, bo byłby w stanie.



Jednym z godniejszych przykładów kamienicznych rekonwalescencji na terenie osiedla jest zielona kamienica ze złamaną wgłębieniem fasadą przy ulicy Kniaziewicza 17. Powtarzam i będę powtarzał - gdyby oba Przedmieścia, Nadodrze i Ołbin odnowić z podobną wprawą, Wrocław byłby wymieniany wśród najbardziej eleganckich miast świata.


Wzmianki domaga się malutki Kościół Adwentystów Dnia Siódmego z 1938 roku - nie tylko dlatego, że wzmiankuję wszystkie świątynie w mieście, ale też przez swoje urocze wciśnięcie w głąb pierzei kamienic.


Na pewnym fragmencie Przedmieście Oławskie nie tylko przestaje być brzydkie, ale też zaczyna być na całego, bez cienia wątpliwości piękne. Zachodzi to tuż przy granicy osiedla ze Starym Miastem, wyznaczanej przez fosę miejską. Tu znajduje się jedna z najpoważniejszych ostoi przyrody Przedmieścia - przyjemny, choć raczej skromny Skwer Krasińskiego - i tu rozciągają się świetne widoki na fosę i Wzgórze Partyzantów. Nie to jednak jest tu najpiękniejsze, lecz dwa wyjątkowo dorodne zespoły kamienic.









Jeden z nich zaczyna się od naroża ulic Podwale i Dworcowej. To trzy eleganckie i jednocześnie mocno ozdobne kamienice z lat 80. XIX wieku. Wybitne są zwłaszcza te z numerami 68 i 69 - ceglano-pastelowa z centralnym wykuszem-balkonem, ozdabianym przez boskie kariatydy, oraz żółta, barokowo wystawna, przez swój mansardowy dach przenosząca na chwilę do eleganckich miast Francji.








To jednak tylko przygrywka do rzędu pałacowych kamienic przy Podwalu o numerach 73-74 i 75. Zbudowane w ostatnich dwóch latach XIX wieku, są być może najbardziej wytwornymi i bombastycznymi w całym mieście - przynajmniej z tych XIX- i XX-wiecznych. Pałacowe formy, neorokokowe i neomanierystyczne zdobienia, finezyjne hełmy, przepotężne atlasy i kariatydy, iluzjonistyczne balkony, doskonały rytm okien i wklęsłości - prestiż i klasa.















Obok mniej rzuca się w oczy, ale też urzeka budynek konsulatu Niemiec, a pierwotnie - w ostatnich latach XIX wieku, kiedy gmach powstawał - siedziby rodziny Haase, jednej z najważniejszych i najpotężniejszych w Breslau. Obecna funkcja jest do niego doskonale dobrana - to przykładny niemiecki neorenesans, który przywodzi na myśl trochę monachijski Hofbräuhaus.




W inne strony, bo raczej do Anglii, przenosi co nieco kamienica przy ulicy Krasińskiego 21-23, wzniesiona w stylu perpendykularno-neogotyckiej secesji, jeżeli można tak w ogóle powiedzieć.





Przepiękną parę stanowią pół-bliźniacze kamienice przy ulicy Worcella o numerach 5 i 5A, całkiem ciekawie odremontowane w zupełnie różnych barwach, ale bardzo podobne architektonicznie - godne najbardziej reprezentacyjnych miejsc w mieście.


Kolejny neostyl to monumentalny neoklascyzym szkoły przy ulicy Komuny Paryskiej - jej fasada ma doprawdy stricte już pałacową wystawność i dziwi fakt, że już od swojego początku, czyli lat 70. XIX wieku, pełniła taką funkcję, jak i dziś.



Zachodni region Przedmieścia Oławskiego zwieńczyłem rzutem oka na oryginalną, klimatyczną, neogotycką kaplicę Polskiego Kościoła Ewangelicko-Metodystycznego przy Worcella - nieco zaniedbaną, ale z potencjałem na coś bardziej niż ładnego.


Po drugiej stronie ulicy Pułaskiego jest już inaczej. W gąszczu tamtejszych kamienic dużo mniej jest godnych uwagi zabytków, mniej odnowionych fasad, mniej miejskiego życia - oddalamy się i od starówki, i od dworca. Trójkąt ma przede wszystkim zbiorowego bohatera, którym jest on sam - długie, zachowane czasem w komplecie pierzeje kamienic, w większości mocno zaniedbanych, a nawet abstrahując od stanu nie aż tak ładnych i zdobnych (choć czasami z interesującymi detalami, jak słynne końskie łby przy Traugutta), kryjących mroczne, obskurne podwórka. Miejsce ma niezaprzeczalny klimat, ale klimat jednoznacznie brudny.











































I tu jednak, a przynajmniej w pobliżu i naokoło tego rewiru, spotyka się czasem coś bardzo ładnego. Jedną z takich rzeczy jest wyjątkowo subtelnie elegancka, neoklasycystyczna fasada dawnego szpitala bonifratrów z 1864 roku. Nie tylko odrestaurowanie jej, ale też pomalowanie na karmazynowy kolor parę lat temu było strzałem w dziesiątkę.


Niemal w samym środku Trójkąta mieści się budynek o wyglądzie i funkcji, która zupełnie nie pasuje do tego rewiru. Jego początki sięgają roku 1737, kiedy powstał jako pałac kardynała von Sitzendorfa. Obecną formę zyskał w latach 80. XIX wieku po zakupie przez Egmonta Websky'ego, na polecenie którego został przebudowany. Zniszczony bardzo mocno w czasie wojny, został odbudowany w PRLu, a po remoncie już w XXI wieku - który to remont uczynił go perełką o przyjemnej, żółtej barwie - stał się siedzibą Muzeum Etnograficznego.


Muzeum należy raczej do kategorii drobnych - to dosłownie parę pomieszczeń, w których wszystkie eksponaty da się na spokojnie przejrzeć w góra godzinę, jeżeli pominęłoby się tekst. Tekstu jest jednak sporo i jest nie tyle ciekawy, co esencjonalny, bo opowiada dzieje Dolnego Śląska z perspektywy wielowiekowej migracji i rozwoju kulturalnego dziesiątków różnych nacji i grup etnicznych - perspektywy stanowiącej jedną z najważniejszych dla tego regionu. Wśród eksponatów jest trochę dość ekscytujących, jak choćby ule figuralne, ludowe przedmioty kultu religijnego czy stroje ludowe. Nie jest to może muzealny top Wrocławia, ale wciąż jedna z ciekawszych tego typu placówek i pozycja obowiązkowa dla każdego świadomego dolnoślązaka.

















































Jedynie z kronikarskiej powinności piszę o zielonym budynku zboru baptystów, ukrytym w jednym z obskurnych podwórek i pozbawionym istotnych walorów architektonicznych.

Jeśli już jednak mowa o religii, to na obrzeżach Trójkąta znajdują się blisko od siebie trzy katolickie kościoły, z których każdy już jakieś walory architektoniczne zdecydowanie posiada. Jednym z nich jest barokowy kościół św. Trójcy, wybudowany w pierwszej połowie XVIII wieku jako przynależny do klasztoru wspomnianych już bonifratrów. Z zewnątrz jest trochę niepozorny i bardzo cierpi na bliskości ulicy Traugutta, której intensywny ruch brudzi go czarnym pyłem, choć jego fasada jest śliczna i dość oryginalna. Szczególnie spodobało mi się jednak klimatyczne wnętrze, półmroczne, ze świetną barokową nastawą.











Po drugiej stronie ulicy stoi zupełnie inny, ceglany i gotycki kościół św. Łazarza z drugiej połowy XIV wieku. Raczej "kościółek" - malutki, jakby skrócony do samego prezbiterium, ale na pierwszy rzut oka stary i klimatyczny. Nie udało mi się dostać do środka, bo msze odbywają się tu tylko latem, ale wiem, że wnętrze jest otynkowane i nieciekawe.




Najważniejsza świątynia Przedmieścia to nieodległy już od Starego Miasta kościół św. Maurycego - duży, barokowy, XVII-wieczny, ale będący spadkobiercą mniejszego kościoła walońskich tkaczy, zbudowanego już w wieku XII. Z zewnątrz jest bardziej duży niż ciekawy - najlepszy jest w jego powłoce wydatny klepsydrowy hełm, widoczny już z daleka. Poza tym to nieco nudnawa architektura, co pogarsza jeszcze jej jałowa barwa. Wnętrze również nie jest architektonicznie ekscytujące, ale nadrabia piękną nastawą na czele z ołtarzem głównym i amboną. Warto wspomnieć o ładnych rzeźbach św. Jana Nepomucena i Matki Boskiej przed kościołem.



















Po drugiej stronie ulicy od kościoła stoi osamotniona kamienica pod numerem Traugutta 35, jedna z najpiękniejszych na osiedlu, w której za czasów niemieckich mieścił się dom dla samotnych panien. Jeszcze kilka lat temu straszyła, dziś robi doskonały użytek z symetrii i zachwyca elegancją.


By zakończyć temat świątyń osiedla, trzeba przenieść się w jego najmniej interesujący, południowo-wschodni obszar wzdłuż ulicy Krakowskiej, gdzie znajduje się kościół św. Józefa Rzemieślnika z 1933 roku. Jest skrajnie niepozorny i rzeczywiście sam kościół to czysta nijakość, ale już poprzedzający go dziedziniec to koncepcja na swój sposób interesująca, która, co przyjąłem z lekkim niedowierzaniem, skojarzyła mi się z Uffizi we Florencji.




Przy Krakowskiej jest jeszcze tylko jeden kawałek architektury godnej odnotowania, a jest nią przyjemny, dworkowo-pałacowy budynek poradni psychologicznej, który pierwotnie pełnił funkcję dyrekcji browaru Haasego.


W bezpośrednim sąsiedztwie Starego Miasta osiedle zyskuje bardziej monumentalny charakter, nie tylko za pośrednictwem wspaniałych kamienic przy fosie. Monumentalne są dwa zrośnięte budynki w pobliżu Parku Słowackiego. Nowszy z nich, hotel, apartamentowiec i "restauracjowiec" OVO z 2016 roku, w dniu jego odsłonięcia uważałem za koszmarny. Dziś, po tym jak trochę się z nim oswoiłem, uważam go raczej za bardzo średni i w pewnym stopniu nawet lubię - może przez dobre skojarzenia z jego zacnymi knajpami.









Przytula się do potężnego, ceglanego gmachu wrocławskiego Urzędu Pocztowego nr 1, wybudowanego w latach 20. XX wieku - który jest w związku z tym najstarszym wieżowcem w mieście. To ciężka, ale dość dobra architektura.







W tym gmachu mieści się zaskakująco świetne Muzeum Poczty i Telekomunikacji - jedno z najlepszych muzeów we Wrocławiu, istotne w skali krajowej. Można w nim nie tylko w przystępny sposób poznać historię omawianych w nim dziedzin na ziemiach polskich od średniowiecza aż po współczesność, ale też nacieszyć oczy setkami urzekających eksponatów - starych trąbek pocztowych, elementów umundurowania listonoszy w różnych okresach i pod różnymi zaborami, skrzynek pocztowych z całego świata, przeróżnych znaczków, a zwłaszcza starych telefonów, radioodbiorników, telewizorów i innych urządzeń, a na końcu podziwiać potężne dyliżansy. To miejsce z duszą i z pomysłem.











































































Tryptyk monumentalizmu dopełnia potężny gmach Dolnośląskiego Urzędu Wojewódzkiego, budowany w przeuroczym przedziale lat 1939-1945 i trochę się z tymi latami kojarzący swoją wizualną atmosferą. Być może jest płodem architektów zbrodniczego państwa i być może gnębi dziś niewinnych Ukraińców i Ukrainki nieskończonym oczekiwaniem na wydanie karty pobytu, ale nic nie poradzę, że z estetycznego punktu widzenia bardzo go lubię. Jest do bólu "państwowy", sztywny, groźnawy, brutalny - i majestatyczny, a krzywizna jego fasady wręcz ekscytująca.














Między Urzędem a Odrą ciągnie się bardzo przyjemny, choć przez towarzystwo tego budynku sam nieco surowy i jakby "oficjalny" Bulwar Lecha i Marii Kaczyńskich, który zapewnia atrakcyjne widoki na budowle Placu Grunwaldzkiego po drugiej stronie rzeki.




Podążając na południowy wschód wzdłuż nabrzeża, mija się ujście Oławy do Odry i dalej idzie już wzdłuż tej pierwszej, dochodząc do zabytkowego, kamiennego Mostu Oławskiego z lat 1882-1883. To jeden z najładniejszych mostów we Wrocławiu - elegancki, ozdobiony płaskorzeźbami, z klimatycznymi latarniami.









Z mostu widać nie tylko ujście Oławy do Odry z Mostem Grunwaldzkim i sedesowcami w tle, ale też nowe, pozycjonowane na prestiżowe osiedla apartamentowców nad Oławą, co jest dla mnie nieco zabawne, bo od mrocznego Trójkąta dzieli je jedynie ulica Traugutta. Same bloki piękne nie są, raczej trochę przytłaczające, ale częściowo dzięki nim zagospodarowano tereny nad Oławą w tym rejonie i utworzono przyjemną, dość długo się ciągnącą Promenadę Oławską.













Ciężko zliczyć kościoły we Wrocławiu, ale ruiny kościołów to już prawdziwa rzadkość. W pobliżu Oławy można odnaleźć jedną z nich - to, co zostało z ewangelickiego Kościoła Chrystusowego z połowy XIX wieku, a zostały przede wszystkim przypominające o dawnej funkcji maswerki. Stoi w tym stanie, co ciekawe, już od bardzo wielu lat.


Rzutem na taśmę, w ostatnich już minutach dnia obdarzonych dogasającym światłem słonecznym, udało mi się przekroczyć most zwany Żabią Ścieżką i rzucić okiem na Park na Niskich Łąkach, z nazwą zaczerpniętą od ulicy Niskie Łąki, jaką osiedle dzieli z Rakowcem. Jest to raczej "teren zielony, który ktoś nazwał parkiem", niż park pełną parą, ale nie warto narzekać na jakąkolwiek przyrodę na Przedmieściu Oławskim - ta jest całkiem w porządku i wydała mi się taka mimo niezbyt korzystnej aury estetycznej.










Obojętnie, czy przekroczymy Oławę Mostem Oławskim, Żabią Ścieżką czy Mostem Rakowieckim, odkryjemy jeszcze jeden, odmienny wymiar Przedmieścia - graniczące z Rakowcem tereny między Odrą a Oławą, na których rządzą wrocławskie wodociągi. Odnajdziemy tu zespół zabytkowych zabudowań hydrologicznych z czerwonej cegły, z których na najważniejszą wzmiankę zasługuje wieża ciśnień przy ulicy Na Grobli - druga najładniejsza we Wrocławiu. Ten potężny zabytek techniki, uruchomiony w 1871 roku, reprezentuje architekturę wręcz wspaniałą jak na swą ściśle pragmatyczną funkcję - wieża jest z jednej strony bardzo ciężka, z drugiej genialnie odciążana i upiększana przez rytm półokrągło zakończonych wgłębień na wszystkich jego czterech ścianach; można tę wieżę ciśnień posądzać wręcz o sznyt neoromański.







Na terenie tych ceglanych zabudowań mieści się Hydropolis - atrakcja tytułująca się mianem "Centrum Edukacji Ekologicznej" lub "Centrum wiedzy o wodzie", otwarta w grudniu 2015 roku w dawnym, XIX-wiecznym, podziemnym zbiorniku wody czystej i od samego początku promowana na jedną z wizytówek całego Wrocławia. W bardzo interaktywnej, przynajmniej w założeniu immersyjnej i na pewno nie tylko w założeniu skrojonej pod dzieci i młodzież manierze opowiada o temacie wody (i hydrologii) możliwie jak najwięcej. Placówka ma swoje spektakularne momenty i potrafi powiedzieć coś ciekawego, ale ogólnie rzecz biorąc mam do niej ambiwalentny stosunek. Ekspozycja zbyt mocno działa na zasadzie wrzucenia wszystkiego, co się da, na wielką kupę, a za mało w niej panowania nad spójnością i rytmem narracji; krócej mówiąc, jest chaotycznie, trochę zbyt "ciekawostkowo" i przypadkowo. Niektóre elementy są zbyt "interaktywne", a za mało treściowe, a z kolei na drugim biegunie znajdują się wszędobylskie ekrany z mnóstwem wyrwanego z kontekstu tekstu o tym i o tamtym, które wydają się nie bez powodu mało kogo interesować. Zalety jednak są i mimo zawyżonej ceny biletu warto choć raz się tu przejść, mieszkając we Wrocławiu, przy czym już przyjezdnych niekoniecznie bym na Hydropolis namawiał, o ile ich pobyt w mieście nie byłby dość długi.





















Do pełnego odczucia klimatu Przedmieścia Oławskiego, a zwłaszcza Trójkąta, konieczny jest zmącony nutą niepokoju spacer po jego ulicach po zmroku. Odkryłem jednak, że za dnia miejsce jest tylko nieznacznie mniej mroczne.












Być może finalnie powinienem cofnąć się do swojego wstępnego sądu o anty-nijakości Wrocławia i stwierdzić, że jednak owszem - że nawet z założenia taki sąd jest pochwalny. Przedmieście Oławskie nie jest jednoznacznie brzydkim miejscem, bo trochę piękna da się na nim odnaleźć, ale na pewno ciężko kłócić się z kimś, kto właśnie za brzydkie to osiedle uważa - znajdzie na to zbyt wiele dowodów. Przy tym jednak pozostaje jednym z kilkunastu najciekawszych i znalazłbym we Wrocławiu niejedno osiedle przyjemniejsze estetycznie, które dużo prędzej niż Przedmieście Oławskie byłbym skłonny wymazać z mapy miasta. Z nijakości ciężko jest jakkolwiek skorzystać - z interesującej brzydoty wciąż jakoś można. I można też zawsze karmić się nadzieją, że jeszcze za naszego życia miejsca takie jak to zaczną reprezentować interesujące piękno.

Komentarze