The Velvet Underground: "The Velvet Underground & Nico"

1967

W momencie ukazywania się tego albumu było już na świecie kilka dzieł muzyki popularnej, które mnie obchodzą, a nieliczne z nich nawet w stopniu bardzo poważnym, jak zwłaszcza kamienie milowe Dylana czy debiut The Doors, wyprzedzający kooperację VU i Nico o ponad dwa miesiące (ale późniejszy pod względem daty nagrań). Nie mogę jednak pozbyć się nastawienia, że to właśnie w tym miejscu i wraz z tą płytą zaczyna się "mój" pop. Nie tylko dlatego, że to moim zdaniem jednak najlepsze, co do swojego czasu powstało poza jazzem i muzyką poważną, przewyższające wspomniane wydawnictwa, ale też ze względu na charakter zawartego tu materiału, który to charakter jest jak eksplozja kreatywności, otwierająca nową, trwającą do dziś epokę w dziejach sztuki. Epokę, w której dzieła z uniwersum tak zwanej muzyki popularnej przynajmniej okazjonalnie da się traktować jako istotne artystyczne wydarzenia w kontekście historii całej muzyki w ogóle.

Trudno nie wspomnieć o innowacyjności i istotności dziejowej, skoro mowa o albumie, na którym w mniejszym lub większym stopniu wymyślone zostały punk, noise, art rock, art pop i pewnie parę innych podgatunków, rozpoznanych w pełni lata później; który stopniem awangardowości jako pierwszy wyróżnił się tak, że przynajmniej da się go porównywać do awangardy w jazzie i muzyce poważnej.  Nie chcę się jednak skupiać na tym wymiarze, bo przede wszystkim należałoby zauważyć, że pierwsze w dziejach nagrania dające się określać "art rockiem" bronią się znakomicie do dziś mimo pozostawiającej niemało do życzenia jakości dźwięku i trochę zbyt dzikiego, rozbójniczego podejścia do procesu twórczego.

Niełatwo pisać o tym albumie w ogólności, bo materiał na nim zawarty jest dość mocno zróżnicowany. Lou Reed i John Cale z pomocą reszty zespołu sięgali po rozmaite techniki kompozycji, techniki wykonawcze, stopnie improwizacji, brzmienia, struktury utworów, a w końcu też rozmaite nastroje. Jeśli coś jest tu wspólnym mianownikiem formalnym, nie licząc może często powracającego, kojarzącego się z indyjską ragą stylu gry na gitarze, to przede wszystkim samo w sobie eksperymentatorskie, awangardowe podejście do tworzenia, które kazało przy każdym utworze odrzucać utarte schematy, co najwyżej sięgając po ich wycinki i przetwarzając na własny sposób. Prawie każdy kawałek na VU & Nico ma w sobie coś z piosenki, zgodnej z dotychczasowymi regułami popowo-rockowej gry, ale prawie żaden nie jest tak rozumianą piosenką. Często zaburzana jest granica między zwrotką a refrenem, niekiedy zaburzana całkowicie; radykalne jak na swój czas jest podejście do brzmienia, zarówno jeśli chodzi o brzmienie konkretnego instrumentu, jak i brzmienie całego utworu; tu i ówdzie dość ekscentryczne jest podejście do harmonii; tu i ówdzie pojawia się coś pomiędzy prymitywizmem a minimalizmem. Każdy utwór jest awangardowy na trochę inny sposób - co istotne, nigdy w stylu progresywnego rocka. Choć inspiracje free jazzem czy minimalizmem są pewne, to są to tylko inspiracje, natchnienia, nie wzory; Velvet Underground nie aplikuje jazzowych i akademickich form na rockandrollowy grunt, lecz na tym gruncie wymyśla coś praktycznie z niczego, we własny, unikalny, buntowniczy, nieskrępowany sposób. Nie jest to - jak w rocku progresywnym - rock, który zrobił się skomplikowany i wyrafinowany. To rock, który zrobił się poszukujący, nietypowy, kontestujący zastane formy, autonomiczny - bez większego zainteresowania w skomplikowaniu i wyrafinowaniu. I tak rozumiana awangarda, awangarda krystalicznie czysta, nie licząc rockandrollowej bazy, jest kwintesencją tego albumu, maksymalnie bezpretensjonalnego w swoich wysokich ambicjach.

Ważny jest też nieformalny punkt widzenia, bo album przy całej swojej awangardowości jest dość treściwy, wyrażając bardzo soczyście dekadencką atmosferę bohemy artystycznej swoich czasów i swojego miejsca. Ocieka seksualnością, przestępczością, narkotyzmem i wagabundzkim podejściem do życia, choć nie robi tego siląc się na mrok, raczej z pewnym dystansem i humorem, dzięki czemu bardziej autentycznie. Pod względem atmosfery jest ta płyta niemalże kolażem, ale kolażem dobrze działającym, który układa się w spójną całość.

Każdy utwór jest interesującą wypowiedzią, a duża część z nich również wypowiedzią świetną muzycznie. Sunday Morning zwiastuje zupełnie inny album, niż ostatecznie nadchodzi - ta cudowna, rozmyta na linii zwrotka-refren piosenka antycypuje art pop i dream pop ze swoją słodko-gorzką maestrią melodii i harmonii oraz onirycznym kontrapunktem czelesty, poruszając się pomiędzy sielankową psychodelią a melancholijną nostalgią. Oparte na jednostajnym, minimalistycznym i hipnotycznym boogie I'm Waiting for the Man urzeka proto-punkową hałaśliwością, cynicznym zdystansowaniem emocjonalnym, rozbójniczym przekąsem i atmosferą przestępczych ulic Nowego Jorku, jest esencjonalnie rockowym fragmentem muzyki. W opozycji do neurotyzmu i hałaśliwości większości płyty stoją trzy utwory z Nico, zwłaszcza uwodzicielskie, eleganckie, ponadczasowe, śliczne melodycznie Femme Fatale i podniosłe, zapowiadające post-średniowieczną twórczość własną artystki, czerpiące niemało ze współczesnej awangardy akademickiej All Tomorrow's Parties. Ociekające mrocznym seksem Venus in Furs porusza się powolnym krokiem, dając czas na kontemplację fascynującego efektu brzmieniowego, uzyskanego przy kreatywnym wykorzystaniu i zestawieniu instrumentarium, co znakomicie pasuje do będącej na granicy załamania, atakowanej przez fałsz harmonii, która doczekuje się tu genialnych, niesygnalizowanych skoków i tym samym przewróceń atmosfery. Bywa interesująco instrumentalnie: w Run Run Run prymitywistyczna, uboga część wokalna jest tylko pretekstem do świetnych eksperymentów gitarowych. Awangarda nasila się w ostatnich dwóch utworach - najpierw w rebelianckim użyciu elektronicznej altówki w prymitywnie minimalistycznym The Black Angel's Death Song, a potem w dzikiej podróży w krainę kakofonii, jakim jest finalne, nieco dadaistyczne European Son, zwiastujące już jeszcze śmielszy i jeszcze lepszy album z następnego roku.

Prawie cały album zaklęty jest pod hasłem work in progress - może poza dwoma utworami nic nie sprawia wrażenia kompletnego dzieła, czegoś w pełni dopracowanego i skończonego; najważniejsze jest poszukiwanie, mające raczej torować ścieżki niż dochodzić do końca, fragmenty różnych efektów nieskrępowanej kreatywności, punkty wyjściowe. W pewnym sensie skończone jest Femme Fatale, przede wszystkim jednak największe osiągnięcie zespołu obok Sister Ray z następnej płyty, czyli piosenka Heroin, gdzie Reed i Cale obronili się jako geniusze muzycznej kreatywności. Ten kontrowersyjny, gorzko-kathartyczny utwór jest przede wszystkim arcydziełem budowania napięcia i eksplodowania jego uzbieranym potencjałem - budowania na kilku osobnych torach. Najgłębiej leży dronowy głos elektronicznej altówki Cale'a, który jako jedyny wydaje się nie ulegać wzrostom i obniżeniom, lecz cały czas nasilać, podczas gdy pozostałe elementy - tempo, gęstość faktury, hałaśliwość brzmienia, napięcie harmoniczne, dynamika - są umiejętne modulowane, eksplodując dopiero w orgazmicznym finale. Również z emocjonalnego punktu widzenia to przepiękny kawałek muzyki - pod rozpostartym uśmiechem ekstazy kryje się naprawdę poruszający i głęboki smutek.

Debiut Velvetów rozpoczął w sumie nie jedną, a dwie epoki - nie tylko obdarzył estymą muzykę popularną, ale też ustanowił rock jako jej najambitniejszy nurt. Choć dziś raczej rzadko dzieje się w rocku coś bardzo interesującego i można by powiedzieć, że jego epoka już akurat minęła, to nie do końca - bo z mojego punktu widzenia nie zaczęła się żadna nowa, jako że nawet w XXI wieku najambitniejsze rzeczy, jakie słyszałem, były albumami rockowymi. Marzę, by ktoś z innej bajki dostarczył jeszcze światu coś tak dużego jak debiut VU, ale się na to nie nastawiam. Gatunki, które są największymi podnietami współczesności, nie mniejszymi niż rock w latach 60. i 70., miały na to chyba już zbyt wiele czasu.



9.0/10

Komentarze

  1. Jaka jest wartość kakofonii? Zastanawia mnie ten aspekt też w kontekście tego albumu. Rozumiem, że pojedyncze dysonansy sprawdzają się w dodawaniu napięcia, budowaniu klimatu, nieoczywistej harmonii. Ale jaki jest właściwie cel dźwięków kakofonicznych i na czym polega wartość czegoś co brzmi jak zupełny fałsz i niezgranie? Pytam nie żeby deprecjonować taką muzykę, ale z ciekawości i chęci zrozumienia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najprościej rzecz ujmując, może posłużyć do wyrażenia jakichś emocji/tematów i wzbogacić "pejzaż emocjonalny" całego albumu/dzieła. W tym konkretnym przypadku stopniowe dążenie do kakofonii w ostatnim utworze może być muzyczną alegorią popadania w obłęd/ekstazę/lęk, co zgrabnie wpasowuje się w atmosferę albumu. Kakofonia sama w sobie - taka prawdziwa, to znaczy całkowicie przypadkowy hałas, bo jednak większość tych muzycznych kakofonii to kakofonie w jakiś sposób przemyślane i zaplanowane, więc trochę pozorne - wartości większej nie przedstawia, ale czasem coś, co samo w sobie nie jest wartościowe, może być wartościowym elementem większej całości; stosuje się to do całego świata.

      Ten sam komentarz pod wpisem o Gose pozwoliłem sobie usunąć ;) Pozdrawiam

      Usuń
    2. Jasne, drugi komentarz teraz jest niepotrzebny. Dziękuję za odpowiedź. A w "Heroin"? Jest to też jakieś odzwierciedlenie tekstu i pogrążania się w wyniszczającym nałogu?

      Usuń
    3. W Heroin to już chyba ma szczególnie bezpośrednią funkcję, cały ten utwór muzycznie jest alegorią zastrzyku heroinowego i jakkolwiek na szczęście nie potrafię sam ocenić na ile jest to trafna alegoria, to domyślam się, że bardzo trafna.

      Usuń

Prześlij komentarz