Friedrich Nietzsche: "Tako rzecze Zaratustra"

1883 / przekład: Wacław Berent

Jedno wydaje mi się niemal pewne co do tej pozycji: to potencjalnie bardzo szkodliwe, że jest najbardziej znanym dziełem jednego z najbardziej znanych filozofów wszech czasów, a też do dziś być może tego najbardziej podniecającego dla młodych ludzi. Zachodzi bowiem bardzo duża szansa, że ktoś, kto albo zapragnie zaprzyjaźnić się z filozofią, albo choć sprawdzić, o co w niej chodzi, trafi na początek właśnie na nią - jako i ja trafiłem już ponad dziesięć lat wstecz od teraz, gdy czytam ją po raz drugi. A jeśli tak zrobi, to w pierwszym przypadku może mu to pragnienie szybko przejść, a w drugim - może się przychylić do prymitywnej opinii, że cała ta filozofia to jeden wielki dom wariatów.

Mam z różnych powodów sporą sympatię do postaci Fryderyka - w innych dziełach, a fragmentarycznie nawet w tym, podoba mi się jego ekscentryczny styl, uważam go za znakomitego motywatora życiowego i w końcu nawet z czysto filozoficznego punktu widzenia, choć za filozofa mam go raczej umiarkowanie dobrego, niektóre z jego myśli są dla mnie interesujące lub nawet pociągające. Na ogół jego wady przełykam dla zalet. W Zaratustrze jednak moja sympatia jest wystawiana na dużą próbę - z pewnych punktów widzenia to najgorzej napisana ze wszystkich bardziej znanych książek filozoficznych. Przepoetyzowana, przeeningmatyzowana, przemetaforyzowana naprawdę do granic wytrzymałości papieru i czytelnika. Tam, gdzie przepoetyzowana, tam często również grafomańska. Pretensjonalna, narcystyczna, chaotyczna. O ile w przypadku beletrystyki taki styl mógłby przynieść nawet jakiś interesujący i dodatni efekt artystyczny, o tyle w przypadku filozofii woła o pomstę do nieba, nawet jeśli czasami jest "ucieszny" - a przeważnie jest raczej męczący (zabawne, że jednym z najsilniejszych korzeni Nietzschego był Schopenhauer, jeden z najbardziej przejrzyście i logicznie myślących filozofów w dziejach przed szkołą analityczną). Nie ma potrzeby tego analizować, wystarczy lektura paru rozdziałów - każdy zrozumie, z czym ma do czynienia. O ile jeszcze w przedmowie i pierwszej części jest od razu bardzo metaforycznie, ale metaforycznie w udany sposób i z przejrzystymi celami, o tyle od drugiej następuje już taki odjazd, że nie można nie pomyśleć, że choroba psychiczna Nietzschego maczała tym palce obu rąk. I nie chodzi o to, że autor zaczyna tam nagle bredzić o latających osłach, tylko że niczym nieuzasadniony stopień metaforyzacji, zasłanianie wszystkiego za zwielokrotnionymi parabolami, frenetyczny styl wywodu, w którym ciężko o jakiś dłuższy i spójny tok myśli, a łatwiej o pojedyncze, niezbyt głębokie zdania, oczywiście gęsto opatrzone wykrzyknikami - wszystko to świadczy, że jeśli autor czuje się przede wszystkim filozofem, a nie poetą awangardowym, to jego funkcje kognitywne przestały mu sprzyjać.

Może nawet większym problemem Zaratustry jest rozwlekłość. Esencja myśli Nietzschego tu zawartych jest moim zdaniem kilkunastokrotnie krótsza od objętości książki - większość tego dzieła to według mnie nie wznoszenie lub rozwijanie myśli, tylko uprawianie na ich bazie poezji, żeby nie powiedzieć, że delikatne onanizowanie się nimi. Na zdrowie by wyszło Zaratustrze, gdyby zamiast pisać koślawą parodię ewangelii w profetycznym tonie na ponad trzysta stronic (w polskim wydaniu), Nietzsche ograniczył się do eseju na góra kilkadziesiąt - choćby i poetyckiego i żywiołowego, czemu nie.

Nie umiem ocenić tej książki negatywnie nie tylko przez sympatię do Niemca i do witalistycznej, energicznej i pozytywnie egoistycznej postawy życiowej, którą propagował i która do pewnego momentu dostaje tu ładny wyraz, ale też dlatego, że co nieco jest w niej dla mnie wciąż pociągające. Przedmowę i pierwszą część czytałem nawet z przyjemnością i z apetytem na resztę. Z pewnego punktu widzenia jest ona nawet faktycznie lepsza niż typowe dla Nietzschego zbiory aforyzmów - metafory w niej są wystarczająco w ryzach, by prawie wszystko brzmiało dorzecznie, a jednocześnie wystarczająco swobodne, by filozofia Fryderyka mocniej oddziaływała na emocje (a to taki dziwaczny typ filozofii, który bez oddziaływania na emocje ledwo znajduje rację bytu). Do pewnego momentu Zaratustra potrafi wprowadzić w podniosły, witalny nastrój i ogromną ochotę do życia. I w kolejnych częściach zdarzają się momenty "ładne", ale ciężko już się nimi delektować po przytłoczeniu bełkotliwością. Mimo wszystko, może też trochę przez sentyment, część mnie po prostu lubi tę książkę.

Powiedziałbym, że jest to coś tak wyjątkowego, na swój sposób kultowego i eksplozyjnego, że osoba pragnąca naprawdę głęboko wniknąć w dzieje zachodniej kultury, powinna jeśli nie przebrnąć przez całą tę książkę, to przynajmniej ją liznąć. Ktoś, kto szuka pięknej Nietzscheańskiej motywacji, również znajdzie tu wiele dla siebie, ale może się ograniczyć bez problemu do przedmowy i pierwszej części. Kolejne trzy części nie wniosą też moim zdaniem za wiele do zrozumienia filozofii Niemca. A do innych celów ta książka jest dzisiaj zbędna - napisana z nastawieniem rewolucjonisty, samoświadoma (tylko częściowo słusznie) swojej świeżości i wybuchowości dziejowej, dziś paradoksalnie stała się trochę jak eksponat z gabinetu osobliwości. Tak ją przynajmniej postrzegam - i mogę się w tym grubo mylić, bo ciągle jak na dzieło filozoficzne cieszy się sporym zainteresowaniem. Choć jedno nie wyklucza drugiego.



6.0/10

Komentarze

  1. „uważam go za znakomitego motywatora życiowego”
    A podasz jakiś przykład tekstu motywacyjnego zaczerpniętego z jego wywodów/przemyśleń?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zapisuję sobie cytatów ani za bardzo nie mam czasu wertować teraz Nietzschego w ich poszukiwaniu, ale raczej w ogóle ciężko tu mówić o jakichś konkretnych wycinkach, tekstach motywacyjnych, a bardziej o nastawieniu do życia, jaki wynika z jego filozofii i jakim te dzieła są przesiąknięte. Wypływa z tych tekstów dużo zachęty do życia aktywnego, w pewnym sensie walecznego, "pełnego" czy nawet zachłannego, do odnajdowania siły i systemu wartości w samym sobie, realizacji swoich celów mimo cierpień i przeszkód, a nawet przyjmowania ich z pewnego rodzaju radością, do przezwyciężania samego siebie, a zarazem życia w zgodzie z własnymi namiętnościami niezależnie od powszechnych społecznie przekonań i schematów, więc z jednej strony akceptacja, z drugiej rozwój. I jest to tak napisane i podbudowane, że działa, przynajmniej na mnie działa (choć opisane wyżej nastawienie jest mniej lub bardziej moim życiowym nastawieniem, więc Nietzsche trafia na podatny grunt i na ten moment raczej daje mi dodatkowego kopa niż coś zmienia, przy czym nie wykluczam, że lektura jego dzieł w młodości miała pewien wpływ na ukształtowanie tego we mnie, bo nie zawsze tak miałem), i mimo teoretycznie dość prostej koncepcji otrzymuje pewną głębię, dzięki której działa jeszcze bardziej - ale najlepiej się po prostu zagłębić w całą pozycję, żeby to odczuć.

      Usuń
  2. Zapytałem dlatego, bo nie znam tekstów Nietschego i nie miałem nawet woli, aby to zmienić, bo jego aktywne, energiczne, bojowe, zachłanne podejście jest mi obce. Nie jestem też jakimś dumającym i mędrkującym melancholikiem, a pozycjonowałbym się gdzieś po środku. Chciałbym poznać i zrozumieć wiele rzeczy czy zjawisk, nie popadając jednocześnie w przygnębienie. Z drugiej strony, aktywność i życiowa przebojowość Nietschego też nie są mi po drodze. Moim zdaniem sztuka życia faktycznie polega na tym, aby iść arystotelowskim środkiem (z odchyłami), ale jednak wracać na właściwy szlak. Pytanie tylko co jest drogą środka? Być może to kwestia usposobienia i w pewnych okolicznościach Nietsche jest tym idealnym kierunkiem.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz