Antonin Dvořák: IX symfonia "Z Nowego Świata"

1893 / wykonanie: Berliner Philharmoniker, Rafael Kubelik, 1995

Powroty do dzieł sztuki - lub wytworów kultury - które w młodzieńczej fazie zainteresowania daną dziedziną uważało się za genialne i doskonałe, kończą się często bardzo bolesnym rozczarowaniem. Najsłynniejsze dzieło Dvořáka - tak słynne, że w pewnym sensie słynniejsze od samego kompozytora - było prawie dziesięć lat temu jednym z kilku moich ulubionych utworów muzycznych i spodziewałem się, że to będzie jeden z takich właśnie powrotów, bo pamiętałem mniej więcej, na czym ta symfonia polega i wiedziałem, że żadna inna kompozycja tego twórcy nie zrobiła już na mnie wielkiego wrażenia, co nigdy nie rokuje dobrze. A jednak jestem miło zaskoczony, bo choć moje upodobanie do IX symfonii zmalało istotnie, to jednak nie gigantycznie.

Utwór ten jest być może najbardziej zasługującym ze wszystkich na miano "X symfonii Beethovena". Kryje się za tym zarzut i pochwała. Cyniczne stwierdzenie, że Dvořák nie wniósł za wiele w rozwój muzyki poza paroma świetnymi tematami, nie byłoby bezpodstawne - mocno trzymał się szkoły swojego stulecia i był kompozytorem dalece mniej wyjątkowym, niż największe nazwiska, co słychać również w jego najlepszym dziele. Z drugiej jednak strony, być może nikt tak dobrze jak on nie pociągnął i nie zwieńczył tradycji symfonicznej rozpoczętej przez Beethovena (trochę za pośrednictwem Schuberta), a to jednak jest osiągnięcie o dość ogromnym ciężarze.

Mam czasem wrażenie, że nie tyle sporo, co większość aspektów tej symfonii jest mocno Beethovenowska. To dziwne stwierdzenie względem dzieła, w którym roi się od motywów czerpiących z amerykańskiego i czeskiego folku, ale tak trochę jest. Dvořák jest tu chyba w pierwszej kolejności rewelacyjny, jeśli chodzi o wymyślanie znakomitych, niezapomnianych tematów i motywów, przetwarzanie ich i zagnieżdżanie w innych częściach symfonii, niż ta, do której przynależą. Jest to prawdziwa kopalnia tematyczna i nie dziwi fakt, jak wielu cytatów się doczekała. Większość tematów należy do jednego z dwóch światów: jest tu muzyka drapieżna, witalna, głośna, pełna impetu, momentami nawet kojarzącego się z Berliozem wariactwa, reprezentująca nową, dynamiczną, nowoczesną, przemysłową Amerykę; jest też muzyka pastoralna, nostalgiczna, sielankowa, kojąca, reprezentująca tęsknotę do spokojnej, czeskiej wsi. Dvořák znakomicie radzi sobie w obu światach - w pierwszej i czwartej części znakomita jest ta "amerykańska" podniosłość, monumentalność, pomieszanie euforii z niepokojem; zwłaszcza w drugiej znakomita jest "czeska" łagodność i tęsknota. Co jednak więcej, te dwa światy nie są od siebie odgrodzone barierką, lecz bardzo intensywnie się przeplatają, występując we wszystkich czterech częściach - i tu również kompozytor zdaje egzamin fantastycznie, wykorzystując częste, inteligentne i płynne przeskoki harmoniczne, dynamiczne, agogiczne i fakturalne. A propos faktury, to choć nie nosi znamion geniuszu, w paru miejscach jest rewelacyjna. 

Co z tego nie jest Beethovenowskie? Wszystko jest. Mniej Beethovenowska jest znacznie większa niż u Niemca, bo nabrzmiała długimi dekadami romantyzmu narracyjność tej symfonii, mocniejsze rozszczepienie instrumentarium, konstruowanie muzyki trochę jak literatury. Daleko tu też do głębi emocjonalnej, jaką potrafił osiągać Beethoven - choć z drugiej strony osiągał ją na ogół poza symfoniami. Oczywiście wspomniane spore nasilenie akcentów ludowych też jest czymś z innego świata. Ogólnie rzecz biorąc, iskra prawdziwego geniuszu tu nie pobłyskuje. Ale błyszczy wielka kreatywność, doświadczenie, wrażliwość i pracowitość - każdy fragment tej symfonii jest niezwykle wypieszczony formalnie.

Jest to muzyka z sercem na dłoni, transparentna emocjonalnie, formalnie czasem wyrafinowana i kunsztowna, ale w odbiorze właściwie prosta. Nie przeszkadza jej to być naprawdę świetnym dziełem. Łącząc jedno z drugim, wychodzi jeszcze jeden atut - to znakomity materiał, żeby zbliżać do muzyki poważnej tych zupełnie niezbliżonych.



9.0/10

Komentarze