Lubelskie: część II. Przez bagna do ideału

Po opuszczeniu Lublina skierowałem się na wschód i porzuciłem tereny historycznej Małopolski. W trakcie drugiej i ostatniej opisywanej części podróży po województwie lubelskim przemieszczałem się już po ziemiach, które - choć należące do Polski od dawna - nie są już rdzennie polskie jak zachodnia część Lubelszczyzny; ani pod względem kulturowym, ani pod względem historycznej przynależności państwowej. Nie będę ukrywał - te ostatnie dwie doby zdominował zachwyt jednym z najpiękniejszych miast w kraju, które akurat rdzennie polskie jest, bo powstało dopiero za panowania Stefana Batorego. Ale pobyt w tym mieście w przyjemny i interesujący sposób otuliły krótkie wojaże po tych trochę niezależnych terytoriach. I dostarczyły nieco ciekawszej jazdy - o ile drogi w zachodniej części województwa zdają się niczym nie różnić od "standardowej Polski", o tyle we wschodniej części poczuć można już nieco kresowość, dzikość, nieco odludny charakter terenów bliskich granicom z Białorusią i Ukrainą.

Na pierwszy ogień poszło Polesie, a raczej malutki skrawek tej krainy historyczno-geograficznej, rozciągającej się od Polski na wschód dość grubym pasem wzdłuż granicy białorusko-ukraińskiej, dochodzącej aż do Rosji. To teren zdominowany przez przyrodę, której główną bronią są lasy oraz rzeki, bagna, torfowiska i wszelkiego rodzaju mokradła. Cywilizacyjnie był to obszar zacofany, pełen analfabetyzmu, z mieszkańcami często nieidentyfikującymi się z żadnym narodem ani krajem.

Polski skrawek Polesia jest malutki, na tyle jednak duży, by istniał na jego terenie Poleski Park Narodowy i by był to w sumie jeden z bardziej intrygujących parków narodowych w kraju. Utworzony został w 1990 roku i rozciąga się na stu kilometrach kwadratowych. Udało mi się go jedynie nadgryźć, przechodząc ok. 3-godzinną ścieżką przyrodniczą "Spławy", ale sądząc po opisach całego Polesia, stosunkowo dobrze oddała ona jego charakter. Trasa wiedzie najczęściej klimatycznymi, wręcz bajkowymi, wąskimi drewnianymi kładkami, które prowadzą przez bagna i torfowiska, gdzie rośnie specyficzna roślinność. Szczególnie dobrze radzą sobie brzozy i skrzyp bagienny.














Mniej więcej w połowie trasy można zatrzymać się na pomoście, który wcina się w Jezioro Łukie, największe w tym parku. To szczególnie dobre miejsce do obserwacji ptaków, między innymi żurawia, który jest symbolem PPN. Ptaków w ogóle słychać na odcinku ścieżki mnóstwo - widać nieco mniej przez gęstość roślinności. To naprawdę zacne i dość niecodzienne kilka godzin w towarzystwie przyrody.


W pobliżu jeziora miałem zaszczyt spróbowania po raz pierwszy i być może nawet ostatni kulinarnej dumy Lubelszczyzny - cebularza. Smakuje w przybliżeniu jak bułka z cebulą i odrobiną maku, co nie było szczególnie zaskakujące, bo tym właśnie jest.

Z Parku udałem się do najbardziej położonego na wschód punktu Polski, w jakim dotychczas przyszło mi się znaleźć, a który pobity w tym względzie zostanie już chyba tylko w przyszłości przez rubieże Podlasia. Punktem tym był Chełm, trzecie największe miasto województwa z nieco ponad 60 tysiącami mieszkańców. Obdarzone bogatą historią, w której od wieków mieszały się kultury polska, ruska i żydowska - historią, w której miało niegdyś miejsce znaczące jako stolica ziemi chełmskiej - dziś robi wrażenie bardzo prowincjonalne. Ma interesujący układ miejski - stare miasto znajduje się na całkiem wysokim wzniesieniu i jest niecodziennie podłużne - ale bije od niego przemijanie. Rynek jest przestronny i widokowy, ale nie otaczają go ładne budynki i jedynie obligatoryjna drewniana studnia przenosi nieco w czasie. Dwa najlepsze kościoły miasta to trochę banalny, choć przyzwoity barok.



Największą i najbardziej oryginalną atrakcją miasta są jednak podziemia kredowe, bez których prawdopodobnie w ogóle bym do Chełma nie zawitał. Miasto spoczywa na wielkich pokładach kredy, która była tu wydobywana od XIII wieku aż do początków XX, kiedy ten proceder został ze względów bezpieczeństwa zakazany. Kredę najczęściej pozyskuje się od góry, przez co oryginalne tunele kredowe są ewenementem - jak twierdzą przewodnicy - na skalę europejską. Nierzadko podmiejskie tunele są turystyczną wydmuszką - szybko się kończą i w większości są współczesne. Tutaj metrów pokonuje się naprawdę sporo, a podziemia mają autentyczny klimat - no i naprawdę nie są to podziemia zwyczajne.




Po podziemiach pozostała już tylko wizyta we wspomnianych kościołach. Tym bliższym rynku jest Kościół pod (niecodziennym) wezwaniem Rozesłania św. Apostołów, stojący na miejscu wcześniejszego, drewnianego, ufundowanego przez Władysława Jagiełłę. Obecny, budowany od połowy XVIII wieku według projektu włoskiego architekta, to nie do końca przekonujący barok. Sama bryła jest bardzo, bardzo dobra - czy mówimy o nieregularnej, pofałdowanej fasadzie, czy o quasi-centralnym układzie wnętrza z zakrzywionymi nawami. Ale elewacja łaknie renowacji, a wnętrzu, naćpanemu średnio imitującymi marmur malowidłami, nic już raczej nie pomoże wykaraskać się z delikatnych objęć pstrokacizny.




Główną i bardziej reprezentatywną chełmską świątynią jest Bazylika Mariacka z połowy XVIII wieku na miejscu XIII-wiecznego wcześniejszego kościoła. Otacza ją cały kompleks budynków, w których niegdyś mieścił się pałac biskupi i klasztor; jest też dzwonnica z XIX wieku. Bardzo ładna fasada bazyliki mogłaby być wzorem renowacji dla poprzedniego wspominanego kościoła. Tu jednak też mam pewne zastrzeżenia do wnętrza: robi wrażenie nieco bezduszne, nie przekonuje mnie chromatycznie. Mocne niedoświetlenie trochę nie pasuje do tak jasnej i miękkiej barokowej architektury. To również niezłe wnętrze, choć też ma mankamenty i to z przeciwległego bieguna względem Kościoła Apostołów. Stojąc w transepcie, znalazłem się w najbardziej wschodnim punkcie Polski w życiu.



Przed bazyliką znajduje się niewielkie wzgórze, z którego rozciągają się rozległe, choć może nie porywające widoki na Chełm i ziemie na zachód od miasta.


I na zachód, choć w większym stopniu na południe, skierowałem się po opuszczeniu Chełma. Zmierzałem już do miasta, które zapowiadało się najbardziej obiecująco z całego województwa i dotrzymało tych zapowiedzi, co stało się oczywiste już po pierwszej spędzonej w nim godzinie. Oto Zamość - bez większych wątpliwości najpiękniejsze i najbardziej niezwykłe miasto wschodniej Polski, a również w konkurencji ogólnopolskiej ścisły top.

Paradoksalnie jest to miasto stosunkowo bardzo młode, bo zbudowane od podstaw dopiero w 1580 roku. Powstało wolą pojedynczego człowieka - Jana Zamoyskiego, jednego z pierwszych Zamoyskich, sekretarza królewskiego, kanclerza i hetmana koronnego, magnata, słowem: mniej więcej najważniejszej postaci w Rzeczpospolitej po królu. Przyczynił się on zresztą do wyboru na króla Stefana Batorego - przez wielu tytułowanego najlepszym władcą w historii Polski - i stał się jego najbliższym współpracownikiem. W tym właśnie okresie ufundował też Zamość, zatrudniając włoskiego architekta Bernardo Morando, który miał zaprojektować renesansowe miasto idealne. Co właściwie mu się udało - na polsko-ruską ziemię przeniósł jakże egzotyczne tu włoskie idee urbanistyczne, byśmy do dziś mogli podziwiać miasto zwane "perłą renesansu", "Padwą północy" i "miastem idealnym".

Wdzięk Zamościa opiera się właśnie nie tylko na wielu architektonicznych perełkach renesansowych, lecz też na elegancji urbanistycznej. Stare miasto ma "doskonałe" proporcje 600 na 400 metrów, a sam rynek to kwadrat 100 metrów na 100. Plan starówki przypomina postać ludzką, z rynkiem w miejscu serca i z pałacem Zamoyskiego w miejscu głowy (budowla, wznosząca się na tle pomnika fundatora miasta, jest w dziś w kiepskim stanie, całkowicie utraciła blask i łatwo ją przeoczyć jako budynek bez znaczenia). Nie jestem specjalistą od urbanistyki, ale powiedziałbym, że nie trzeba nim być, by jeśli nie zauważyć, to przynajmniej poczuć wyjątkowość i grację rozwiązań Morando, których sednem są nie tyle stosunki geometryczne, co przyjazność miasta mieszkańcom. Miasto emanuje typowym dla najlepszych miast lubelskiego połączeniem kameralności/swojskości i elegancji.

Stary Zamość to jednak nie tylko sieć eleganckich i urokliwych uliczek, kamieniczkowo-podcieniowa uczta, kolor i słodycz, lecz również twierdza. Zamoyski od początku przewidywał ufortyfikowanie miasta i do dziś zachowało ono otaczające starówkę ceglane mury i bastiony. Oparły się one wielu najazdom, w tym nawet potopowi szwedzkiemu, dzięki czemu mogła bez przeszkód rozwijać się największa siła Zamościa - handel. Korzystne ulokowanie miasta pomiędzy Krakowem, Lublinem, Kijowem i Lwowem oraz tolerancyjne, humanistyczne ukierunkowanie mentalne Zamoyskiego przyciągało osadników z innych stron, zwłaszcza żydowskich, ormiańskich i greckich (ale najbardziej egzotyczni wydali mi się na tych ziemiach Szkoci).








Dziś Zamość jest dużo większy niż ta "idealna", renesansowa, zabytkowa część. Licząc ponad 63 tysiące mieszkańców, to po Lublinie największe miasto dzisiejszej Lubelszczyzny. W Zamościu "nowym" spędziłem tyle czasu, ile zajął dojazd na starówkę, ale przyznam, że jak na polskie miasto zrobił na mnie bardzo pozytywne, zadbane i uporządkowane wrażenie.

Stary Zamość jest wprawdzie mały - parę raczej krótkich godzin wystarcza, by przejść już każdą uliczką starego miasta i okrążyć mury. Na dość wnikliwy rajd po jego muzeach i kościołach wystarcza w zupełności jeden dzień. Gdy zaś opuści się starówkę, ciężko już będzie znaleźć coś szczególnie ładnego czy ciekawego. Stąd pod paroma względami wyżej z miast wschodniej Polski postawiłbym Kazimierz Dolny, wpisany w piękną przyrodę, z potencjałem na wielogodzinne spacery, luźniejszy - i tam prędzej przeniósłbym się na emeryturę. Również gastronomię w Kazimierzu oceniam nieco lepiej. Ale oryginalność i splendor architektoniczno-urbanistyczny Zamościa sprawiają, że sumarycznie to on zdecydowanie jest najbardziej domagającym się odwiedzin miejscem na całej Lubelszczyźnie.

Przybywając do Zamościa już blisko zachodu słońca, zacząłem znajomość z miastem od kolacji na rynku i długiego spaceru jego ślicznymi uliczkami, po zmroku bardzo romantycznymi. Na jednym z przepięknych podwórek udało się nawet zupełnie przypadkowo natrafić na dom urodzenia Marka Grechuty.

















Nazajutrz rozpocząłem już bardziej uporządkowane zwiedzanie. Z racji porannego deszczu odłożyłem dokumentację samego rynku na późniejsze, bardziej pogodne godziny i ruszyłem na muzea. Na pierwszy ogień poszło Muzeum Fortyfikacji i Broni Arsenał, rozlokowane częściowo w kazamatach fortyfikacji miasta, a częściowo w budynku dawnego arsenału. To niemały zbiór broni od średniowiecza po wojny światowe, przy czym szczególnie okazała jest ekspozycja pojazdów z tego najpóźniejszego okresu. Z narzędziami do robienia innym krzywdy sparowany jest tu niewielki zbiór sztuki, ale dla mnie jeszcze mniej pociągającej niż i tak mało pociągające mnie militaria, bo dominuje Kossak i klimaty zbliżone. Można też obejrzeć dobrze zrobiony film o historii Zamościa jako twierdzy. Nie jest to najciekawsze muzeum militarne, w jakim byłem, ale będąc już w Zamościu warto o nie zahaczyć.













Między jednym a drugim muzeum wstąpiłem do zamojskiej katedry, najważniejszego kościoła w mieście i moim zdaniem najpiękniejszego w całym województwie. To podobno wzorowy przykład renesansu lubelskiego. Z zewnątrz bardzo wyraźnie zaznaczona jest bazylikowa forma, która nadaje świątyni eleganckiej szerokości, kojarzącej mi się z kościołami Florencji i zresztą w ogóle Włoch. Wybitnie elegancka i pełna smaku jest też ozdobność zewnętrznej powłoki. Również wewnątrz wrażenie zaczyna się od samej formy - wielką harmonię zaprowadzają nawiązujące do układu miasta wymiary 45 metrów długości na 30 szerokości, boczne nawy obniżone jakby w idealnej proporcji względem środkowej i dopiero od nich odchodzące niższe kaplice. Ale wewnątrz jeszcze bardziej imponuje zdobnictwo - wyśmienite wzory na sklepieniach, kunsztowne gzymsy mocno inspirowane antykiem i masywne półkoliste arkady międzynawowe (przyznam, że sam nie jestem pewien, co tutaj jest ze stiuku, a co z kamienia). Niezwykła sprawa, bo przy tych zdobieniach wymiękają - niezłe przecież - elementy, które najczęściej w kościołach dostarczają najwięcej wrażeń: ołtarz główny, ambona i organy. Sam Bernardo Morando zaprojektował i prowadził budowę katedry w ostatnich kilkunastu latach XVI wieku, a pochowany jest tu Jan Zamoyski.















Muzeum Zamojskie, zlokalizowane w jednej z najładniejszych kamienic na rynku, to nieco senne, typowe miejskie muzeum chwytające się za różne obszary, które raczej nie rozłoży nikogo na łopatki. Warto zajrzeć choćby dla ładnie odtworzonych wnętrz mieszkań kupieckich z paroma prześlicznymi meblami czy dla oryginalnego dokumentu z 12 czerwca 1580 roku, na którym król Stefan Batory potwierdza lokację Zamościa.









Zamojska synagoga z 1620 roku jest w sumie najatrakcyjniejszą, z jaką zetknąłem się na wschodnich ziemiach, tak obficie niegdyś zamieszkałych przez ludność żydowską. W moim rozumieniu również wpisuje się w krąg renesansu lubelskiego z charakterystyczną attyką i bogatą sztukaterią pogodnego, jasnego wnętrza. Narożne konchy są tu największą perełką.



Nie zdążyłem zwiedzić bastionów twierdzy od środka, ale udało się przejść wzdłuż nich i wejść na nie - szczególnie warto, by złapać widok na jedną z dwóch głównych ulic starówki, prowadzącą od Bastionu nr VII przez środek rynku aż do pałacu. Masywność i surowość murów ciekawie kontrastuje z lekkim i ozdobnym charakterem miasta, które chroniły.






Pogoda powróciła, więc godnej sesji zdjęciowej doczekał się wreszcie rynek zamojski. Mimo że nie jest ogromny, to zdecydowanie mieści się w ścisłej czołówce najpiękniejszych rynków Polski, a że Polska rynkami stoi, to jest to miano bardzo zaszczytne. Rynki piękniejsze od zamojskiego zmieściłbym na 99% na palcach jednej ręki i wszystkie znajdowałyby się w bardzo dużych i słynnych miastach. Ten zamojski jest też inny od nich wszystkich, bo ratusz nie stoi samodzielnie na środku placu, lecz wpisany jest w północną pierzeję. Sprawia to, że choć wymiary 100 na 100 mogą nie powalać, to rynek sprawia wrażenie idealnie przestronnego. Otoczony jest przez prześliczne, kolorowe, ozdobne, kameralne kamienice, zaledwie dwupiętrowe z domieszką jednopiętrowych, niemal bez wyjątku wyposażone w jakieś restauracje lub kawiarnie, a kategorycznie bez wyjątku wyposażone w klimatyczne podcienia. W słoneczny dzień ten rynek wydaje mi się jednym z najbardziej pogodnych, pozytywnie naładowanych i urokliwych miejsc na świecie.





Sylwetka ratusza z lat 1639-1651, szerszego i wyższego niż wszystkie kamienice, a ponadto wyposażonego w strzelistą wieżę o wysokości 52 metrów, nie tyle dominuje rynek, co przewodzi mu bez krzty przytłoczenia. Zachwyca proporcjami, urzeka renesansową ozdobnością i wymyślnym barokowym hełmem. Charakterystyczne schody dobudowane zostały dopiero w 1768 i była to bardzo dobra decyzja.


Ratusz tworzy mariaż idealny z zespołem najpiękniejszych kamienic na rynku, zbudowanych tuż przy nim - tzw. kamienic ormiańskich, zwanych tak naturalnie od narodowości kupców, którzy niegdyś je zamieszkiwali. Nieskrępowane symetrią, wymyślne sztukaterie na elewacjach, fantazyjne renesansowe attyki i soczyste barwy czynią je co najmniej kandydatem na najbardziej fenomenalny zestaw kamienic w całej Polsce.


Stary Zamość nie jest otoczony murami szczelnie, ponieważ na części z nich założono w czasach międzywojnia Park Miejski, w sumie też jeden z najładniejszych w Polsce, w jakich byłem. Jego atrakcyjność jest osadzona zwłaszcza na dużym zbiorniku wodnym i wzniesieniach, warunkowanych przez niegdyś forteczny charakter terenu.



Poza murami miejskimi zobaczyłem tylko jeden zabytek - Rotundę Zamojską. Historia kolistego fortu o średnicy 54 metrów sięga początków XIX wieku, kiedy wybudowano ją w celach obronnych, ale dziś jest pomnikiem historii przede wszystkim XX-wiecznej. W czasie II wojny światowej SS używało tego miejsca jako obozu jenieckiego; Niemcy wymordowali tu ok. ośmiu tysięcy ludzi z ziem zamojskich. Poszczególne cele rotundy poświęcone są innym epizodom polskiej martyrologii. Po tym posępniejszym epizodzie mogłem jeszcze przez jakiś czas kąpać się w pięknie starówki przed odjazdem następnego ranka.







Ostatnie godziny w województwie lubelskim spędziłem na Roztoczu, krainie geograficznej pełnej wzniesień i lasów, rozciągającej się od polskiego Kraśnika do ukraińskiego Lwowa. Teren Roztocza jest chyba najładniejszy na Lubelszczyźnie, przynajmniej z wnętrza samochodu. Można nieprzerwanie jechać przez piękne, gęste lasy bardzo długo nawet jak na Polskę. To również w tych okolicach, w całkowicie przypadkowej knajpie w Józefowie, miałem okazję spróbować innego przysmaku Lubelszczyzny, dużo konkretniejszego i smaczniejszego niż cebularz - piroga biłgorajskiego, prostej i pożywnej "pieczeni" z kaszy gryczanej, ziemniaków i twarogu (w wersji z sosem grzybowym).



Głównym celem był jednak Zwierzyniec, swoiste centrum tego regionu. Malutkie, nieco ponad 3-tysięczne miasto jest przede wszystkim bazą wypadową do parku narodowego, ale samo ma przynajmniej dwa godne uwagi obiekty. Jednym jest Kościół św. Jana Nepomucena, potocznie zwany kościołem na wodzie - ostatnia pozostałość po rezydencji letniej, jaką niegdyś założył w Zwierzyńcu Jan Zamoyski. To właściwie raczej kaplica niż kościół. Bardziej od architektury za urok odpowiada tutaj położenie na jeziorze.



Parę kroków dalej stoi Browar Zwierzyniec, zakład piwowarski utworzony w latach 1802-1806 przez Stanisława Kostkę Zamoyskiego, XII ordynata zamojskiego. Budynek, który można zwiedzać i przy którym funkcjonuje pijalnia piwa, jest od dawna nieczynny - właściwy, funkcjonujący browar znajduje się po drugiej stronie ulicy. Jest to niemniej kawał historii polskiego piwowarstwa i budynek naprawdę piękny jak na swoją funkcję. W dodatku pils ze Zwierzyńca, mimo że będącego własnością Perły, jest piwem naprawdę dobrym, jeśli nie bardzo dobrym w swojej prostocie.










Sam Roztoczański Park Narodowy, tak jak i Poleski, zaledwie napocząłem, korzystając z jego najpopularniejszego szlaku - ścieżki na Bukową Górę. Prezentuje przyrodę na swój sposób oklepaną dla mieszkańców Polski - mamy tu po prostu las i trochę wzniesienia, więc teoretycznie miejsce, w które prawie każdy może dojechać w góra godzinę. Nie jest to jednak takie proste - ten las jest naprawdę jednym z najbardziej dorodnych, najwidoczniej starych, najbujniejszych w kraju. Czuć sporą różnicę w porównaniu z pierwszym lepszym przydrożnym lasem. Ścieżka prowadzi najpierw przez drzewostan sosnowy, nieco wyżej przeważać zaczynają świerki i jodły, a w najwyższych rejestrach zaczyna się królestwo potężnych buków. Koniec ścieżki wieńczy widok na roztoczańskie wzniesienia. Z dwóch PN województwa bardziej rekomendowałbym Poleski, ale tylko ze względu na jego większą egzotykę, nie na jakość.















Lubelskie pożegnało mnie sporą ulewą i wspomnianym pirogiem biłgorajskim w Józefowie. Pozostawiło we mnie odczucia na tyle pozytywne, że według moich szacunków, gdybym zrobił ranking wszystkich województw, zmieściłoby się chyba rzutem na taśmę w pierwszej połowie, ewentualnie trafiło na szczyt drugiej. Tymczasem podążyłem dalej na południe, by zgłębić jeszcze ciekawiej zapowiadającą się część wschodniej Polski.

Komentarze