Lubelskie: część I. Renesans drobności i wdzięk przemijania

Polska ściana wschodnia pozostawała dla mnie nieodkryta przez czas bardzo długi. Nie zabrakło wiele, bym ukończył trzydziesty rok życia i ani razu nie postawił stopy w żadnym z trzech województw, które tę ścianę tworzą - mimo że całe życie mieszkam w Polsce i co najmniej zahaczyłem już dużo wcześniej o wszystkie pozostałe trzynaście województw. W końcu jednak zaplanowałem obszerną podróż w te strony. Planowałem ją z ekscytacją, realizowałem z fascynacją i zakończyłem ze sporą liczbą wrażeń. Na tyle sporą, żejeszcze jakiś czas temu zdałaby mi się niewiarygodna jak na regiony tak przemilczane wśród mieszkańców tej części kraju, w której mieszkam od urodzenia. Ale wschód Polski zdał egzamin: parokrotnie zachwycił mnie, wrocławianina, a całościowo pozostawił po sobie wrażenie miejsca bardzo przyjemnego i dalekiego od przypisywanego mu czasem stereotypowo zacofania i zapyziałości. Jako pierwsze zdało zaś egzamin województwo lubelskie, choć po całej podróży wiem już, że to nie ono jest najjaśniejszą perłą polskiego wschodu.

Zrobiło to mimo istotnego niedostatku jednej z pożądanych przeze mnie cech poszczególnych wycinków świata: intensywnej regionalnej charakterystyczności. To stosunkowo naturalna kolej rzeczy, bo Lubelszczyzna (ta w dzisiejszym rozumieniu, czyli województwo lubelskie) jest jednym z tych województw, których granice zostały wytyczone z niewielką dawką przesłanek historycznych. Jej teren to mieszanka: trochę historycznej Małopolski, trochę Rusi Czerwonej, odrobina Polesia i jeszcze skrawek Podlasia. Częściowo Polska (ewentualnie Litwa) praktycznie od zawsze, częściowo od XIV wieku, ale sumarycznie jedno z najbardziej polskich polskich województw. Również okres zaborów był niejednolity: po trzecim rozbiorze te ziemie otrzymała Austria, ale w trakcie wojen napoleońskich weszło w skład Księstwa Warszawskiego, a potem podległej Rosji Kongresówki.

Mimo to lubelskie zdołało wykształcić pewne wspólne mianowniki - niektóre obiektywne, inne odwołujące się już do moich odczuć. W pierwszej kolejności będzie mi się na pewno kojarzyć z renesansową architekturą, zwłaszcza architekturą tzw. renesansu lubelskiego - stylu zdecydowanie nie w pełni oryginalnego i samodzielnego, ale mimo wszystko w jakimś stopniu osobnego. Dalej zapamiętam Lubelszczyznę jako krainę o krajobrazie płaskim, agrarnym, średnio ciekawym (nawet z przełamaniem w postaci świetnych południowych lasów). A bardziej osobiście będzie to dla mnie miejsce w niezwykły sposób grające dwoma kontrastami. Łączy ono mianowicie konsekwencję i niepodważalność swojej kameralności z momentami intensywnego piękna i elegancji; z momentami specyficznego, nienaruszającego tej kameralności, "dyskretnego przepychu". Godzi też bardzo pogodną, pozytywną atmosferę (nie wymyślam sobie jej całkowicie subiektywnie: w pewnym stopniu warunkuje ją architektura regionu - jasna, barwna, "miękka" i dekoracyjna) z bardzo częstymi w sumie akcentami przemijania, utraty, nawet po prostu śmierci.

No i są jeszcze cebularze - najsłynniejsze "danie" regionu, może jedyne naprawdę cały ten region łączące, które faktycznie napotkać można niemal na każdym kroku. Choć przyznam, że gdyby moim największym kulinarnym specjałem był - z całym szacunkiem, ale jednak - kawałek banalnego pieczywa z cebulą, to wolałbym chyba na tematy kulinarne w ogóle nie wchodzić. Poza tym lubelskie wyróżnia się jeszcze statystycznie - jest trzecim najrozleglejszym województwem w kraju i zarazem trzecim najmniej zurbanizowanym. Zupełnie przeciętne jest natomiast pod względem zaludnienia.

_____________________________________________________

Pierwszą część wyprawy zdominowały dwa skrajnie odmienne od siebie miasta, które łączą chyba tylko niuanse architektoniczne. Pierwsze, mając około dwa i pół tysiąca mieszkańców, jest jednym z mniejszych w regionie - drugie to miasto wojewódzkie i dziewiąte najludniejsze miasto w Polsce. Pierwsze nigdy nie było wybitnie znaczące gospodarczo i politycznie, ale w czasach powojennych stało się potęgą turystyczną - drugie zaś było jednym z ważniejszych i świetniejszych miast w kraju przez setki lat, ale wojenne zniszczenia i przetasowania geopolityczne mu to odebrały. Żadne z nich nie jest najbardziej godnym uwagi w województwie, jednak oba są uwagi godne bardzo. 

Nie od nich jednak rozpocząłem podróż, lecz od swoiście egzotycznego skrawka polskiej ziemi - jedynego fragmentu wszystkich trzech wschodnich województw kraju, który leży po zachodniej stronie Wisły. Znajduje się on w powiecie puławskim i ma wielkość jednej-dwóch gmin. Przyciągnął mnie na ten teren zamek we wsi Janowiec czy raczej przyciągnęły jego ruiny.

Forteca powstała w pierwszej kwarcie XVI wieku na zamówienie Mikołaja Firleja, wysoko postawionego szlachcica. W czasach swojej świetności była podobno jedną z najbardziej imponujących rezydencji w kraju, ale dobre czasy potrwały niewiele ponad sto lat. Spalony przez Szwedów, został jeszcze odbudowany, lecz zaczął popadać w ruinę z braku możliwości utrzymania przez kolejnych właścicieli. W PRLu był rzekomo jedynym prywatnym zamkiem, sprzedanym państwu dopiero w 1975 roku. Dziś to kawał niezłej ruiny, choć nie ma w sobie tego nieodpartego uroku zamków stosunkowo nieodległej Jury Krakowsko-Częstochowskiej czy Zamku Krzyżtopór. Nieco banalne jest to, co z niego zostało, może poza oryginalnym pasiastym wzorem na fasadzie. Lepsze od samej ruiny są rozległe widoki, jakie się rozciągają z jej wyższych pięter - można uchwycić kawałek Wisły.





Lepszy właściwie jest też położony tuż obok zamku dwór z połowy XVIII wieku, wyposażony w urokliwy drewniany dach, zielone okiennice i wnętrza z epoki.





Zamierzałem przebyć Wisłę właśnie w Janowcu, korzystając z promu rzecznego. Była to dobra decyzja, bo choć prom ostatecznie nie nadpłynął i musiałem ruszyć na północ, by skorzystać z mostu w Puławach, to dostarczyło to okazję do półgodzinnej kontemplacji największej polskiej rzeki z bliskiej odległości.


Z pomocą nieodżałowanego promu dostałbym się od razu tam, gdzie chciałem - do Kazimierza Dolnego, zwanego też Kazimierzem nad Wisłą. Dość niezwykła, imienna nazwa miasteczka jest wyjątkowo trafna, bo do początkowego rozwoju osady przyczynił się Kazimierz Sprawiedliwy, a Kazimierz Wielki nadał jej prawa miejskie. Przez jakiś czas, szczególnie w XVI wieku, miasto było istotnym ośrodkiem handlu, bogacąc się zwłaszcza na wiślańskich kontaktach z Gdańskiem. Wojny ze Szwecją zapoczątkowały jego stopniowy upadek. Już pod koniec XIX wieku zaczęło się stawać miejscowością wypoczynkową i nawet wojny światowe, które nie zostawiły Kazimierza w spokoju, nie powstrzymały rozwoju w tym kierunku.






Kazimierz mimo swojego znaczenia handlowego kilkaset lat temu nigdy nie był oczywiście jednym z najważniejszych miast w Polsce. W pewnym sensie stał się nim jednak dziś, w nowym, turystycznym rozdziale swoich dziejów. Możliwe bowiem, że z całej Polski to właśnie Kazimierz najsilniej zbliża się do ideału romantycznego, urokliwego, zabytkowego miasteczka - polskiego San Gimignano, polskiego Carcasonne, polskiego Rothenburga i tak dalej. Nawet jeśli wciąż od tych miast dzieli go przepaść, to jest to zdanie dla mnie bardzo znaczące, bo niedobór naprawdę pięknych, ciekawych, zadbanych i zagospodarowanych małych miast uważam za ogromną bolączkę Polski. W moim odczuciu Kazimierz zdetronizował nawet świetny Sandomierz, położony bardzo niedaleko, na przeciwnym brzegu Wisły, i często z nim porównywany, mimo że to miejsca zupełnie różne.






Największym atutem Kazimierza jest chyba jego niezwykła architektura - poza kościołami niziutka, kameralna, przytulna, wręcz rustykalna, a jednocześnie momentami bardzo interesująca. Dzięki starym drewnianym dachom klimatyczna, dzięki piaskowcowi pogodna. Dzięki temu, że i zabytkowe, i w dużej mierze współczesne budynki wpisują się w tę stylistykę, miasto urzeka nie tylko samym rynkiem, ale i odchodzącymi od niego na wszystkie strony świata uliczkami, miejscami mającymi coś z miasteczek francuskich. W Polsce tak klimatyczne uliczki są co do zasady domeną miast co najmniej dużych.





Dodatkowo Kazimierz jest scenicznie wciśnięty pomiędzy Wisłę a całkiem wysokie wzgórza, co zapewnia podwójny kontakt z naturą i wspaniałe panoramiczne widoki (na które również w polskich miastach jest moim zdaniem deficyt). Co jeszcze ponadprzeciętnie istotne, da się tu naprawdę bardzo dobrze zjeść; można też znaleźć świetnie zaopatrzoną, klimatyczną herbaciarnię czy piekarnię z długoletnią tradycją, wypiekającą lokalny specjał - maślane pieczywo w kunsztownej formie kogutów. Zza każdego rogu wyglądają też sklepy i pracownie artystyczne, jako że Kazimierz od dawna cieszy się sławą miasta artystów i innych poszukujących natchnienia samotników.





Idealnie być nie może - Kazimierz jest równie kameralny, co popularny, przez co w weekendy bardzo gęsto zapełnia się turystami, a ponadto dla tychże turystów zorganizowało się tu sporo typowo polskiej turystycznej infrastruktury, czyli jarmarcznego badziewia i koszmarnego żarcia firmowanego brzydkimi banerami. W dni robocze jest jednak naprawdę cudownie. Najprędzej życzyłbym sobie chyba nieco bardziej zdecydowanego oddalenia ruchu samochodowego od rynku, ale to drobnostka, bo jest tu sporo miejsc do ucieczki od aut. Gdybym mieszkał w Warszawie czy Lublinie, pewnie nierzadko wpadałbym tu nieco się wyciszyć.

Poza tym, że Kazimierz jest śliczny i przyjemny, to jest tu też co pozwiedzać. W dniu przyjazdu starczyło jednak czasu tylko na to, by wejść na Wzgórze Trzech Krzyży - miejsce z jedną z najlepszych panoram w całej Polsce. Dla mnie niejako legendarne jeszcze zanim na nie trafiłem, bo przez kilka lat wisiał u mnie w pokoju obraz olejny z tą panoramą (nie był to bynajmniej obraz rzadki - ten widok jest uwielbiany przez malarzy). Fakt, że wejście na wzgórze jest płatne, jest odrobinę oburzający, ale oburzenie szybko mija, gdy oko nacieszy się widokiem zieleni, Wisły, kazimierskiego rynku, drewnianych dachów i starych dachówek. Tytułowe trzy krzyże upamiętniają ofiary plag, jakie przetoczyły się przez miasto w XVIII wieku.


Nazajutrz, przy idealnej pogodzie, rozpocząłem zwiedzanie od XVII-wiecznego klasztoru franciszkanów. Od samego kościoła - przyjemnego, ale raczej banalnego - ciekawszy jest prowadzący na teren klasztoru, zadaszony, wznoszący się korytarz. I przyjemny widok na miasto już po pokonaniu korytarza.





Największe perełki architektoniczne Kazimierza to trzy piaskowcowe kamienice z pierwszej połowy XVII wieku. Najmłodsza i moim zdaniem najpiękniejsza z nich, Kamienica Celejowska (od urzędującej tu kiedyś rodziny Celejów), znajduje się poza rynkiem. Jej wybujała, ale wciąż elegancka, manierystyczna ornamentacja jest niczym rozkoszny, nieprzesłodzony cukierek. Szczególnie urzeka szczyt, w którym renesansowa attyka z płaskorzeźbami świętych i maszkaronami wspiera się na rzędzie małych konch.


Pozostałych dwóch należy szukać już na rynku. Jednym z najładniejszych rynków w Polsce, chociaż pozbawionym splendoru nie tylko w porównaniu z Wrocławiem czy Krakowem - nawet przy już kameralnym przecież Sandomierzu rynek kazimierski wydaje się skromny, wręcz prowincjonalny. Ale i tak jest urzekający ze swymi drewnianymi dachami, dwiema drewnianymi studniami, widokiem na kościół farny i perełkami architektury.








Mowa przede wszystkim o wspomnianych Kamienicach Braci Przybyłów, ozdobionymi minimalnie mniej elegancko i wymyślnie niż Kamienica Celejowska, ale też ślicznie, a ponadto wyposażonymi w podcienia. Na lewej kamienicy widnieje płaskorzeźba św. Mikołaja, a na prawej św. Krzysztofa - imiennych patronów tytułowych braci.



Przyciąga wzrok również nieco podniszczona Kamienica Gdańska z 1795 roku, z łagodną - choć barokową - fasadą, zwężającą się ku górze.

Kościół Farny św. Jana Chrzciciela i św. Bartłomieja, którego sylwetka nieco przytłacza kameralny ryneczek (jest bardzo wysoki, a dodatkowo stoi na lekkim wzniesieniu względem rynku), jest uznawany za sztandarowy przykład renesansu lubelskiego. Z historią sięgającą XIV wieku, swą obecną prezencję zawdzięcza XVI-wiecznej przebudowie. Z zewnątrz być może nie rozkłada na łopatki, ale wnętrze jest piękne - wysokie i podłużne, a jednak lekkie i miękkie dzięki kremowej kolorystyce, renesansowym rozwiązaniom architektonicznym (antyczne gzymsy, półkoliście zwieńczone okna i przejścia, kolebkowe i kopułowe sklepienia). Największe przeboje to masywna i kunsztowna sztukateria na sklepieniu oraz bombastyczne bardziej niż zwykle drewniane organy z początku XVII wieku. Kandydat na najładniejszy kościół w województwie, choć chyba jednak na drugim miejscu.
















Zaraz po wyjściu z kościoła oddaliłem się od centrum Kazimierza, by przyjemnymi uliczkami, przy których okazałe i zaskakująco gustowne wille stawiają sobie współcześni mieszkańcy, dojść do cmentarza żydowskiego z 1851 roku - najbardziej dosadnej pamiątki po żydowskiej społeczności, która przed wojną stanowiła około połowy mieszkańców miasta. Byli mordowani przez hitlerowców między innymi właśnie na tym cmentarzu. Ze zniszczonych nagrobków utworzono ścianę-pomnik z symboliczną wyrwą. Za nią, w lesie, znajduje się nieco zachowanych macew.






Oddalając się od centrum jeszcze bardziej, dotarłem do najsłynniejszego z kazimierskich lessowych wąwozów korzeniowych, znanego jako Korzeniowy Dół. Ma około 400 metrów długości i jest miejscem bezsprzecznie baśniowym. Również w kategorii wąwozów Sandomierz przegrał z Kazimierzem: tutaj formy korzeni są jeszcze bardziej niezwykłe, wąwóz jest dłuższy i co również istotne nie zaatakowała mnie tu największa chmara komarów, jaką spotkałem w życiu.







Wychodząc z wąwozu, wraca się do Kazimierza inną drogą i mija ruiny zamku oraz basztę, do których warto wykupić wstęp choćby ze względu na same widoki. Ufundowanie zamku, dziś będącego w raczej skromnej ruinie, przypisuje się Kazimierzowi Wielkiemu i rocznikowi 1341. Położona wyżej baszta - w stanie właściwie kompletnym - jest starsza i pamięta koniec wieku XIII. Natknąłem się na informację, że nie ma starszej budowli obronnej na wschodzie Polski. Zwłaszcza widok z baszty zapiera dech w piersiach.









Jeszcze jedno wejście na Wzgórze Trzech Krzyży, herbata na rynku i ostatnie wieczorne spacery były pożegnaniem przed opuszczeniem Kazimierza następnego ranka. 



Pomiędzy miasteczkiem a miastem miałem tylko jeden przystanek. Czy też "aż", bo pałac Zamoyskich w Kozłówce to bez większych wątpliwości najbardziej imponująca rezydencja całej Lubelszczyzny. Wzniesiony w latach 1735-1742 według projektu włoskiego architekta, w ręce Zamoyskich trafił dopiero na sam koniec XVIII wieku, a pełnię swojego przepychu uzyskał dopiero na przełomie XIX i XX wieku. Reprezentuje elegancki, pogodny i nieprzesadzony typ baroku, odciążonego i zmiękczonego wtrętami renesansowymi. Jest w jakimś stopniu umiarkowany, co nadaje mu klasy.

Imponuje już brama wjazdowa z nieco kuriozalnym zawołaniem Zamoyskich "To mniey boli"; imponuje pedantyczny ogrodowy dziedziniec zarówno przed, jak i większy ogród za pałacem. Pedanterię przełamują nieco szwendające się po ogrodzie pawie i komunistyczne pomniki galerii socrealizmu, mieszczącej się w jednym z pawilonów.














Zwiedzanie pałacu rozpocząłem od wystawnej prywatnej kaplicy skąpanej w antycznych motywach, wzorowanej na rozwiązaniach z Wersalu. Nagrobek Zofii Czartoryskiej to zabytkowa kopia oryginału, który, jak się okazało, znajduje się w samym kościele Santa Croce we Florencji. Przy kaplicy można obejrzeć pokój kardynała Wyszyńskiego, który ukrywał się tu w czasie wojny.







Najbardziej olśniewającym elementem pałacu są jednak jego wnętrza, podobno nie tylko jedne z najlepiej, ale i najautentyczniej zachowanych w Polsce. Ociekają luksusem, fascynującym wyposażeniem i złotymi ramami nieco mniej fascynujących portretów. Jak często w przypadku tego typu wnętrz, wygrywa "męska" sala z biblioteką, stołem do gry w karambol i genialną lampą nad nim. Na ten moment - po ośmiu zwiedzonych województwach - Kozłówka mieści się na moim podium polskich pałaców.



























Po tym rozkosznym interludium skierowałem się do kolejnego miasta - tym razem już pełnowymiarowego. Lublin, stolica województwa i dziewiąte najludniejsze miasto w kraju (choć spodziewam się, że oficjalne 340 tysięcy powiększa rzesza studentów i realnie umieszcza Lublin może nawet na miejscu siódmym), podobnie jak cała Lubelszczyzna, zrobił na mnie wrażenie fascynująco kontrastowe. To historycznie jedno z najważniejszych, najstarszych i najbardziej polskich miast w kraju, które miało zaszczyt stać się sceną kluczowego dla Polski wydarzenia, jakim było podpisanie aktu Unii Lubelskiej w 1569 roku. Olbrzymie wojenne straty - niepowetowane pieczołowitą odbudową jak w Gdańsku, Warszawie czy Wrocławiu - w połączeniu ze zmianą granic państwa sprowincjonalizowały jednak Lublin i w porównaniu z największymi miastami Polski do dziś pozostaje on nieco prowincjonalny. Mnóstwo wciąż odrapanych czy wprost podrujnowanych budynków (również w ścisłym centrum), często oglądane tablice pamiątkowe poświęcone ofiarom zbrodni wojennych, obecność w granicach miasta obozu koncentracyjnego na Majdanku, wspomnienia żydowskiej kultury (nie tylko w formie pomników pamięci, ale i choćby poprzez najsłynniejszą restaurację w mieście, specjalizującą się w kuchni żydowskiej) - wszystko to przepełnia Lublin poświatą straty i przemijania. Ale jednocześnie, dzięki jasnej i ozdobnej architekturze, a także dużemu ożywieniu knajpianemu, zawdzięczanemu zwłaszcza sporym liczbom studentów, miasto ma w sobie błysk, rześkość i pogodność. Wiruje i głośno rozmawia, a zarazem zachowuje wciąż sporo kameralności. Zrobił na mnie Lublin wrażenie miniaturki większych polskich miast - starówka mocno przypomina warszawską, a dochodzący do niej deptak Krakowskie Przedmieście jest jak mini-Piotrkowska z Łodzi.















Wizytę w Lublinie zacząłem jednak od zachodnich obrzeży miasta, gdzie znajduje się najważniejszy skansen w województwie - Muzeum Wsi Lubelskiej. Prawdę mówiąc, może to być na ten moment mój najmniej ulubiony skansen w Polsce, ale jest skansenem, więc wciąż mi się podobał. Główną jego bolączką jest nie tyle sama ekspozycja - daleka od najciekawszej, ale jednak bardzo dobra - co położenie tuż przy Alei Solidarności, obwodnicy wypadającej wprost na Warszawę. Jej hałas i jej widok odbierają szansę na rustykalny klimat. Najbardziej imponujące eksponaty to śliczny dwór wiejski z mansardowym drewnianym dachem oraz dwie drewniane świątynie - cerkiew i kościół (jednak bez startu do niektórych z tych, jakie można na Podkarpaciu oglądać "w naturze"). Interesująco zapowiada się też ciągle realizowany projekt prowincjonalnego środkowoeuropejskiego miasteczka.


























Kompleksowe zwiedzanie miasta udało się przeprowadzić następnego dnia przy lepszej pogodzie. W dniu przyjazdu rzuciłem tylko okiem na rynek, a następnie skupiłem się na akcentach browarnych. W firmowej restauracji browaru Perła, zlokalizowanej tuż przy zakładzie, można całkiem nieźle zjeść, ale piwa Perły, wiadomo - od słabych do średnich z plusem. Zdziwiło mnie też, że tak duży browar z historią sięgającą 1948 roku można zwiedzać tylko w jeden dzień w tygodniu.





Na piwo jako takie lepiej wybrać się w Lublinie do firmowego pubu Browaru Zakładowego, bez wątpienia najlepszego browaru Lubelszczyzny. Pub jest dość solidnie oddalony od rynku i mieści się w brzydkim współczesnym budynku, ale ma przyjemne wnętrze. Browary restauracyjne Lublina mają natomiast renomę na tyle umiarkowaną, że podarowałem je sobie.



Następnego dnia zwiedzanie poprzedziłem śniadaniem na Krakowskim Przedmieściu - obszernym, pogodnym, obsadzonym knajpami deptaku, który tak bardzo skojarzył mi się z Piotrkowską (choć jest od niej kilka lub kilkanaście razy krótszy).




Krakowskie Przedmieście kończy się lub zaczyna chyba najbardziej klimatyczną budowlą Lublina - Bramą Krakowską, jedyną pozostałością po średniowiecznych fortyfikacjach. Solidna wieża bramna prowadzi przez setki lat historii miasta - ceglana, gotycka, zupełnie nietypowa dla Lublina główna część przenosi do XIV wieku; otynkowana renesansowa nadbudowa to wiek XVI, a barokowy hełm -  1782.




Kilka kroków za nią rozpoczyna się już lubelski rynek, bardzo klimatyczny, choć zaskakująco kameralny jak na miasto tak duże. Otaczają go sympatyczne, typowo polskie, góra trzypiętrowe kamienice, a spory, klasycystyczny budynek Trybunału Koronnego na środku sprawia, że jest dość ciasny i przez to przytulny. Kamienice w większości są dość proste, ale wiele z nich pokrytych jest intrygującymi malowidłami i sgraffitami, a parę zdobią śliczne attyki. Największą perełką jest błękitna Kamienica Konopniców z rzeźbiarską, manierystyczną dekoracją okien. Nieco szokuje fakt, że nawet w rynku wciąż parę kamienic jest mocno odrapanych z tynku i czeka na renowację, ale przyznam też, że praktycznie mi to w Lublinie nie przeszkadzało - nadaje wręcz trochę klimatu i autentyczności miejsca mocno poszarpanego przez historię.











Uważałbym na znajdujący się w pobliżu rynku kamień nieszczęścia. Tabliczka ostrzegawcza, która odradza go dotykać, zdezaktualizowała się wraz z postępem technologicznym - okazuje się, że nie powinno się go też fotografować. Krótko po zrobieniu poniższego zdjęcia telefon umarł mi bez przyczyny na jakieś dwie godziny i myślałem już, że niniejszy wpis nie będzie mógł się ukazać z braku dokumentacji.

W bardzo podobnej stylistyce do rynku utrzymana jest główna, najładniejsza i najbardziej ożywiona ulica starego miasta - Grodzka. Jest chyba nawet jeszcze bardziej klimatyczna niż sam rynek.










Zapewnia przyjemny spacer w stronę lubelskiego zamku, połączonego ze starówką scenicznym mostkiem. Sam zamek z zewnątrz nie imponuje przesadnie - ze średniowiecznej twierdzy ani późniejszej renesansowej rezydencji, w której podpisywano słynny akt łączący Polskę z Litwą, nie zostało nic. Oglądamy XIX-wieczny neogotycki pałac, zaskakująco mało wymyślny jak na tak reprezentacyjną budowlę miasta. Po wejściu na bardzo ładny barokowy dziedziniec zaczynają się jednak spore atrakcje.




Jedną z nich jest najstarszy zachowany element zamku - romański, rotundowy donżon z XIII wieku, krągła ceglana bryła zwieńczona nowszym, otynkowanym dachem i krenelażem. Poza walorami historyczno-architektonicznymi (to jedna z najstarszych rzeczy na Lubelszczyźnie i podobno jedyny romański kawałek architektury) wieża ma też walory widokowe - rozciągają się z niej rozległe widoki, które ukazują urok starówki i zarazem fakt, jak szybko ta starówka się kończy.





Najważniejszym jednak fragmentem zamku jest nieco młodsza, XIV-wieczna kaplica św. Trójcy, sławna nie tyle dzięki swoim gotyckim formom, ale dzięki barwnym freskom z 1418 roku, wykonanym w stylistyce rusko-bizantyńskiej na zamówienie Władysława Jagiełły, orędownika tego typu wschodnich klimatów malarskich. W gruncie rzeczy najpiękniejsze wnętrze sakralne Lublina.







Reszta zamku pochodzi już z wieków dużo późniejszych i architektonicznie jest taka sobie, ale skrywa najlepsze muzeum na Lubelszczyźnie. Ekspozycja jest obszerna i zróżnicowana - bardzo dobra sekcja archeologiczna, kunsztowne meble, ikony, portrety władców i szlachty polskiej, rzeźba ludowa i w końcu galeria sztuki, w której uchowało się parę prac głośniejszych nazwisk zagranicznych i polskich (Matisse, Picasso, Kandinsky / Witkacy, Gierymski, Fangor - aczkolwiek raczej bagatelki).


























Na deser zostawiłem sobie dwa najsłynniejsze lubelskie kościoły. Kościół dominikanów reprezentuje klasztor działający w Lublinie już ponad trzy czwarte milenium, ale sam powstał w XIV wieku, przy czym  obecną formę zawdzięcza w ogromnej mierze przebudowie z końca wieku XVI i XVII-wiecznym, wystawnym kaplicom, fundowanym przez polskie rody szlacheckie - Ossolińskich, Firlejów, Tyszkiewiczów. Wieki rozbudów poskutkowały dość eklektyczną formą. Renesans miesza się z barokiem pod różnymi postaciami, prezbiterium wydaje się jeszcze zdradzać gotyckie pozostałości, kaplice rządzą się własnymi prawami. Wyrastają z naw bocznych, które już same są dość mocno oddzielone od nawy głównej. Fajny, interesujący, pełen zakamarków kościół, w dodatku sam wciśnięty w zakamarki starówki, kiepsko widoczny - podejrzewam, że wieczorne msze są w nim bardzo klimatyczne.








Pomiędzy dwoma kościołami wspiąłem się jeszcze na Wieżę Trynitarską - niegdyś bramę klasztorną, od 1627 dzwonnicę, z obecnym neogotyckim kształtem od 1819. Nie jest to budowla piękna, trapi ją podobny problem, co lubelski zamek, ale warto ją zwiedzić, by zobaczyć parę imponujących dzwonów i świetny widok na rynek i katedrę.







Ta właśnie Katedra św. Jana Chrzciciela jest częściowo przeciwieństwem kościoła dominikanów. Z zewnątrz intensywna, transparentna, monumentalnie barokowa, z bombastycznym portykiem - w środku pozbawiona intymności, tonąca w barwnych - wręcz nieco pstrokatych - marmurach, freskach i złocie. To kościół niezbyt subtelny, ale imponujący przepychem.







Pozostało już tylko spontanicznie spacerować. Po zmroku Lublin stał się żywotny i jeszcze bardziej klimatyczny. Krakowskie Przedmieście i starówka zapełniły się ludźmi, ale w idealnych dawkach - na tyle, by było już przyjemnie gwarno, ale jeszcze bardzo daleko od tłoku. Co ciekawe, najchętniej obsadzana jest ulica Grodzka i Krakowskie Przedmieście, a nie sam rynek. Pierwsze oznaki zmęczenia i bardziej niż satysfakcjonujący poziom najedzenia nie pozwoliły się przyłączyć do wieczornej biesiady - pozostało ją przyjaźnie obserwować.











Pożegnałem Lublin następnego ranka przy rozkosznej pogodzie, ale w przygnębiających okolicznościach. Trudno o inne okoliczności, gdy zwiedza się niemiecki obóz koncentracyjny na Majdanku, chyba największe i najciekawsze takie miejsce w Polsce po Auschwitz-Birkenau. 150 tysięcy osób było więźniami obozu, z czego hitlerowcy wymordowali aż 78 tysięcy (większość Żydów). Zwiedzanie rozpoczyna się od mrocznego, brutalnego i naprawdę bardzo dobrego pomnika, a potem napięcie rośnie - ostatni punkt to krematorium i okrągłe, apokaliptyczne mauzoleum. Holocaust może wydawać się tematem bardzo oklepanym, ale wizyty w takich miejscach dają do zrozumienia, że nigdy nie będzie oklepany i nigdy nie przestanie wstrząsać z bliskiej odległości.


















Starcie Dawida z Goliatem zakończyło się dla mnie bezsprzecznym zwycięstwem Dawida, mimo że oba miasta stoją na wysokim poziomie atrakcyjności. Zarówno polecając komuś jedno jedyne miejsce z tych dwóch do zobaczenia, jak i szukając miejsca do życia, wybrałbym Kazimierz Dolny. Lublin w dużej mierze powiela walory innych dużych polskich miast, tylko prezentuje je w mniejszej intensywności, podczas gdy Kazimierz jest bezcenną, jedyną w swoim rodzaju perełką. Są one natomiast położone tak blisko siebie, że odwiedzając jedno, warto wysupłać czas na zahaczenie o drugie. A jeśli naprawdę można zobaczyć tylko jedno miasto na Lubelszczyźnie, to najlepiej odpuścić oba i skierować się do tego najbardziej niezwykłego, w którym miałem znaleźć się kilka godzin po odwiedzeniu obozu na Majdanku.

Komentarze