Thomas Cole: "Przełęcz w Górach Białych"

olej na płótnie / 1839 / National Gallery of Art, Waszyngton

"Typowo północnoamerykański krajobraz" to mniej więcej to samo, co "typowo europejskie państwo" - właściwie pustosłowie ze względu na nieprzemierzoną różnorodność zbioru. Jeśli jednak się uprzeć i przyjąć, że takie wyobrażenie jest w jakimś stopniu możliwe, to całkiem nieźle poszło Thomasowi Cole'owi, jednemu z pierwszych znaczących amerykańskich malarzy. Gdybym bowiem miał szukać potrzebnego ku temu wspólnego mianownika, to byłaby to chyba rozległość, przestrzenność i nieludzka monumentalność, a tutaj jest to podkreślone bardzo usilnie, co w połączeniu z takim obliczem górskiego terenu, jakie ze Stanów zapamiętałem - mimo że z ich przeciwległego krańca względem Gór Białych - sprawia, że obraz z Waszyngtonu tchnie dla mnie amerykańskością.

Tę, upraszczając nieco, wielkość, artysta osiągnął przez zręczne zbudowanie głębi przedstawienia kilkoma sposobami. Najbardziej majestatyczny obiekt, góra, jest niejako schowany za podwójną kurtyną, umieszczony w chórze tej sceny teatralnej. Pierwszą kurtyną są dwa wykrzywiające się na zewnątrz obrazu uschnięte drzewa, ustawione tuż przed okiem oglądającego: za nimi znajduje się właściwa scena, czyli rozległa, zaokrąglona polana, zamknięta okręgiem zadrzewionych gór. Między nimi jest jednak przełęcz prowadząca ku zapleczu, gdzie wzrasta skalisty olbrzym. Otrzymujemy więc świadomość, że wielka góra w tle jest bardzo daleko, ale jednocześnie w dalszym ciągu, mimo że w tle, jest ogromna, co jej ogrom potęguje. Na dokładkę mamy jeszcze malutkiego jeźdźca konnego, kompletnie przytłoczonego rozmiarami przyrody. To plus przestrzenna, oddychająca pełną piersią, rozległa polana to clou tego dzieła.

Poza tym jest natomiast raczej nieźle niż wybitnie. Obraz jest wyśmienicie przyjemny, wczesnojesienny, rozgrzany jak ognisko przytulnym miksem brązu, żółcieni, ochry, czerwieni i ogrzanej słonecznym światłem zieleni. Kursuje to natomiast minimalnie w stronę "bajkowości" i nie ma tu magii światła - raczej "efekt świetlny" - jaką operowali najwięksi malarze z ojczystego kraju Cole'a, czyli z Anglii; nie widać tu powietrza jak u Turnera czy Constable'a. Śliczny pejzaż, ale niekoniecznie istotny w historii malarstwa obraz.



7.0/10

Komentarze