Saint Clair: Pinot Noir 2018

2018 / Nowa Zelandia / Marlborough / 100% Pinot Noir / 13,5% alk.

Całkiem niedawno miałem swój pierwszy kontakt z winiarstwem nowozelandzkim i był to dla mnie kontakt ze wszech miar przyjemny. Dzisiaj czas na kontynuację, tym razem już nie w klimacie win białych, z których kraj paproci słynie najmocniej, ale czerwonych. Szanse na popis i tak są spore, bo na stole mój chyba ulubiony szczep wina: Pinot Noir.


Głęboki, połyskliwy, wiśniowy kolor. Zapach szybko się otwiera, jest intensywny, świeży i na swój sposób połyskliwy: każde powąchanie jest trochę inne. Nie ma dominującego czynnika, jest ich wiele i żaden nie jest skrajnie intensywny. Wiśnie, czerwone porzeczki, maliny, drewno, słodki tytoń, skóra, akcenty dziczyzny - ślicznie, zachęcająco. W smaku jest nieco prostsze, ale też zmienia się z każdym łykiem. Początkowo odbiera się je jako total-wytrawne, wręcz do wrażenia goryczki, i mocniej kierujące się w stronę sekcji tytoniowo-skórzanej, ale później odnajduje się w nim istotne wtrącenia słodyczy i coraz mocniej przywracana jest rola owoców. Wino, które nie jest wielkie nawet przez moment, ale za to jest bardzo dobre bez ustanku mimo prezentacji bardzo odmiennych oblicz w miarę degustacji.

Nie jest to wino, które bym wspominał latami i Nowa Zelandia zdecydowanie lepiej zaprezentowała się przede mną z winem białym, ale jest zdecydowanie satysfakcjonujące. Taka miniaturka najlepszych burgundzkich Pinot Noir - bez ich siły, bez ich kosmicznej złożoności i magii, ale mocno w ich kierunku. Na duży plus.



7.5/10

Komentarze