Joseph Haydn: Kwartety smyczkowe, Op. 20

1772 / Op. 20 / wykonanie: Quatuor Mosaïques, 1990

Jak wiadomo, Haydn jest jedną z kilku najbardziej znaczących postaci w historii muzyki, jeśli chodzi o wpływ wywarty na przyszłe pokolenia i wkład w rozwój formalny. Ten zestaw kwartetów to zaś jedno z najbardziej egzemplarycznych dzieł dla Haydna-rewolucjonisty. Można znaleźć wiele tekstu o tym, jak przełomowe formalnie były te utwory dla kształtu, roli i statusu kwartetu smyczkowego (równouprawnienie wszystkich czterech instrumentów z upodmiotowieniem wiolonczeli przede wszystkim, pogłębienie ekspresji, rozszerzenie sposobu prezentacji i przetworzenia tematów, symetria fraz), więc ja się nad tym nie będę rozwodził. Powiem prościej - Haydn podniósł kwartet smyczkowy do rangi prawdziwej sztuki, wyzwolił olbrzymi (jak się okazało) potencjał leżący w zestawie czterech instrumentów smyczkowych i pozwolił przyszłym twórcom sprawić, że ten gatunek stał się obok symfonii i utworów na solowy fortepian chyba moim ulubionym w muzyce poważnej. Jest to muzyka bardzo kameralna, subtelna, intelektualna, intymna, jakby grana tylko dla grających, bez odbiorcy, trochę sama dla siebie, ale "wystarczająca". Bo mimo to i w pewnym stopniu dzięki temu potrafiąca dochodzić do bardzo autentycznych i głębokich momentów emocjonalnych, pozbawiona zaś absolutnie nadęcia, jakie zdarza się miewać choćby symfoniom.

Opus 20 to również zaprzeczenie innej powszechnej, a już mniej prawdziwej i nieco absurdalnej opinii o Haydnie, że mianowicie był nudziarzem, który może i mrówczą pracą faktycznie przeniósł muzykę z jednej epoki do drugiej, ale jeśli chodzi o jego oeuvre, to jest to kilkaset takich samych utworów pod różnymi postaciami, pozbawionych śmiałości oraz wizji formalnej i emocjonalnej największych kompozytorów. Otóż różnorodność zaprezentowanego materiału jest powalająca jak na swoje czasy: Haydn jest jeszcze sporą częścią w baroku, ale mocno też w klasycyzmie, a suma tego daje muzykę raczej wyjątkową i podlegającą ciągłym eksperymentom. Specyficzny punkt w historii: te kwartety wydają się obdarzone niezwykłą dawką swobody, jakby nie musiały schlebiać ani barokowym rygorom kontrapunktu i emocjonalnej grandiosity, ani klasycystycznym (tzn. pełniejszego klasycyzmu) rygorom symetrii i klarownej homofonii.

Nie lubię tych kwartetów aż tak bardzo, by je krok po kroku analizować, a trudniej mówić o nich dużej w ogólności. Wspomnę tylko, że najpiękniejsze są tutaj głównie wolne części (z moim szczególnym faworytem, częścią drugą drugiego kwartetu, na czele): w nich słychać najsilniejsze skupienie emocjonalne tego materiału i robi się więcej przestrzeni na eksperymenty Haydna z rytmem, czasem trwania fraz, (a)symetrią, fakturą i generalnie mniej więcej ze wszystkim. Przyznam, że Haydn zaskoczył i mnie.



8.0/10

Komentarze