Dzienniki z podróży: Włochy I. Część III
Bergamo piękne jak zawsze, tylko ludzi jakby jeszcze więcej niż zawsze. Mimo tłumów (na szczęście w sumie tylko na głównym trakcie) nie da się nie kochać tego miasta. Jedna z najbardziej niedocenianych starówek świata, jak sądzę. Piazza Vecchia, ukochane serce miasta. Tercet, a z baptysterium nawet kwartet sakralny niezmiennie wybitny. Katedra elegancka, dumna, harmonijna; bazylika Santa Maria Maggiore ekstatyczna, barwna, oryginalna, widowiskowa; kaplica Colleoni spokojniejsza w środku, genialna z zewnątrz; baptysterium jako wiśnia na torcie. Pizza na kawały w Fornaio - rozkoszne guilty pleasure. Wykwintne deserowe popołudnie w Cavour. I spacery, spacery - głównym traktem, po murach do Accademii Carrary.
Carrara zaimponowała mi chyba nie mniej, a może bardziej niż Brera. To znakomita galeria, zwłaszcza jak na to, że skupia się na starych Włochach. Nie doceniałem Giovanniego Belliniego. Chrystus Botticellego jakby wyprzedzał czas o setki lat - niemal komiksowy.
Klimatyczne aperitivo przy funicularze do San Vigilio. Kocham Campari. Ciekawa rozmowa z Julią. Trattoria Parietti nas nie wpuściła, bo full ludzi, za to udało się awaryjnie wjechać na San Vigilio i zjeść tam z genialnym widokiem przy zachodzie. Dobre casoncelli i pizza (daleko od wybitności, ale z takim widokiem można by się spodziewać marności, a jej nie ma), super ośmiornica. Bergamo w nocnych światłach.
Piszę niestety na szybko, bo mam atak kaszlu, który już wręcz mechanicznie utrudnia pisanie; lekko nie jest. Jutro do Monzy.
Dzień 10
Był niezbyt intensywny pod względem zwiedzania, ale jakoś bardzo satysfakcjonujący. W nocy odkryłem, że atrakcje Monzy w poniedziałek są zamknięte, a w niedzielę otwarte - byłem przekonany, że na odwrót - więc zrobiłem szybką zmianę planów i postanowiłem wybrać się do Cremony, która miała być jutro (a jutro będzie Monza), dając Julii odpocząć w Bergamo. To był bardzo miły meta-trip. Cremona okazała się - wreszcie - Włochami niszowymi, niezadeptanymi, prawie wolnymi od turystów. Oczywiście jest dużo mniej spektakularna niż takie Bergamo - po pierwsze płaska, po drugie ładny jest tu może tylko główny plac z katedrą oraz niektóre dochodzące do niego uliczki (nie wszystkie), i tyle. Ale plac ten jest naprawdę ładny, ma stary, impresjonistyczny klimat, jednocześnie jest trochę żywotny. Sama katedra jakby mniej zadbana niż inne zwykle we Włoszech, ale potężna, pełna architektonicznego rozmachu - w środku bardzo ciemna, niedoświetlona, może minimalnie generyczna pod względem wystroju, ale imponująca ogromem; na zewnątrz wspaniale archaiczna, klimatyczna. Obok niej imponująca, potężna wieża Torazzone. Pyszne cornetto i jakaś słodka babka "cremona" do kawy; ostatnie rzuty oka na katedrę i plac, z tyłu rozgrywa z głośników jakaś jawnie impresjonistyczna muzyka fortepianowa, zatrzymanie czasu.
Po powrocie do Bergamo spacer w dół klimatyczną uliczką i dolne miasto - niedoceniane, mające de facto własną starówkę, ożywioną i pełną "normalniejszych" niż na górze barów. Najpierw małe zakupy alkoholowe w enotece, potem aperitivo z deską serów i wędlin na głównym placyku dolnego miasta (super stosunek jakość/cena), potem kolejne zakupy alkoholowe w innej enotece, potem znowu aperitivo… i na kolację tam gdzie pierwszego dnia, znów casoncelli i tym razem do tego bardzo oryginalne risotto z serem strachino, jakimiś orzechami i musem wiśniowym. Ostatni spacer nocny.
Bergamo to zdecydowanie moje drugie miasto po Wrocławiu na świecie. Płynie mi we krwi, przywołuje mnóstwo wspomnień - nie chodzi nawet o jakieś konkretne zdarzenia, bo nigdy nie działo się tu nic szczególnego, po prostu się chodziło, ale wspomnienia samego siebie z różnych lat życia. Nawet powroty do miejsc, w których było się raz, potrafią być pod tym względem ciekawe, unaoczniają rozciągłość w czasie swojego ja; co dopiero do miejsc, w których bywało się wielokrotnie.
Kiedy to piszę, męczy mnie niestety suchy kaszel, bardzo nasilający się wieczorem. Sprawia, że spieszę się z pisaniem i nie mogę oddać przeżyć tak dobrze, jak bym chciał - goni mnie do łóżka. Za dnia jest w porządku, ale... życzyłbym sobie, może naiwnie, żeby następna równie problematyczna podróż była już w starości, kiedy sama możliwość podróżowania będzie przywilejem.
Dzień 11
Ale upał. W Bergamo był jeszcze całkiem do zniesienia - zwłaszcza właśnie w Bergamo z jego wąskimi, zacienionymi uliczkami - ale dzisiaj przestał. 35 stopni, przejście każdego odcinka w słońcu jest wyzwaniem. Wreszcie jestem w jakimś zupełnie nowym dla siebie miejscu na noc. Mantua.
Wreszcie też wszystkie zaległości zostały nadrobione. Rano udało się wywlec z łóżka, zjechać na dół z bagażami i ruszyć do Monzy. Przegapienie Monzy byłoby nie lada błędem - miasto samo w sobie nie imponuje, w dodatku jest wpasowane w rozlaną aglomerację na północ od Mediolanu, gdzie między miastami nie ma już właściwie przerw i jedno zlewa się z drugim. Ale sama katedra Monzy to (jeszcze jedna) perełka. Fasada jest w ogóle wybitna, piękny, typowo i wyłącznie włoski, leciutki i miękki gotyk; wnętrze w większości jest jak na Włochy tylko niezłe, bo zastąpienie dekoracji freskami to jednak ruch na minus. Ale częścią katedry jest Kaplica Teodolindy ze zjawiskowymi, wspaniałymi XV-wiecznymi freskami (chyba gotyk międzynarodowy to właściwe określenie) i koroną z IV wieku, którą koronowali się zarówno Karol Wielki, jak i Napoleon Bonaparte. Ciekawe, że coś takiego w takiej sobie o Monzy. Niestety nie można tam robić zdjęć. Przy katedrze działa też świetne muzeum diecezjalne z licznymi przepięknymi przedmiotami o przeznaczeniu sakralnym.
Droga z Monzy do Mantui pokazała dobitnie, że Lombardia, kiedy odczepia się od Alp, to w gruncie rzeczy - poza niektórymi miastami - niezbyt ładny, przemysłowo-rolny, płaski region bez szczególnych uroków krajobrazowych. Kojarzy się z mniej atrakcyjnymi częściami Polski, Polską centralną generalnie.
Mantua to inny świat, Włochy na pierwszy rzut oka mniej turystyczne, bardziej autentyczne, niszowe, spokojne. Praktycznie nie słyszy się języka poza włoskim. Ludzi na ulicach umiarkowane ilości, wręcz małe. Miasto jest już nadgryzione zębem czasu, nie tak dopieszczone jak choćby Bergamo. I czuć tu południe. Podobno Mantua ma bardziej emilio-romański niż lombardzki wajb i nie da się tego nie odczuć. Najbardziej przypomina mi Bolognę, w której byłem tylko raz, 17 lat temu (o rany), więc skojarzenie musi być silne. Wieje tu południem. Skwar. Chce się pić cały czas. Dzisiaj na przystawkę Palazzo Te - letnia rezydencja Gonzagów trochę oddalona od centrum. Ciekawe miejsce, takie odludne, trochę opuszczone, wyraźnie stare. Te wszystkie sklepienia, freski mitologiczne, mają właśnie taką starą, zamierzchłą atmosferę.
Kolacja wybitnie przyjemna w czymś dość lokalnym i autentycznym i wreszcie rozsądniejszym cenowo: pyszne salami i grana z lokalną mostarda (musztardo-konfitura owocowa, nie słyszałem wcześniej, ekscentryczne ale dobre), przepyszne makarony z lokalnym, tj. dyniowym bardziej niż twistem, po kieliszku bardzo dobrego lambrusco. Super wieczór.
Kaszel powoli, powoli przechodzi, ale jeszcze męczy. Spać.
Dzień 12
Chyba wreszcie czuję się praktycznie zdrowy. Lepiej późno niż wcale. Mantua zachwyca, tylko bardziej dyskretnie i powoli niż niektóre inne miasta Lombardii. Pod niepozornymi fasadami skrywa niesamowite wnętrza. Po śniadaniu spacer na Piazza Sordello - główny plac miasta, bardzo klimatyczny, jakby bezsensownie wielki, nadgryziony zębem czasu. Katedra św. Piotra - fasada mogłaby kryć kościół bardzo zwyczajny, a kryje znakomity, renesans tak bardzo przesiąknięty antykiem, że wydaje się bardziej klasycystyczny niż renesansowy. Chociaż po głębszemu wejrzeniu jednak renesansowy. Magiczny moment - organista zaczął grać różne kawałki, między innymi potężnie brzmiące na organach Requiem Verdiego - prawie pusty kościół, przepiękny dźwięk, przepiękne widoki. Pałac Gonzagów, Palazzo Ducale - olbrzymi kompleks wspaniale ozdobionych sal i niepozornych, zatrzymanych w czasie dziedzińców. Sale się nie kończą, każda kolejna przynosi coś nowego; ta pomalowana przez Mantegnę w jakimś sensie najlepsza, ale w innych sensach najlepsze inne. Wspaniała, subtelna dekoracyjność, mitologiczny zawrót głowy. Można tam spędzić pół dnia.
Basilica di Sant'Andrea - jeszcze bardziej niepozorna fasada i jeszcze bardziej zaskakujące wnętrze - gigantyczna przestrzeń, jakiś turborenesans, połączenie grandiozy z harmonią i spokojem; gigantyzm ukryty za drzwiami fasady niby to nie za dużego kościoła wbitego w kameralny plac i jego zabudowę. Te kościoły się tu nie kończą; renesans może nie być wciąż moim ulubionym stylem, ale Lombardia dowozi pod tym względem bez końca. Obok zupełnie inna, spokojna, archaiczna rotunda. I jeszcze coś niezwykłego - Teatro Bibiena, niewielki, ale niebywale piękny teatr naukowo-sceniczny, może nie tak spektakularny jak La Scala, ale bardziej magiczny, jak wyjęty z bajki, na planie dzwonu, naprawdę jak dekoracja filmowa bardziej niż coś realnego. Na koniec jeszcze podjazd darmowym busem za stawy, żeby złapać zacną, bardzo zacną panoramę Mantui.
Kultura aperitivo weszła nam w krew - bardzo się chce tych crodinów, sanbitterów, campari, chinotto i innych - wypiłem dzisiaj co najmniej trzy bezalkoholowe. Kolacja w lokalnej osterii - u Julii makaron w wybitnym sosie pomidorowym i bardzo dobra tagliata, u mnie lokalne rzeczy - tortelli di zucca, pierożki z dynią i chyba ciastkiem amaretto w sosie pomidorowym z salsiccią (bardzo dobre choć dziwne), cotachino, ich kiełbasa typu metkowego z polentą. Insalata mista i warzywa z grilla ładnie wpasowane.
Mantua to najprawdziwsze Włochy, jakie tu widzieliśmy i już pewnie prawdziwszych nie zobaczymy. Troszkę turystów jest, ale naprawdę bardzo mało, głównie normalne włoskie życie, a przy tym miasto niezwykle bogate w petardy.
Wypiłem tu dopiero dwa kieliszki wina przez te już kilkanaście dni, wino w tych upałach nie ma lekko. Ale jutro główny dzień winiarski.
SPIS ZDJĘĆ
**** cud Europy
*** top europejski
** atrakcja rangi europejskiej (top krajowy)
* atrakcja rangi krajowej (top regionalny)































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































Komentarze
Prześlij komentarz