Dzienniki z podróży: Włochy I. Część I
Po podróży do Bułgarii wyraziłem życzenie, by była to podróż z najbardziej turbulentnym początkiem w moim życiu. Została jednak pobita już wraz z następną zagraniczną wyprawą. Problemy z zębem zaczęły się ponad dwa tygodnie przed wyjazdem, ale bynajmniej się nie skończyły - jestem w trakcie leczenia kanałowego, ciągle nie mam pewności, czy idzie w dobrą stronę. Julia ma ponadto niemały problem z plecami, który zaczął się parę dni temu. Ostatni tydzień z przyczyn zewnętrznych fatalny sen, mało czasu, dużo stresu, dużo zmęczenia. Ale człowieka można zniszczyć, nie pokonać - ci siamo, jak mawiają Włosi. Robi się lepiej u obu podróżników i oby już tylko tak.
Podróż do Lombardii, wielce wyczekiwana - wreszcie zwiedzę najbardziej "swój" region poza Dolnym Śląskiem na świecie metodycznie, z planem, szczegółowo, nie tylko na wyrywki i przypadkowo. Zostawmy to jednak. Jestem w Baunach koło Bambergu na noclegu. Piękna trasa z Wrocławia, wspaniała pogoda, deszcz-słońce-deszcz-słońce i tak w kółko. Saksonia i Górna Frankonia wyglądają pięknie w takim chiaroscuro. Bardzo komfortowo na drodze, czysta przyjemność mimo absolutnie przeklętego niewyspania. Kawa w stanie niewyspania - jedno z piękniejszych uczuć w życiu.
Zawsze cudownie wrócić do Bambergu i do Schlenkerli, wypić trochę rauchbiera i zjeść łopatkę wieprzową. Magiczne miejsce, nieśmiertelne, wiecznie zapełnione ludźmi. Jeśli odmówić sobie przyjemności zrobienia trasy Polska-Włochy na jeden raz, to to jest chyba idealny przystanek.
Jutro zobaczę Alpy. Byle dojechać do Como, potem już pójdzie.
Dzień 1
Krótko, bo priorytet na sen. Alpy wspaniałe jak zawsze. Como zatłoczone jak nigdy. Absolutna masakra turystyczno-parkingowa. Podobno przez jakiś przeklęty konkurs elegancji w ten weekend. W parę godzin udało się tylko zameldować w Brunate (niebywale ciasne i kręta droga, to niekoniecznie był dobry pomysł - zwłaszcza że okazało się, że do funikularu Brunate-Como jest olbrzymia kolejka ludzi i i tak lepiej wrócić do auta), zjechać do Como, znaleźć parking i zjeść. Ale za to jedzenie pyszne, choć w knajpie losowej, nie było sensu walczyć o zaplanowaną. Wspaniały pomidory konfitowane ze stracciatellą, wspaniałe owoce morza, świetne makarony, wybitne tiramisu. Como jest wyjątkowe, ale trzeba je odłożyć do poniedziałku. Jutro cały dzień na odespanie i mecz Interu. Podróż jako zwiedzanie świata zacznie się de facto pojutrze. Niech żyje sen.
Dzień 2
Napięcie logistyczne, stres, wręcz lęk, czy zdrowie nie zrujnuje całego zamysłu - ogromne, wcześniej niespotykane na wycieczce - w końcu zaczęło odpuszczać, a jedyna w swoim rodzaju ekscytacja doświadczeniem podróży zaczęła zajmować jej miejsce. Dzisiejszy dzień był głównie pod znakiem meczu Interu (i wyspania się), ale i tak był już świetny. Na początek podejście na panoramę Como z Brunate - wspaniały start, niesamowity widok - również na stadion Como, które za 20 minut miało rozpocząć swój mecz z Parmą. Te Alpy w oddali. Zaliczone pierwsze espresso.
O dziwo bezproblemowa droga do Mediolanu autem - gospodarz noclegu polecała zostawić auto i jechać pociągiem, ale mój pomysł - zostawić auto na odległym od centrum (ale bliskim metra) parkingu w Mediolanie i dojechać metrem prosto na stadion - okazał się raczej lepszy, wygodniejszy i nawet tańszy. To był jeden z najgorszych meczów Interu, na jakich byłem - nie chciało im się grać, czekali chyba na koniec i wręczenie scudetto; dobrze, że chociaż jedna bramka wpadła. No i kibice też w nastroju bardzo wyluzowanym, bo mecz de facto o nic. Ale ceremonia wręczenia trofeum to dla mnie coś nowego i cieszę się, że to przeżyłem. Ze względu na to, że plecy Julii dochodzą ciągle do siebie i że zmęczenie tym wybitnie trudnym startem podróży ciągle jeszcze ma sporo do powiedzenia, odpuściliśmy uczestniczenie w świętowaniu mistrzostwa od stadionu do centrum miasta, i mądrze. Julia połknęła bakcyla interismo, wrócimy tu jeszcze na mecz, poważniejszy. Udało się jeszcze wpaść do Como - już znacznie mniej zatłoczone, miłośnicy tego przeklętego konkursu i weekendowych wycieczek wyjechali - na pyszniutkie (i zaskakująco tanie) lody nad jeziorem. Na koniec spiąłem dzień klamrą, wracając na punkt widokowy w Brunate, tym razem nocny. Bez ani jednej osoby poza mną. Wibrujące, rozmigotane światła Lombardii w promieniu kilkudziesięciu kilometrów.
Jutro zaczynamy na poważnie.
Dzień 3
Jezioro Como to jednak jeden z cudów świata. Ani nie zapamiętałem go aż tak, ani aż tak sobie go nie wyobrażałem. Bardzo specyficzna kategoria miejsca - teoretycznie to przyroda, ale z samą przyrodą to by jeszcze nie było to. Połączenie majestatycznego zestawienia wielkich gór z wielkim jeziorem, bardzo zróżnicowana i nietypowa roślinność, ale też wszystkie te wille, rozsiane po zboczach wioski i miasteczka, ogrody. Każda atrakcja i każde miejsce jest tu jakby nie samo w sobie, ale w kontekście całości: w kontekście widoków na jezioro. Trochę za gęsto i za gęsty ruch turystyczny, ale ciężko się dziwić.
Miasto Como to przede wszystkim genialne położenie, ale nie tylko. Starówka trochę szybko się kończy, ale jest bardzo przyjemna, względnie mało "włoska", pachnie tą nieco bardziej północną Europą. I są tu konkrety. Bazylika św. Abundiusza to tłusty i bezkompromisowy romanizm - surowy, ciężki, sterylny, choć z opulencją fresków w absydzie. Nie aż tak do końca mi podeszła, jest chyba aż za bardzo odrestaurowana i przez to nie za mocno wibruje romańską atmosferą, ale wciąż kawał świetnego zabytku. Bazylika św. Fidelisa zamknięta w poniedziałkowe poranki, więc nie zobaczyłem wnętrza, ale nie zależało mi na niej bardzo; z zewnątrz ledwo istnieje, bo prawie cała jest obudowana miastem. Jedyny naprawdę wybitny zabytek Como to katedra, jeden z najbardziej eklektycznych kościołów, jakie widziałem. Romanizm, gotyk, renesans, barok, klasycyzm - wszystko to w niej jest, a do tego jeszcze specyficznie włoski sznyt. Może nawet aż za dużo tych stylów, jest ta świątynia na swój sposób za mało skupiona, wciąż jednak znakomita i dość unikalna. Te sklepienia w złocie i błękicie chyba najlepsze.
Zbyt krótki czas na wspaniałej, odprężającej, wbrew pozorom wyluzowanej i niezobowiązującej passeggiacie Como. Niestety przez zdrowotno-logistyczne zawirowania, przez to, że mecz Interu wrzucili na 15:00 godzinę, przez zbyt zatłoczony weekend w Como - trzeba trochę nadrabiać i ścieśniać plan. Szkoda, mam pewien niedosyt Como jako miasta, za mało spędziłem w nim czasu zwłaszcza po zmroku. Ale raczej się tu wróci po tej podróży.
Poza Como dzisiaj udało się zobaczyć Varennę - chciałem ścisnąć też Bellagio, ale logistyka tutaj nie jest łatwa. Jeden prom wyłączyli, drugi odpłynął tuż przed przyjazdem i czekaliśmy na następny blisko godzinę. Varenna świetna, wybitnie malownicza zatoka, bardziej niż Como, i z widokiem na "centrum" jeziora, zbieg trzech odnóg. Tylko nieporównywalnie mniejsza i jeszcze trudniej przyjmuje ruch turystyczny. Kawa i tiramisu z genialnym widokiem. Odpuściłem Castello di Vezio, bo chodziło tylko o widoki z góry, a tych jest tutaj mnóstwo i bez wchodzenia 200 m w górę. Villa Monastero - genialne miejsce, chociaż nie chodzi o willę, a o podłużne ogrody botaniczne wzdłuż jeziora. Roślinność i widoki w potężnej symbiozie.
Dojechaliśmy do Bellagio, ale za późno (i za wietrznie i deszczowo) na spacer - od razu na kolację niedaleko, bardzo rybną. Bardzo dobrą, ale niewartą kasy - jak dość często ryby. Ale zaliczona "jeziorna" kuchnia.
Jazda wzdłuż wybrzeży Como to przyjemność sama w sobie.
Nie wiem, czy się nie przeziębiam. Nieźle powiało na promie. Oby chociaż tego ta podróż mi oszczędziła.
Dzień 4
I owszem, złapałem jakiegoś wirusa - siadło mi gardło, osłabienie jest niemałe, pogorszył mi się węch na pół dnia. To już oficjalnie moja najtrudniejsza podróż w życiu; zdrowie to jedno, ale Lombardia jest (wbrew pozorom) niełatwym materiałem do ugryzienia ze względu na dziką gęstość mieszkańców i turystów. Zwłaszcza to Como - zalecam każdemu, kto planuje pobyt nad tym jeziorem, żeby uwzględnił co najmniej 1,5, a najlepiej 2 razy więcej czasu, niż mu się wydaje potrzebne. Korki, przewężenia ulic, kolejki na promy, problemy z parkowaniem i co tam jeszcze.
Mimo to pobyt nad tym jeziorem jest jedną z esencji europejskiego życia. To bardzo ścisły top odwiedzonych przeze mnie miejsc. Podium na luzie, a i numer jeden przechodził mi przez głowę (przypis po powrocie: mimo wszystko klify Slieve League odcisnęły się mocniej w mojej pamięci). Nieprawdopodobne połączenie kultury, natury i natury okiełznanej kulturą (tj. botaniki). Luksus pełen dobrego smaku. Palmy na tle ośnieżonych szczytów. Elitaryzm, a jednak i jako taki egalitaryzm - wszystkie te miasteczka i wille można wszak zwiedzić najgorszym samochodem, w najgorszym ubraniu, nie bacząc na hordy instagramerek. Como to nie tylko George Clooney, Lamborghini i jachty, to też tłumy zwykłych ludzi.
Villa del Balbianello - najlepsza nad Como, z innego świata, z filmu, z fantazji. Obłędne położenie, obłędne, wielopoziomowe ogrody z niesamowitą roślinnością, doskonałe wpasowanie w krajobraz. Wnętrza są z drugiej połowy XX wieku, urządzone gustownie, ale nic, co by zostawiało szczękę na podłodze; interesujące, ale i bez nich można doznać. Ciężko opisać słowami vibe tego miejsca. Villa Carlotta - dużo mniej interesujące położenie, ładna, choć niekoniecznie wyjątkowa willa, ale fascynujący ogród botaniczny z bardzo zróżnicowaną roślinnością. Prom z Menaggio do Belaggio. Belaggio z trzech miast nad jeziorem spodobało mi się - jako miasto - najmniej, jest trochę sztuczne i zbyt napuszone w tej swojej luksusowości. Ale jednocześnie ma najlepsze położenie i czerpie z tego. Villa Melzi d'Eril, w której nie chodzi o willę (jakiegoś napoleonisty), tylko o absurdalnie wybitne ogrody botaniczne ciągnące się długo na płasko (i nie tylko) wzdłuż brzegu jeziora. Jeśli chodzi o samo wybrzeże, to miejsce spodobało mi się chyba najbardziej nad Como. Samo Bellagio ma promenadę będącą niejako przedłużeniem tych ogrodów, znakomitą. Udało się znaleźć przyzwoitą knajpę na deser w zalewie kiepsko ocenianych (i mimo to wciąż bardzo drogich). Punta Spartivento, cypel, wierzchołek trójstyku odnóg Como - widok i chwila do zapamiętania na życie.
Ogromne zmęczenie - godzina zeszła w Mediolanie na rozpakowanie się, zameldowanie, przewiezienie auta na docelowy parking i tak dalej. Późnowieczorowa pizza w knajpie niedaleko noclegu, nieplanowanej. Bardzo dobra, ale na pewno nie tak dobra jak najlepsze wrocławskie. Nie wykluczam, że pierwsza i ostatnia pizza w Lombardii (poza tą w stylu mediolańskim, na kawałki), bo nie do końca jest sens tracić czas na pizzę, skoro w swoim mieście są takie de facto na 10/10. Ale się zobaczy.
Oby choć trochę wyzdrowieć...
SPIS ZDJĘĆ
1.1. Como ***
1.1.1. Okolice: Punkt widokowy na Como z Brunate
1.1.2. Okolice: Brunate *
1.1.3. Como: Stare Miasto i nabrzeże ***
**** cud Europy
*** top europejski
** atrakcja rangi europejskiej (top krajowy)
* atrakcja rangi krajowej (top regionalny)
Region: Lombardia














































































































































































































































































































































































































































































































































































































































Komentarze
Prześlij komentarz