Powiat lwówecki. W dolinie małomiasteczkowych obietnic

Jednym z moich ulubionych wymiarów wnikliwych podróży po województwie dolnośląskim jest rozbijanie się po jego miastach i miasteczkach, których liczba sięga prawie stu. W większości są to miejsca o kilku lub kilkunastu tysiącach mieszkańców, z nazwami prawie nikomu nic niemówiącymi, trochę zapomniane przez los, nierzadko o atmosferze opuszczenia i kojącego marazmu. Odwiedzanie ich, nawet jeśli nie ma w danym mieście nic poza połowicznie zachowanym rynkiem i zaniedbanym kościołem, jest w swojej niszowości przeżyciem podróżniczym nie do podrobienia. Miałbym jednak spore skrupuły, by z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że Dolny Śląsk jest regionem obfitującym w piękne małe miasteczka - bo pobożne życzenia na bok, większość z nich jest mniej lub bardziej nijaka i mniej lub bardziej zaniedbana. Mimo to lubię tak o tym regionie myśleć - po pierwsze dlatego, że udaje mi się zwykle dostrzegać chociaż fragmenty piękna w tych miejscach, a po drugie i tak przed każdym kolejnym miastem do odkrycia odczuwam ekscytację w nadziei, że akurat faktycznie będzie to perełka, jak czasem się dzieje. Dość nieoczekiwanie wyjątkowe zagłębie takich perełek odnalazłem w powiecie lwóweckim, który tę często pustą obietnicę urokliwego dolnośląskiego miasteczka realizuje bardzo konsekwentnie i wielokrotnie.

Powiat położony jest trochę na uboczu głównych szlaków województwa i nigdy jeszcze wcześniej nie miałem przyjemności w jakimkolwiek stopniu go zwiedzać. Od północy graniczy z powiatem bolesławieckim z dość słynnym Bolesławcem i autostradą A4; od zachodu z lubańskim z legendarnym Zamkiem Czocha i Świeradowem; od południa z Czechami i turbo-turystycznym powiatem karkonoskim. Tylko położony na wschodzie powiat złotoryjski to tereny równie lub jeszcze bardziej niszowe.

Dziś nieco zepchnięty na boczny tor, kiedyś kojarzył się z bogactwem i znaczeniem. Lwówek Śląski, jedno z najstarszych miast na terenie Polski, był ośrodkiem na tyle istotnym, że w pewnym momencie wydzielono z Księstwa Jaworskiego osobne Księstwo Lwóweckie dla księcia Bernarda Zwinnego, syna Bolesława Rogatki. Księstwo przetrwało zaledwie pięć lat między 1281 a 1286 rokiem, kiedy to książę bezpotomnie zmarł, co czyni je najbardziej incydentalnym organizmem państwowym ze wszystkich księstw śląskich. Ale zaistniał nie bez powodu.

W powiecie lwóweckim miast jest pięć. Wszystkie są małe - największy Lwówek to zaledwie osiem tysięcy mieszkańców z hakiem, co czyni z niego najmniejszą ze wszystkich stolic powiatów w regionie. Dwa z tych pięciu to w dodatku dwa najmniejsze miasta całego województwa - i jedyne dwa, które zamieszkuje mniej niż dwa tysiące ludzi. A jednak rzadko kiedy powiedzenie "małe jest piękne" obowiązuje tak mocno jak tu - każda z tych miejscowości jest co najmniej ładna, podczas gdy jedna daje się nazwać najładniejszym małym miasteczkiem województwa.

Ale to tylko początek uroków powiatu. Jest on też jednym z piękniej położonych: to w nim znajduje się najbardziej spektakularny fragment Doliny Bobru, a od granicy z Czechami domykają go Góry Izerskie - prawie cały zaś powiat leży na terenie atrakcyjnego Pogórza Izerskiego. Dodajmy do tego parę przypraw w postaci niezłych pałaców, najstarszego zamku w Polsce albo jednej z najzacniejszych zabytkowych kopalni w regionie, a otrzymamy powiat, który w zasadzie ni z tego, ni z owego okazał się jednym z paru najatrakcyjniejszych. I rozgrzewał swym pięknem serce i umysł mimo chłodnej, zimowej pogody, na którą co prawda częściej narzekają ciepłolubne kociska niż zwyczajni ludzie, ale zwyczajni ludzie też muszą na takie często drapiące kociska pilnie uważać.

Nadjechałem do powiatu lwóweckiego ze złotoryjskiego, zjeżdżając na nocleg do Pałacu Brunów koło Lwówka Śląskiego. Dobrze utrzymany, klasycystyczny (z zachowanymi elementami oryginalnej, barokowej formy) pałac z 1750 roku mieści w sobie bardzo zacny i stosunkowo niedrogi jak na taki zabytek hotel, a poza tym jest po prostu bardzo ładny, zadbany i elegancki.








Rano następnego dnia byłem już w Lwówku Śląskim (Löwenberg in Schlesien), stolicy powiatu, którą zamieszkuje około 8200 osób. To miasto o bardzo bogatej historii, lokowane na prawie magdeburskim już w 1217 roku (zaledwie sześć lat po pobliskiej zresztą Złotoryi, najstarszym mieście na terenie Polski). Mając świadomość jego historycznego znaczenia, byłem niepozbawiony konkretnych oczekiwań, ale rzeczywistość znacznie je przerosła. Lwówek jest oczywiście nadszarpnięty przez wojenne zniszczenia i jego starówka jest gęściej niż można by sobie życzyć przeszyta blokami, ale mimo to miasto zachowało wiele zabytkowej tkanki, a do tego jest jak na tak mały ośrodek wybitnie zadbane i nawet przemyślane urbanistycznie.









Najbardziej rzucającym się w oczy i chyba najcenniejszym zabytkiem miasta są średniowieczne mury miejskie, które zachowały się lub zostały odbudowane w stopniu olśniewającym jak na Dolny Śląsk i w ogóle Polskę, której na zabytkowych murach raczej nie zbywa. W Lwówku prawie cały owal starówki jest przez nie otoczony, a wzdłuż tego pierścienia biegną zadbane, dopracowane deptaki, w zasadzie planty. W zespole murów zachowały się dwie dorodne wieże - Baszta Bramy Bolesławieckiej i Baszta Bramy Lubańskiej, obie z wieku XIII lub przełomu XIII i XIV.



















Już wewnątrz murów odnaleźć można jeszcze jedną i jeszcze wyższą wieżę, tak zwaną Czarną Wieżę, ale to już nie element fortyfikacji, a neogotycka, mrocznawa, XIX-wieczna pozostałość po wyburzonym w 1972 roku ewangelickim kościele.



O dawnej zamożności Lwówka świadczy rozległy rynek na planie bardzo podłużnego prostokąta. Jest w stu procentach otoczony przez bloki, nie kamienice, ale i tak sprawił na mnie pozytywne wrażenie dzięki zespołowi kamienic w środku placu, ładnej zabytkowej fontannie oraz przede wszystkim imponującemu ratuszowi z 1524 roku z potężną kamienną wieżą.













Lwówek może się pochwalić dwoma okazałymi kościołami. Tym ważniejszym jest kościół WNMP - gotycki, ale z wyraźnymi cechami romańskimi, więc jak wszystko co romańskie w Polsce bardzo cenny. Świątynia jest jedną z najstarszych na Dolnym Śląsku, starszą niż prawa miejskie swojego miasta - budowa rozpoczęła się w 1209 roku. Na zewnątrz szczególnie atrakcyjna jest potężna, masywna fasada o wyraźnie romańskim charakterze, mimo że przystrojona już w okna i przede wszystkim znakomity portal w stylu gotyckim. Wnętrze skrywa kościół nawet większy i potężniejszy niż na zewnątrz - niezwykle przestronne, pełne światła dzięki ogromnym oknom, z nietypowym dla gotyku - bo poromańskim - płaskim sklepieniem i atrakcyjną, neogotycką nastawą. Dorodna świątynia.

























Przeciwwagą dla niej jest gotycki, kameralny kościół św. Franciszka, wzniesiony jako jednonawowy w 1260 roku i rozbudowany o nawy boczne na przełomie XV i XVI wieku. Jak kościół WNMP wydaje się z zewnątrz bardzo duży, a wewnątrz jeszcze większy, tak ten - z zewnątrz dość mały, a wewnątrz jeszcze mniejszy, niemniej urokliwy i klimatyczny dzięki bogactwu kamiennych zdobień.








O Lwówku nie da się pisać bez wzmianki o Browarze Lwówek, który często tytułuje się najstarszym browarem w całej Polsce ze względu na wzmiankę o lwóweckim cechu piwowarów już z 1209 roku. Obecny browar został założony w 1861 roku przez Juliusa Hohberga, który rozbudował mniejszą warzelnię, utworzoną tu w 1850. Warzy do dziś prawie nieprzerwanie - najpoważniejszy kryzys nastąpił już w XXI wieku, gdy browar ze względu na upadłość zawiesił działalność w 2007 roku. Już w roku następnym kupił go Marek Jakubiak, wtedy właściciel Browaru Ciechan (w przyszłości dość toporny polityk), i reaktywował. Chciałbym napisać o browarze więcej niż tylko tę wzmiankę, ale zwiedzanie istniejącego w nim Muzeum Browarnictwa Dolnośląskiego jest możliwe tylko w dużych grupach (skandal i granda). Piwa z Lwówka nigdy nie były i nigdy raczej nie będą wybitne, ale testy w pobliskiej restauracji wykazały, że trzymają przyzwoity poziom.



Na terenie Lwówka znajduje się śliczny, renesansowy Zamek w Płakowicach (Płakowice to dawna wieś, obecnie część miasta), który z zewnątrz przypomina książęcy zamek w Oleśnicy, a na dziedzińcu wręcz mikro-Wawel. Ten piękny obiekt z połowy XVI wieku, proszący się o przerobienie na elegancki hotel, skrywa interesującą historię z czasów dość świeżych - w latach 50. XX wieku pełnił funkcję sierocińca dla około tysiąca koreańskich dzieci (obok dwustu polskich), ofiar koreańskiej wojny domowej.







Na peryferiach miasta znajduje się mały fenomen geologiczny, jakim są tak zwane Lwóweckie Skałki lub Szwajcaria Lwówecka - grupa bardzo estetycznych skał piaskowcowych, przypominających te typowo występujące zupełnie gdzie indziej, bo w Górach Stołowych.




Droga z Lwówka do następnego punktu podróży odznaczała się pewną ekscytacją - u celu czekał bowiem najstarszy zamek w Polsce. Kto ma świadomość, jak bardzo zamkową krainą jest Polska, a Dolny Śląsk w szczególności, ten zrozumie podniosłość tej chwili. Zamek Wleń został zbudowany pod koniec XII wieku przez Bolesława Wysokiego na miejscu wcześniejszego, drewnianego grodu. Dziś jest dość zaawansowaną ruiną - jednak po pierwsze nie całkowitą, bo zachowała się wydatna wieża i dużo murów, które pozwalają wyobrazić sobie układ budowli w jej pełnej krasie, a po drugie ważny jest kontekst. I nie chodzi o kontekst historyczny, a cudowne położenie fortecy na wysokim wzniesieniu w Dolinie Bobru, ze wspaniałym widokiem na tę rzekę i uroczo nad nią leżące miasteczko Wleń. W oddali można dostrzec między innymi ośnieżony grzbiet Karkonoszy czy Zamek Grodziec.



















Moment jest absolutnie magiczny, bo z najstarszego zamku w Polsce patrzymy na najmniejsze miasto na Dolnym Śląsku (czyli 93.). Nim właśnie jest Wleń (Lähn) - miejscowość zamieszkiwana przez zaledwie 1592 mieszkańców, ale z prawami miejskimi od co najmniej 1261 roku. W skali całego kraju zajmuje 893. pozycję, co oznacza, że od najmniejszego miasta Dolnego Śląska wciąż znajdzie się w Polsce około stu jeszcze mniejszych. Wleniowi zresztą niejedna większa miejscowość mogłaby czegoś pozazdrościć - ma spory, estetyczny rynek ze ślicznym ratuszem, niezły kamienny kościół św. Mikołaja i widok na zamek.










Wleń ma też wyjątkowo szczęśliwe położenie - niedaleko od najwspanialszego fragmentu Parku Krajobrazowego Doliny Bobru, jednego z bardziej malowniczych parków województwa. Jego punkt kulminacyjny rozgrywa się naokoło tak zwanego Jeziora Pilchowickiego, które jest de facto zgrubiałym i powykręcanym widowiskowo fragmentem rzeki Bóbr. W jego pobliżu odnajdziemy kilka kultowych punktów, jak przede wszystkim spektakularną, potężną Zaporę Pilchowice - najwyższą kamienną zaporę wodną w Polsce i drugą najwyższą po tej (betonowej) na Jeziorze Solińskim, a również drugą najstarszą po pobliskiej zaporze w Leśnej; budowano ją w latach 1902-1912. W odległości krótkiego spaceru od zapory odnaleźć można też klimatyczne pozostałości po opuszczonej linii kolejowej z Lwówka do Jeleniej Góry - zabytkową stację kolejową, mroczny tunel i olbrzymi most kolejowy z lat 1905-1906. O moście było w ostatnich latach bardzo głośno, bo miał zostać wysadzony na potrzeby zdjęć siódmej części serii filmowej Mission Impossible. Na szczęście aktywiści nagłośnili sprawę i obronili ten piękny zabytek techniki przed skandalem zniszczenia na rzecz popłuczyn kina popcornowego, dzięki czemu do dziś możemy go podziwiać. Cały ten obszar jest po prostu magiczny - wrażenie opuszczenia, przepiękna przyroda (widok na cudownie rozlaną, otoczoną lasem rzekę z Karkonoszami w tle to poezja), klimatyczne i imponujące rozmachem zabytki industrialne - jeden z wielkich momentów Dolnego Śląska.



































A już chwilę później miałem się spotkać z kolejnym takim momentem. Lubomierz (Liebenthal), drugie najmniejsze miasto województwa z mniej niż 1800 mieszkańcami i prawami miejskimi od 1291 roku, znany jest szerzej jako miasteczko, w którym nagrywano niektóre sceny filmu Sami swoi. Jakkolwiek dzieło Sylwestra Chęcińskiego jest sympatycznym tworem i nie bez powodu tak kultowym, to jednak widzę tu pewną niesprawiedliwość wobec Lubomierza, który powinno się raczej tytułować kandydatem na najpiękniejsze miasteczko Dolnego Śląska. Nie bez powodu to tutaj nagrywano Samych swoich i kilka innych filmów - miejscowość jest nieprawdopodobnie, przynajmniej jak na Polskę, sceniczna i malownicza, jakby stworzona do robienia zdjęć. Nie ma tego dużo - chodzi tu w gruncie rzeczy o jedną długą ulicę, która na pewnym odcinku staje się rynkiem, a potem lekko wznosi aż do wielkiego kościoła - ale wystarczy. Kolorowe, arcykameralne kamienice z podcieniami, śliczny ratusz, wszędobylskie kolumny ze świętymi figurami, zabytkowy bruk, klimatyczne latarnie i sylwetka bazyliki w tle - wszystko to składa się razem na arcydzieło atmosfery, poezję przenoszącą do innego stanu świadomości, wystawiającą na chwilę poza nawias czasu.

























W najpiękniejszej kamienicy całego miasteczka znajduje się Muzeum Kargula i Pawlaka, poświęcone Samym swoim i kontekstowi filmu. Choć nie jestem jakimś wielkim fanem tych klimatów filmowych, to ze względu na kultowość miejsca nie mogłem tam nie zajść. I nie zawiodłem się - muzeum jest bardzo dobrze zrobione i nie skupia się wyłącznie na twórczości Chęcińskiego, ale też prezentuje bardzo wiele przedmiotów związanych z regionem. Podbija klimat miasteczka.





































Już do tego momentu Lubomierz byłby zachwycający, a miasteczko ma jeszcze przyjemność posiadać jeden z najpiękniejszych kościołów w województwie: barokową perłę, jaką jest kościół WNMP i św. Maternusa, zbudowany w pierwszej połowie XVIII wieku. Potężna, wyrafinowana i bogata w detal rzeźbiarski fasada to tylko początek - skrywa ona bardzo eleganckie, a zarazem bardzo barokowe wnętrze o doskonałym rytmie architektonicznym, bombastycznej nastawie i wybornych freskach sufitowych. Miałem tu bardzo silne skojarzenia z kościołem św. Józefa w Krzeszowie, a to duży komplement. Piękny i - jak to w Lubomierzu - bardzo klimatyczny kościół, co nie zawsze da się powiedzieć o barokowych świątyniach.

























Pierwszy dzień w powiecie lwóweckim zakończył się niezapomnianym wieczorem. Najpierw w drodze na kolację do Lwówka udało się ująć piękny zachód słońca nad Górami Izerskimi, a następnie zjeść naprawdę wyborną kolację w niepozornej restauracji Pod Czarnym Krukiem na lwóweckim rynku, przy okazji pozytywnie weryfikując formę Browaru Lwówek na przykładzie Lwówka Ratuszowego i Lwówka Porteru. Po rzucie okiem na ładnie podświetlony ratusz nadeszła ochota, by przedłużyć klimat tego wieczoru i powrócić nad Zaporę Pilchowicką, o tej porze miejsce mroczne i nawet nieco złowieszcze. Jak można było się spodziewać, nic nie przebiło jednak nocnego Lubomierza, który po zmroku, przy świetle księżyca, jest miejscem może nie bardziej klimatycznym niż za dnia, ale klimatycznym znacząco inaczej. Nie tylko dla takich, ale w szczególności dla takich momentów podróżuję po Dolnym Śląsku.

























Drugiego dnia, gdy poruszaliśmy się po południowo-zachodniej części powiatu, nie dostarczył on już aż tak ekstatycznych wrażeń, ale kilku zacnych - owszem. Na początek odkryłem jeszcze jedno bardzo satysfakcjonujące małe miasteczko, jakim jest Gryfów Śląski (Greiffenberg), zamieszkały przez 6300 osób. Przyjmuje się, że prawa miejskie posiadał już od 1242 roku. Może się pochwalić bardzo ładnym, otoczonym przez zacne kamienice rynkiem z dużym ratuszem (nie do końca udanym estetycznie ze względu na swoją wieżę) i intrygującą fontanną. Kościół św. Jadwigi Śląskiej w pobliżu tego placu jest nieco niepozorny z zewnątrz - i do środka można było rzucić tylko okiem przez kratę - ale ma parę pociągających szczegółów, zwłaszcza kamienne tablice i nietypowy ołtarz główny.















Kolejne miejsce na trasie miałem ostatecznie pominąć, ale że do otwarcia następnego brakowało jeszcze trochę czasu, to ostatecznie o nie zahaczyłem i była to znakomita decyzja. Kaplica św. Leopolda między Gryfowem a Mirskiem, we wsi Proszówka, sama w sobie nie jest jakimś arcydziełem architektury sakralnej, ale jest za to widowiskowo położona - na niby niewysokim pagórku, który jednak zapewnia rozpierające wnętrze widoki na Karkonosze i Izery.








Miejsce, na otwarcie którego czekałem, to hodowla alpak - również we wsi Proszówka - gdzie za drobną opłatą można pobawić się w karmienie tych surrealistycznie sympatycznych z wyglądu i żarłocznych z charakteru zwierząt. Popatrzcie na te kosmate owcze pyski i powiedzcie, że nie warto zrobić sobie takiego przerywnika w klasycznym zwiedzaniu.







Mirsk (Friedeberg), miejscowość w przedsionku podregionu izerskiego i zarazem na historycznym pograniczu Dolnego Śląska i Górnych Łużyc, którą zamieszkuje nieco ponad 3,5 tysiąca osób, jest najmniej imponującym miastem powiatu (również nieco młodszym od innych, z prawami miejskimi z pierwszej połowy XIV wieku). Dobrze to jednak o powiecie świadczy, bo w niektórych innych powiatach byłby miastem nawet najbardziej imponującym - dzięki sporemu rynkowi z paroma godnymi uwagi kamienicami i eleganckim, neoklasycystycznym ratuszem. Poza rynkiem jest tu też specyficzna atrakcja - wieża ciśnień przerobiona na wieżę widokową. Pomysł brzmi trochę lepiej niż wygląda efekt - wieża ciśnień, jak to wieża ciśnień, jest w pełni zabudowana i na samej górze możemy podziwiać widoki tylko przez kilka niewielkich okien, a i te widoki nie są do przesady wybitne, bo budowla nie została postawiona z myślą o jak najlepszych widokach. Zawsze jednak warto wspiąć się w górę i rzucić okiem w dół.














Ostatnią konkretną atrakcją na trasie po powiecie była Kopalnia św. Jan w Krobicy - podziemia, o których wcześniej nie słyszałem, a które okazały się jednymi z zacniejszych na Dolnym Śląsku. Kopalnia nie imponuje kruszcem tu wydobywanym - były to "nudne" cyna i kobalt, zwłaszcza ta pierwsza i zwłaszcza w XVI i XVII wieku - ale sztolnia, przez którą przechodzi się z przewodnikiem, jest bardzo autentyczna i nastrojowa.












Podróż po powiecie lwóweckim miał zakończyć spacer po Górach Izerskich, które powiat dzieli z powiatem lubańskim. I zakończył, ale zaskoczyła mnie jednak ilość zalegającego w górach śniegu i lodu, na które nie byłem przygotowany, w związku z czym nie osiągnąłem żadnych potężnych punktów i wycofałem się w obawie przed nadchodzącym zmrokiem. Najważniejsze klasyki tego pasma miałem już jednak okazję poznawać przy zwiedzaniu powiatu lubańskiego i już wtedy doszedłem do wniosku, że Izery trzeba będzie kiedyś spenetrować osobno.











W miarę upływu kolejnych lat podróżowania, zwłaszcza podróżowania po jednym regionie, coraz lepiej domyślam się przed wyjazdem, czego mniej więcej spodziewać się w miejscu docelowym i jak wysoko to mniej więcej ocenię. Są jednak i zawsze będą zaskoczenia - powiat lwówecki był dość potężnym, bo traktowałem go raczej jako powiat niszowy, bez jakichś dolnośląskich absolutów. Te jednak po pierwsze się pojawiły w postaci Lubomierza, Zapory Pilchowickiej czy Zamku Wleń, a po drugie otoczone były całym mnóstwem atrakcji nieco mniej spektakularnych, lecz urokliwych i tworzących spójny, charyzmatyczny podregion. Niech żyje i zaskakuje jak najczęściej niszowość dolnośląskich podróży.

Komentarze