Miles Davis: "Kind of Blue"

1959

Jeden z aspektów jazzu, które najmocniej przyciągają mnie do tej muzyki i sprawiają, że mimo upływu lat i przekierowania swojego największego podziwu na muzykę poważną nie jestem w stanie odpuścić myśli o jazzie jako o muzyce najbardziej "mojej", jest jednocześnie tym, który - jak sądzę - może być czynnikiem najsilniej odciągającym od gatunku mnóstwo osób, również takich, które na ogół potrafią docenić dobrą sztukę. Nie tak łatwo ten aspekt ubrać w słowa, ale próbowałbym mówić o pewnym braku transparentności, ambiwalencji, zagadkowości, zdystansowaniu lub abstrakcyjności na polu emocji. Raczej większa niż mniejsza część ludzi odbiera to jako chłód, brak emocji w ogóle, a więc dalej - pustkę, czystą formę, muzykę skomplikowaną dla skomplikowania, z której nie wynika nic "ludzkiego". Mówić o jazzie jako o muzyce pozbawionej emocji jest dla mnie absurdem - niektóre obszary gatunku są emocjonalne tak intensywnie, natychmiastowo i do szpiku dźwięku, że przewyższają w tym praktycznie wszystko inne - ale czego jazz prawie nigdy faktycznie się z emocjonalnego punktu widzenia nie dopuszcza, to po pierwsze egzaltacja, po drugie jednoznaczność, po trzecie nachalność, po czwarte ostry dramatyzm narracji. Poza tym, że jest to pewien akt wyrafinowania, powagi i spokoju, który już sam w sobie może być pociągający, to prowadzi w dodatku często do zabezpieczenia rozległej przestrzeni na niezwiązaną z konkretnymi emocjami, trudniejszą do opisania, jedyną w swoim rodzaju atmosferę, przesyconą tajemnicą, wypełniającą pomieszczenia i umysły - kształt o nieostrych konturach, ale sporej gęstości. Dla mnie, jako dla człowieka odczuwającego świat jako zjawisko wybitnie tajemnicze, wybitnie klimatyczne i wybitnie niedopowiedziane - jazz staje się w ten sposób muzyczną transpozycją samej istoty rzeczywistości. Poniekąd.

Jeśli uznamy, że jest to bardzo istotna cecha jazzu, jeśli nie pod pewnymi względami najistotniejsza, to może nic dziwnego, że Kind of Blue stało się najpopularniejszym jazzowym albumem wszech czasów. Jest to o tyle wyjątkowe dzieło, że Davis za pomocą swojego autorskiego pomysłu jazzu modalnego rozszerzył i uwydatnił ten właśnie aspekt do rozmiarów nigdy wcześniej nieznanych, a i później chyba niepowtórzonych z aż takim szykiem. Legendarny album jest przez znaczną większość swojego trwania bardzo zdystansowany, spokojny, elegancki i tak mało dramatyczny, że hard bop daje się przy nim nazwać muzyką romantyczną. A jednocześnie jest potwornie treściwy muzycznie - nie tylko pod względem formy, ale właśnie przede wszystkim pod względem atmosfery. Magiczny dualizm, zrodzony z geniuszu Milesa.

Geniusz geniuszem, ale złożyło się na ten efekt kilka konkretnych czynników i nie jestem wcale pewien, czy rewolucyjne podejście do improwizacji można nazwać "głównym" - fakt jednak, że było pewnym wytrychem. Rezygnacja z bopowej formy, opartej na dość szybko zmieniających się akordach, wymuszających na muzykach pewną schematyczność, i oparcie się na skalach modalnych, uczyniło ten jazz jeszcze bardziej niedopowiedzianym, rozluźnionym, zagadkowym i oddramatyzowanym, a co za tym idzie klimatycznym. Ta muzyka jest też dzięki temu dużo bardziej rozlana niż bop: wszystkie kawałki z osobna, jak i cały album, wydaje się poniekąd nie mieć początku i końca, ma coś z wieczności. Wiele dały same kompozycje - raczej bardzo oszczędne, ale skutecznie nadające pewien kierunek dla improwizacji, sygnalizujące atmosferę, jaka ma panować w danym kawałku. Świetna forma solistów była warunkiem - modalne podejście uwolniło melodykę i stworzyło możliwość osiągania przepięknych rzeczy na jej polu, co się stało. Dobrze się zresztą oni uzupełniają: Miles kładzie najgęstszą atmosferę, Coltrane daje trochę cielistości i głębi (ciągnie go już do klimatów spirytualnych, choć wiele odsłuchów mi zajęło, zanim zacząłem to dostrzegać w tak nieoczywistym miejscu jak Kind of Blue), Adderley odciąża, przywraca pierwiastek rozrywkowy, nie pozwala uciec z miejsca akcji, jakim ciągle jest zadymiony jazzowy klub. Dwa z trzech najlepszych utworów bardzo mocno opierają się na wrażliwości i podejściu do harmonii Billa Evansa, który w głębokim, powolnym frazowaniu Milesa odnalazł swoją bratnią duszę muzyczną i możliwość wykorzystania swojego talentu w najlepszy możliwy sposób. I wciąż to wszystko wydaje mi się niewystarczającym źródłem tak klimatycznego efektu.

So What pozostaje dla mnie kluczowym kawałkiem albumu, najlepiej eksplorującym ideę jazzu modalnego. Opiera się jedynie na dwóch skalach modalnych, więc nawet jak na ten album dochodzi tu do daleko posuniętego oddramatyzowania, dystansu i niejednoznaczności, a jednocześnie dochodzi do najlepszej atmosfery, co potwierdzałoby, że jakimś sposobem jedno jest skorelowane z drugim. I Miles, i Coltrane dają tu chyba swoje najlepsze solówki na albumie, jest tu najbardziej pociągający temat oparty na call and response (przez co bardzo smacznie wiążący ten skrajnie "współczesny", wyemancypowany i wyrafinowany jazz z najgłębszymi, najbardziej pierwotnymi korzeniami tej muzyki). Poza nim mamy dwie pary: Freddie Freeloader i All Blues to "modalne bluesy", rzeczy mniej klimatyczne, bardziej wyluzowane i rozrywkowe, nieco mocniej przypominające bop, choć jednak wyraźnie od niego inne. Pierwszy utwór jest bardzo dobry, ale niekoniecznie przystaje do poziomu albumu - służy raczej odciążeniu od gęstszych form - drugi już się broni samodzielnie, balansując pomiędzy wyluzowanym, rozrywkowym brzmieniem a fragmentami zagadkowej, nawet niepokojącej harmonii, ma też w sobie coś hipnotycznego od kołyszącego się tematu na początku do "zakończenia bez zakończenia", w trakcie utworu. Lepsza jest natomiast druga para, wybitnie mocno skropiona muzyczną wizją Billa Evansa. Blue in Green poniekąd zdradza album, bo pojawiają się tu (stosunkowo) silne emocje, zdatne do nazwania jednoznacznie: spore dawki tęsknoty i nostalgii. Jest w tym jednak olśniewająco piękne, zamyślone w nieprawdopodobnym stopniu - transpozycja spoglądania na niebo po zachodzie słońca, bez żadnych słów. Finalne Flamenco Sketches ma nieco podobny wyraz, ale jednak mniej dosłowny, bardziej rozrzedzony, z akcentem znowu położonym dużo mocniej na atmosferę niż emocje; prowadzi też najciekawsze operacje modalne, w które doskonale wpasowują się akcenty iberyzujące.

Od uznania Kind of Blue za szczyt gatunku jestem już od dawna tak daleko, jak blisko tego są mainstreamowi krytycy. Sam Davis lepszych albumów nagrał kilka. Ale faktycznie jest coś wyjątkowego i ponadczasowego w tej muzyce, która dla niektórych na pierwszy rzut oka może brzmieć dość bezpiecznie. I chociaż z wielu punktów widzenia jest mniej imponująca niż wymierna część jazzu, nie mówiąc o muzyce w ogóle, to maksymalizuje to niedookreślone zjawisko, które nazywam jazzową atmosferą - co sporo dla mnie znaczy. Warto dodać, że niewiele jest albumów, których słuchanie przed zachodem słońca jest równie dużą zbrodnią (a większość z tych niewielu to inne albumy Milesa).



9.0/10

Komentarze