Niderlandy: część II. Pakt sztuki z naturą i słodycz warowni

Niderlandy to przede wszystkim miasta - z niemal każdego punktu widzenia, a z turystycznego w szczególności. Wyjątkowo znikoma część uroku tego kraju kryje się gdzie indziej, niż w wielkich, dużych i niemałych aglomeracjach. Przez większość mojej podróży - od czwartego do czternastego dnia - właściwie nie zwiedzałem niczego, co leżałoby poza obrębem co najmniej kilkudziesięciotysięcznego miasta. Pomiędzy miejskim początkiem z Maastrichtem i Den Bosch a tym potężnym urban-maratonem miałem okazję poznać nieco inne oblicze Niderlandów - mało miejskie, a jednocześnie też nie wyspiarskie. Było to przyjemne półtora dnia, w trakcie którego Holandia zrobiła się bardziej zamglona i tajemnicza, a mniej zagęszczona ludźmi, niż ma to w zwyczaju. Ukazała mi wtedy niezwykłe połączenie sztuki i natury oraz kilka różnych rodzajów fortec. Poza sztuką nie są to motywy kojarzące się z tym krajem w pierwszej ani trzeciej kolejności, a jednak niektóre z nich okazały się topowymi atrakcjami podróży.

Ze wszystkich niderlandzkich parków narodowych najsłynniejszym jest Hoge Veluwe National Park w prowincji Geldria (Gelderland). To dość specyficzna, wręcz ekscentryczna połać terenu, która jest mocno oddalona od jakiegokolwiek morza, a jednak przypomina w dużej mierze nadmorski, a nawet nadbałtycki krajobraz (jakkolwiek w szczegółach już nie do końca). Urok tego parku opiera się na piaszczystych wydmach, lasach iglastych i wrzosowiskach. Fragmentami jest to dość gęsty las, fragmentami zaś ogromna przestrzeń bez ani jednego drzewa lub właśnie z drzewami pojedynczymi. Jest to krajobraz bardzo spokojny, raczej nie widowiskowy, ale ma w sobie coś bardzo pociągającego i nawet jakąś dozę surrealizmu. Hoge Veluwe szczyci się przede wszystkim populacją jeleni, a także lisów, dzików i muflonów, ale poza ptakami nie spotkałem żadnych zwierząt. Po wykupieniu biletu wstępu do parku można do woli korzystać z udostępnionych zwiedzającym białych rowerów i śmigać po dużej sieci rowerowych dróżek - świetny to zresztą pomysł, bo na nogach park byłby na pewno zbyt monotonny w odbiorze.

















Hoge Veluwe to jednak coś więcej niż park narodowy - w samym jego sercu kryje się jedna z najlepszych galerii sztuki w kraju i na całym świecie. Kröller-Müller Museum gromadzi zbiory głównie XIX- i XX-wieczne, na które składają się prace wielu bardzo interesujących artystów (zwłaszcza impresjonistów i postimpresjonistów): Gestel, Monet, Pissarro, Cézanne, Degas, Signac, Mondrian... Prawie cała sława muzeum i prawie cała jego wybitność zasadza się jednak na jednym nazwisku - znajduje się tu bowiem druga największa kolekcja dzieł Vincenta van Gogha na świecie, a być może, że nawet lepsza od tej jeszcze większej w Amsterdamie. Zetknięcie się po raz pierwszy z dużą liczbą bardzo ważnych dzieł tego geniusza na żywo skłoniło mnie do zastanowienia, czy nie był on jednak największym malarzem w historii. Sądzę, że co najmniej podium ma u mnie gwarantowane. Co nie jest wcale częstym przypadkiem, jego obrazy na żywo jeszcze zyskują. A ulokowanie ich w środku parku narodowego wydaje się strzałem w dziesiątkę - Van Gogh czerpał wszak garściami inspiracje z natury. Samo muzeum jest też atrakcją z architektonicznego punktu widzenia.
































































Po opuszczeniu parku wróciłem na chwilę do świata większych miast, choć nie tak do końca - Amersfoort w prowincji Utrecht zamieszkuje wprawdzie prawie 160 tysięcy ludzi, co czyni go piętnastym ośrodkiem kraju, ale sama starówka jest na tyle dobrze zachowana i na tyle skutecznie odgrodzona kanałem od reszty miasta, że wydaje się osobnym, małym miasteczkiem. Rodzinne miasto Pieta Mondriana, którym zresztą bardzo się chwali na każdym kroku, ma jedno z bardziej urokliwych niderlandzkich centrów historycznych - o kameralnej atmosferze, mieszające garstkę kanałów z więcej niż garstką ciasnych uliczek, zadbane, ukwiecone, o nieco "starszym" klimacie niż to zwykle ma miejsce w Niderlandach. Główną atrakcją są te kanały i uliczki, a z konkretów udało mi się rzucić okiem na rynek, na monumentalną, osamotnioną wieżę zniszczonego XV-wiecznego kościoła Onze Lieve Vrouwetoren i na najładniejszą z nich bramę wodno-lądową Koppelport z przełomu XIV i XV wieku. Amersfoortu w ogóle nie planowałem - trafiłem tam, bo wyrobiłem się przed czasem z innymi rzeczami - ale po fakcie ogromnie się cieszę, że udało się wpaść. Mimo wszystko nie mogłem się rozsiadać, co i tak uniemożliwiał mi coraz mocniejszy deszcz, więc po szybkich frytkach z majonezem pojechałem dalej.




















W potężnej ulewie wjeżdżałem już do Naarden, gdzie miałem spędzić trzecią noc tej podróży (tym samym pojawiłem się po raz pierwszy w życiu we właściwej Holandii, a konkretnie Holandii Północnej). Miasteczko nie jest skrajnie małe, bo zamieszkałe przez 17 tysięcy ludzi, ale w tym przypadku jego historyczna część jest już jakby osobnym bytem, zamieszkiwanym pewnie przez góra dwa-trzy tysiące. Ta część jest bowiem klasycznym przykładem - świetnie zachowanym przykładem - twierdzy gwiazdy, obudowanej nie tylko grubym murem, ale w dodatku potężną i podwójną fosą. Wjechać lub wejść do twierdzy można tylko trzema mostami i bramami. Te groźne, potężne obwarowania kryją słodkie miasteczko o jajowatym kształcie, zdatne do okrążenia na nogach w jakieś piętnaście minut. Szczelnie zastawione przez niskie kamienice, z klimatycznym średniowiecznym kościołem na środku, bez tłumów, jedynie z paroma knajpami.




Naarden miałem szczęście podziwiać w trzech odsłonach: w późnopopołudniowej deszczowej, wieczornej deszczowej i porannej słonecznej. Każda miała swój osobny urok i każda bardzo mi się podobała, choć nie jest to jednak jedno z europejskich małomiasteczkowych arcydzieł. Na pierwszy rzut oka to druga Brugia albo nawet coś jeszcze lepszego ze względu na to odcięcie od świata fosą i murami, ale już na drugi widać holenderskie natężenie budynków i innych elementów współczesnych, które jednak radykalnie uszczuplają klimat, tylko w potencjale nieziemski. Mimo wszystko, zwłaszcza deszczową nocą, jest to klimat niemały i jeden z najgęstszych w Holandii. W Naarden miałem też okazję zjeść po raz pierwszy typowe niderlandzkie śniadanie, które zatytułowałbym "wszystko i nic". Trochę średnio przekonującego pieczywa, odrobina sera i wędliny, jedno jajko na miękko, masło orzechowe, jakieś musli z jogurtem, posypka wiórków czekoladowych do chleba (!), sok pomarańczowy i kawa. Bardzo podobny schemat miał mi się jeszcze kilkukrotnie w tej podróży powtórzyć.




















Na inny typ twierdzy rzuciłem okiem rano, dziesięć minut po opuszczeniu Naarden. Muiderslot to najsłynniejszy zamek w kraju, szczycący się XIII-wiecznym rodowodem. Jako że trafiłem akurat na święto Zesłania Ducha Świętego, które jakimś cudem w świeckiej Holandii jest dniem wolnym od pracy, mogłem jedynie zerknąć na warownię z zewnątrz.

Wolność od pracy nie objęła innego zamku - Kasteel de Haar, wprawdzie dużo młodszego, ale o bardziej spektakularnej estetyce. Forteca stała tu co prawda od średniowiecza, ale pod koniec XIX wieku była bardzo zaawansowaną ruiną i wtedy została odbudowana praktycznie od nowa i z fantazją tamtych czasów, co zakończyło się już w wieku XX. Jest to więc drapieżna eksplozja architektonicznego historyzmu, niemal dojrzały Disneyland - bo wygląda na średniowieczny zamek rycerski bardziej natarczywie niż faktyczne średniowieczne zamki - ale trzeba przyznać, że jest też tego historyzmu arcydziełem. Zrobiono go z ogromnym rozmachem i nie licząc totalnego zadbania oraz nieco nadmiernej słodyczy wykonania, ma też w sobie sporo autentyczności.


















Co najlepsze, prawdziwe historystyczne bachanalia zaczynają się dopiero we wnętrzu, który jest absolutnym szaleństwem (neo)gotyckiego detalu, jakim jest tu zapełniony niemal każdy centymetr kwadratowy przestrzeni. Przepych komnat jest olbrzymi - jak sądzę, jeden z największych w Europie. Pod tym względem było to miejsce podwójnie zaskakujące. Nie spodziewałem się po Niderlandach zamku, mogącego konkurować z chyba wszystkimi polskimi poza Malborkiem, i nie spodziewałem się też na środku protestanckiej ziemi takiej bomby luksusu i niepohamowanej dekoracyjności. Tak czy inaczej, przechodzi się przez to bardzo przyjemnie i z co najmniej uchyloną szczęką.


























































I tak oto na dłuższy czas zakończyła się dla mnie przygoda z Holandią w znacznym stopniu nietypową, zaskakującą, nieznaną z widokówek. Miała powrócić jeszcze na ostatnie parę dni. Kilkanaście minut później byłem już jednak w Utrechcie, od którego rozpocząłem długodystansową podróż poprzez rdzeń i esencję niderlandzkości.

Komentarze

Prześlij komentarz