Niderlandy: część I. Mistyka w ramach wyjątku

Mniej więcej pomiędzy trzema spośród największych, najludniejszych, najważniejszych i najsłynniejszych krajów Europy - między Niemcami, Francją a Anglią - leży kawałek specyficznego lądu, który wydaje się nie przyciągać uwagi niemal żadnego podróżnika. O państwie, które ten ląd zajmuje, słyszał każdy; było ono jednym z imperiów kolonialnych, wywarło ogromny wpływ na kulturowy i gospodarczy rozwój kontynentu, a do dziś pozostaje kluczowym graczem na europejskiej arenie, produkując zaskakująco ogromne ilości żywności, handlując na potęgę i dając pracę całym zastępom ludzi. Mimo to nie tylko sam nie znam nikogo, kto choć raz pojechałby dla własnej przyjemności to państwo odwiedzić, ale nawet nikt, kogo pytałem, też takiego kogoś nie zna. Obiła mi się wprawdzie o uszy osoba lub dwie, które wybrały się do Amsterdamu i nie miało to żadnych przyczyn zawodowych. Rekreacyjny wyskok do Amsterdamu to jednak jeszcze co innego niż turystyczna podróż do kraju, którego Amsterdam jest stolicą - do tak zwanej Holandii.

Tak zwanej, bo właśnie - na początku była nazwa. Jeszcze na długo przed wyjazdem, na najwcześniejszym etapie teoretycznego wgryzania się w cel podróży, pojawiła się w mojej głowie kwestia, jak nazwę kraj, który zwiedzę i który postaram się opisać. "Holandia" to bowiem z pewnego punktu widzenia najbardziej niewłaściwa polska nazwa zagranicznego europejskiego kraju ze wszystkich, na swój sposób jeszcze gorsza niż określanie Italii Włochami. Nie jest to mianowicie tylko jakaś polska fantazja, która zastępuje w całości oryginalne Nederland. Holland, czyli Holandia, istnieje w obrębie Nederland, zajmując zaledwie dwie z dwunastu prowincji kraju. 

Czy nazywanie Niderlandów Holandią to więc absurd porównywalny z nazywaniem Niemiec Bawarią albo Hiszpanii Andaluzją? Nie do końca. Holandia to bowiem niekwestionowane serce i esencja Niderlandów. Te dwie prowincje, choć nawet nie największe pod względem powierzchni, zamieszkuj prawie 40% ludności całego państwa, znajdują się w nich obie tego państwa stolice, są najważniejsze dla gospodarki i w końcu jeszcze ważniejsze dla turystyki (do tego stopnia, że oficjalna, państwowa strona internetowa, poświęcona turystyce, znajduje się pod adresem holland.com). W dodatku teoretycznie bardziej logiczne "Niderlandy" mają z kolei tę wadę, że w polskim języku to termin szerszy od omawianego państwa, dotyczący krainy historycznej, która rozciągała się również na kawał dzisiejszej Belgii. Ostatecznie z szacunku do pozostałych dziesięciu prowincji decyduję się na tytuł "Niderlandy" zamiast "Holandii", choć w tekście będę używał tych nazw zamiennie.

Zaczynam relację od przynudzania, ale przez ponad dwa tygodnie spędzone w tym kraju nie nudziłem się w zasadzie ani przez chwilę. Holandia spełniła oczekiwania, jakie postawiła przed nią przedwyjazdowe podniecenie. Podróże najczęściej wywołują we mnie ogromną ekscytację ze względu na piękne i fascynujące rzeczy, które - jak wiem - czekają mnie u celu. W tym przypadku za sporą część ekscytacji odpowiadała niewiedza. Holandia - i Holendrzy - z niczym bardziej treściwym mi się nie kojarzyła i mam wrażenie, że mało komu się kojarzy. Przychodzą do głowy proste hasła, jak wiatraki, tulipany, ser, kanały czy wielcy malarze, ale jaki ten kraj faktycznie jest? Jaką roztacza atmosferę? Jacy go zamieszkują ludzie?

Jestem znacznie bogatszy o doświadczenie, ale daleko mi jeszcze do śmiałego zabierania głosu podsumowującego ten kraj i tych ludzi. Kilka toposów nasuwa się jednak samoistnie. Być może każda opowieść o Holandii rozpoczyna się od tego przysłowia, ale jest ono tak trafne, że i ja nie mogę go nie zacytować: świat stworzył Bóg, a Holandię stworzyli Holendrzy. Jest to na pewno miejsce i nacja bardzo praktyczna i sprawcza, która nie czeka na pomoc siły wyższej w czymkolwiek, lecz bierze się do działania i robi to skutecznie. Co za tym idzie, Holendrzy są piekielnie silni w temacie pieniędzy, biznesu, gospodarki - potrafią pieniądze robić, potrafią je utrzymywać i potrafią je wykorzystywać. Zaczęło się od XVI wieku, gdy lokalny lud zapragnął żyć po swojemu i własnoręcznie pogonił z tych ziem katolickich, hiszpańskich Habsburgów, tworząc krainę protestancką (kalwińską), która w XX wieku przerodzi się w krainę po prostu świecką. Praktyka i sprawczość królowały przez wieki handlu, rozszerzania terytorium - czy to przez wypychanie morza z lądu, czy kolonializm - i skrupulatnego wytyczania kanałów. To podejście widać i dziś - w organizacji miast i wsi, w niebaczeniu na religie i sentymenty (co nie znaczy, że w nieposzanowaniu), w konkretnych ludziach, w funkcjonalnych wnętrzach mieszkań czy muzeów, w doskonałym poziomie języka angielskiego nawet wśród najstarszych osób.

Jest to też miejsce raczej optymistycznie nastawione - sporo refleksji zachodzi w muzeach, ale rzadko jest to refleksja o sentymentalnym zabarwieniu, a poza tym wszystko stara się uśmiechać i zachęcać do zabawy. Dość pogodni są Holendrzy, choć mimo wszędobylskich uśmiechów odebrałem ich jako jednak trochę sztywnych, trochę powściągliwych - raczej uprzejmych niż serdecznych, może nawet z lekkim poczuciem wyższości. Temu ostatniemu ciężko właściwie się dziwić - to kraj z najwyższą średnią wzrostu na świecie.

Z jednej strony nie ma się co oszukiwać - spośród większych europejskich krajów Holandia mimo wszystko jest jednym z mniej fantastycznych jako cel podróży, a spośród większych zachodnich może być tym najmniej czarującym (chyba że po prostu kocha się te aspekty świata, w których Holandia jest wybitna). Dodajmy do tego jedne z najwyższych cen na świecie na czele z po prostu groteskowo kosztownymi noclegami i mamy szybką odpowiedź na pytanie, dlaczego zazwyczaj nie zna się nikogo, kto pojechałby kiedyś tak po prostu zwiedzić ten kraj. Z drugiej jednak strony sprawa wygląda nieco inaczej po uwzględnieniu niewielkiej powierzchni i tym samym dużego zagęszczenia atrakcji, a nawet bez uwzględnienia - po prostu jest tu dużo znakomitych punktów i o ile podróż do Holandii nie zeżre środków przeznaczonych na zobaczenie Irlandii, Hiszpanii, Austrii czy Włoch, to jak najbardziej warto te środki jej poświęcić, wybitnie warto. Dodatkową nagrodą będzie satysfakcjonująco niszowy charakter wyprawy i poza Amsterdamem dość znacząca wolność od turystycznych tłumów.

Dlaczego dokładnie warto? Największą atrakcją kraju są miasta - nie konkretne miasta, nie konkretne obiekty w tych miastach, lecz miasta same w sobie. Niedorzecznie dopracowane, pietystycznie zadbane, przyjaźnie zorganizowane i często urzekające siecią kanałów. Urbanistyka niderlandzka jest co najmniej jedną z najdoskonalszych na świecie i w pierwszych dniach zawróciła mi w głowie z dużą mocą. W porównaniu z ciągle dość dziką pod tym względem Polską poczułem się trochę, jakbym przeniósł się kilkadziesiąt lat w przyszłość - to jest przyszłość w wyobrażeniu przynajmniej lekkiego optymisty. Gdy do pary z tym, na co wpływ mają zarządcy tu i teraz - z zadbaniem, oznakowaniem, wpasowaniem nowych budynków w stare, przyjazną infrastrukturą dla pieszych, rowerzystów i jakimś cudem jednocześnie dla samochodów - dochodzi to, na co wpływ mieli kiedyś - czyli niesamowite, ciągnące się i przecinające w nieskończoność kanały - doświadczenie jest po prostu niepowtarzalne, a momentami jakby z innego świata. Nie licząc pocztówkowych widoków, jakie można chwytać nad tymi kanałami, doświadczenie to wymaga pewnej wrażliwości na atrakcyjność trochę inną niż typowo turystyczną. Jeśli się ją ma, to Holandia zostanie w pamięci na zawsze.

Ciężko zestawia mi się resztę podium największych niderlandzkich przebojów - miasta przytłaczają wszystko pozostałe, a kilka z pozostałych atutów postrzegam na podobnym poziomie. Drugie miejsce przyznałbym nierozerwalnie związanej z urbanistyką architekturze - źródłem ogromnych uciech estetycznych są zarówno poszczególne, fantastyczne budowle, jak i ogólny holenderski styl miejskiego budownictwa, zasadzonego zwłaszcza na mniejszych i większych kamienicach lub szeregówkach. Co godne podkreślenia, mowa jest nie tylko - jak zazwyczaj na Starym Kontynencie - o zabytkach, ale też niemal na równi o znakomitej architekturze współczesnej.

Niderlandzkie podium nie byłoby chyba kompletne bez muzeów, na punkcie których Holendrzy wydają się być mocno zafiksowani. Są wszędzie, kuszą w każdym mieście i miasteczku, zaczynają się od gigantycznych, na które cały dzień to za mało, a kończą na malutkich, jakby osiedlowych; od jednych z najlepszych galerii sztuki świata po kameralne, kilkusalowe ekspozycje poświęcone jakiemuś bardzo konkretnemu tematowi. Poza ilością jest też jakość - liczba naprawdę fenomenalnych muzeów na tak małej powierzchni jest po prostu imponująca. To również dobry moment, by dopisać, iż jednym z najbardziej przyciągających mnie do Holandii rzeczy był dorobek malarstwa niderlandzkiego. Gdybym do końca życia mógł oglądać obrazy malarzy tylko jednej narodowości, byłaby to narodowość niderlandzka - co jest dość niezwykłe, skoro mówimy o kraju tak niedużym i tak utylitarno-pieniężnym, a więc potencjalnie o mało artystycznej duszy. A jednak Van Gogh, Rembrandt, Bosch, Vermeer, Hals, Ruisdael, Cuyp, a na spółkę z Flandrią także Bruegel - jest to aż nieprzyzwoicie potężna reprezentacja nazwisk, a raczej sam wierzchołek tej reprezentacji.

Więc przede wszystkim urbanistyka, architektura i muzea? Tak, Niderlandy to kierunek raczej dla dorosłych podróżników i to jak widać wcale nie przez uciechy, jakie proponuje fragment Amsterdamu w świetle czerwonych latarni (fragment ten jest zresztą z pewnego punktu widzenia paradoksalnie najmniej "dorosłym" fragmentem kraju, pełnym infantylnego kiczu). Zanim komuś uruchomi się ziewanie, warto jednak dodać, że niderlandzka kultura pubowa - oparta na klimatycznych, skąpanych w drewnie przybytkach zwanych jako bruin café - plasuje się całkiem niedaleko za brytyjsko-irlandzką, a Holendrzy uwielbiają głośne imprezy i rozbijanie się całymi wieczorami po knajpach i ich ogródkach.

Łatwo mi się zachwycać nad tym, co Holandia oferuje, ale dość łatwo mi też narzekać na to, z czym ma problemy (nie wliczam w to wysokich cen, które przy uwzględnieniu również wysokich zarobków problemem dla Holendrów są oczywiście mniejszym niż polskie ceny dla Polaków). Zdecydowanie najbardziej zabrakło mi w niej pięknej natury. Pod tym względem to jeden z paru najsłabszych krajów Europy, może nawet niepozbawiony szansy na tytuł najsłabszego, jeśli wymiksować z konkurencji Watykan. Paradoksalnie, bo ma jeden z najwyższych współczynników procentu chronionych terenów naturalnych na kontynencie, ale cóż z tego, jeśli tereny te nigdy nie zapierają tchu w piersiach i są i tak mocno zorganizowane ludzką ręką. Poza parkami narodowymi Holandia to na ogół wybór pomiędzy miastem a bardzo zorganizowaną, utylitarną, odromantyzowaną do cna wsią - a wszystko płaskie tak bardzo, że bardziej się już prawie nie da. Pod koniec podróży dostałem trochę bardzo atrakcyjnego kontaktu z naturą dzięki temu, że kraj leży chociaż nad morzem, ale to ciągle nie było to.

Zabrakło mi co do zasady pysznego jedzenia - również w tym aspekcie Niderlandy zdecydowanie zaniżają europejską średnią. Być może byłoby inaczej, gdybym był otwarty na knajpy włoskie, hiszpańskie, japońskie i tak dalej, bo oczywiście knajp z kuchnią całego świata jest w Holandii mnóstwo, ale starałem się jeść po holendersku i wychodziło różnie. Faktycznie tradycyjna kuchnia niderlandzka prawie że nie istnieje, a kiedy udawało się już ją znaleźć, było smacznie i nic więcej ze względu na nieco przesadzoną prostotę. I tak byłem jednak szczęśliwy, gdy ją znajdowałem, bo najpopularniejsze współcześnie jedzenie w Holandii - steki, burgery, frytki i przekąskowe krokiety na głębokim tłuszczu - to przygoda, która przejada się po dwóch-trzech dniach. Reputację lokalnej-lokalnej gastronomii poprawia nieco kuchnia indonezyjska, to znaczy kolonialna - ta jest obłędna, no ale nie wszechobecna, nawet jeśli bardzo popularna. W ogóle odniosłem wrażenie, że Holendrzy i jedzenie to nie jest para pełna miłości - rano jedzą niewiele, późniejszym wieczorem wcale, a i obiadowe porcje rzadko bywają spore. Nie licząc fenomenalnego Brouwerij de Molen nie jestem też zbytnim fanem niderlandzkiej sceny piwnej - mimo długiej granicy z Belgią i sporej wspólnoty kulturowej Holandia nie ma pod tym względem startu do swojej sąsiadki.

Trzecią wadą Holandii okazały się w jakimś sensie... miasta. Tak - to, czym się zachwyciłem, w pewnym sensie stało się też dla mnie minusem. Kraj ten na mój gust jest zbyt miejski, zbyt gęsty, zbyt ciasno zabudowany, zbyt skąpy w otwarte przestrzenie - niekoniecznie piękne, po prostu otwarte i choć trochę dzikie. A nawet to, co ściśle uważam za godne podziwu, po pewnym czasie zaczęło mnie minimalnie męczyć. Może to kwestia przyzwyczajeń, ale niderlandzkie miasta na dłuższą metę okazały się dla mnie aż zbyt zorganizowane. Jest to ogromny paradoks, bo przed wyjazdem obawiałem się, że po powrocie nie będę już mógł patrzeć na polskie miasta. Oczywiście, w pewnych aspektach są sto lat za niderlandzkimi i te aspekty będą mnie teraz irytować jeszcze bardziej. Być może jednak po prostu nie mam ochoty na podróż aż sto lat w przyszłość.

Co się trochę z powyższym wiąże, odrobinę zabrakło mi w Holandii magii, romantyzmu, atmosfery - jak zwał, tak zwał. Ingerencja w każdy metr kwadratowy przestrzeni, nowoczesna infrastruktura nawet w najbardziej zabytkowych przestrzeniach, śmiałe plombowanie przestrzeni nowymi budynkami (nawet jeśli bezbłędnie wpasowanymi w stare), nowoczesna kuchnia, protestancka surowość, praktyczność, brak tajemniczej, dzikiej natury, nawet drakońskie ograniczenia prędkości na autostradzie, przez które czuje się ciągle, jakby prowadziło się samochód automatyczny - ma to swoje logiczne oddziaływanie. Nawet te najbardziej urokliwe miasta, które teoretycznie powinny buchać klimatem i na pierwszy rzut oka przypominają choćby boską Brugię, nie mają z tą Brugią za dużo wspólnego. Często nie widać tego na zdjęciach - można zrobić w Holandii setki zdjęć romantycznych, czarujących - ale ja przynajmniej odczuwałem to na miejscu, gdzie czuć atmosferę miast i rzucają się w oczy szczegóły.

Podobno szczerość, czasem brutalna szczerość, jest jedną z niderlandzkich cech narodowych - po niderlandzku więc szczerze ponarzekałem. Mając to już za sobą, mogę przejść do konkretnej części relacji, w której narzekania będzie mało, a pochwał sporo. Bo mimo pewnych mankamentów i mimo to, że istnieją kraje bardziej w moim typie, to ten jest w wielu aspektach fantastycznym miejscem.


_______________________________________________


Niderlandy nie są miejscem do przesady zróżnicowanym. Zwłaszcza pod względem krajobrazu, który jest skrajnie monotonny, ale również kulturowo i urbanistycznie prawie całe państwo połączone jest potężnie silnym wspólnym mianownikiem - jakże odmiennie niż w jedynych krajach sąsiednich, czyli w Belgii i w Niemczech. Właśnie tam, gdzie Holandia zbliża się do swoich sąsiadów, zaczyna się robić nieco inaczej niż w reszcie kraju. Szczególnie tam, gdzie zbliża się do Belgii. Dwie południowe prowincje Niderlandów - Limburgia i Brabancja Północna - to części większej Limburgii i większej Brabancji, krain historycznych dziś rozdzielonych na Holandię i Belgię. To najmłodsze kawałki kraju - nie wchodziły one w obręb Niderlandów od samego ich początku w XVI wieku. W uproszczeniu, Brabancja dołączyła jakieś sto lat później, a Limburgia na stałe dopiero w XIX wieku. Patrząc na tę ostatnią, łatwo się nawet tego domyślić - to wyjątkowo specyficzny geograficznie dzyndzel, który wcina się między Belgię a Niemcy.

Późniejsze dołączenie, inna kultura i inna wiara - południe było zawsze ostoją katolicyzmu w kalwińskiej Holandii. Dziś w pewnym sensie jest ostoją chrześcijaństwa w świeckiej Holandii. To niezwykły chichot historii, że w Niderlandach - które w ogóle powstały w dużej mierze dzięki protestantom chcącym odłączyć się od katolików i które przez wieki były jednym z najważniejszych protestanckich graczy - dziś jest więcej katolików niż protestantów. W pewnym uproszczeniu prawie wszyscy protestanci przekształcili się bowiem w XX wieku w agnostyków i ateistów, a katolicy - tylko niektórzy. Uważam to w ogóle za szalenie fascynujące i będące punktem wyjścia do długich refleksji, które mimowolnie snuły mi się po głowie w trakcie podróży, wzmacniane jeszcze porównaniem tak odmiennych od siebie świątyń katolickich i protestanckich. To jednak nie miejsce na te rozważania. Tak czy inaczej, południe jest trochę inne - przede wszystkim wyposażone w mistyczną atmosferę katolickich kościołów, której kalwińskim "miejscom spotkań" prawie zawsze brakuje. I to od południa zacząłem podróż po Niderlandach.

A konkretnie od Limburgii, reprezentowanej w mojej wycieczce przez jedno miasto - Maastricht, najbardziej południowe z większych miast kraju. Zajechałem tam prosto z Wrocławia w nieco ponad dziewięć godzin, łapiąc się na ostatnie promienie słońca. Nieco przewrotnie na samym początku podróży poznałem to miejsce w Niderlandach, które bez większych wątpliwości najmniej ze wszystkich pasuje do całej reszty kraju. Wszystkie, ale to wszystkie później odwiedzone miasta miały bardzo silny wspólny mianownik - Maastricht zaś co najmniej dwa razy słabszy. Miasto, w którym formalnie zaczęła się Unia Europejska, jest po prostu inne: powiewają tu wiatry z głębi Europy, ludzie mówią we własnym dialekcie, cegłę zastępuje szary kamień, a klimatyczne kanały - klimatyczne uliczki i place. Jest uważane za najstarsze z niderlandzkich miast i faktycznie sprawia wrażenie najstarszego.

Mieszka tu jedynie 120 tysięcy ludzi, ma się jednak wrażenie miasta większego - bardzo ożywionego. Czy to w piątek wieczorem, gdy setki lub tysiące mieszkańców wysiadują na rynku w ogródkach i popijają alkohol, czy też w sobotę rano, gdy ten sam plac zapełnia się straganami. Maastricht urzekł mnie od pierwszego wejrzenia. Nie ma tak potężnych zabytków i tak przebojowej estetyki jak parę innych niderlandzkich miast, ale nadrabia elegancją i przytulnością rodem z bardziej południowych części Europy. Mimo późnej pory i zmęczenia jazdą skusił mnie na całkiem niekrótki, spontaniczny spacer przed snem.















Rano Maastricht nie zrzucił swojego klimatu, a jedynie nieco go skonwertował. Przyjemnie i spokojnie podąża się jego ciasnymi uliczkami i odnajduje największe skarby miasta, którymi są - jak w rzadko którym mieście Niderlandów, a jakże często w miastach Europy - bardzo stare kościoły.


















Przypadek chciał, że pierwszy kościół, jaki zobaczyłem w Niderlandach, miał pozostać do końca tym najbardziej klimatycznym, najbardziej satysfakcjonującym z punktu widzenia osoby poszukującej szczerze uduchowionej atmosfery. Onze-Lieve-Vrouwebasiliek, czyli w zasadzie Bazylika NMP, stoi prawdopodobnie na miejscu dawnej świątyni z czasów imperium rzymskiego. W większości ta niezwykle masywna romańska bryła pochodzi z XI i XII wieku, ale najstarsze elementy mają nieco ponad tysiąc lat. Z przodu milczący, jednolity, wysoki mur z dwiema wieżyczkami, z tyłu wydatna absyda, a najważniejsze w środku - stereotypowo romańska, bardzo ciemna, kamienna przestrzeń z zawiesiną mistyki w powietrzu.

















Apogeum sakralne Maastricht osiąga na placu Vrijthof, przy którym w parze stoją dwa monumentalne kościoły. Mniejszy z nich to gotycki Sint-Janskerk (Kościół św. Jana) z charakterystyczną czerwoną dzwonnicą, z przełomu XIV i XV wieku - protestancki.



Bardziej imponuje jednak sąsiednia, katolicka Sint-Servaasbasiliek (Bazylika św. Serwacego) - największy romański kościół w Niderlandach. Niektóre przybudówki są wprawdzie gotyckie, ale znaczna większość to romanizm z XI i XII wieku, w dodatku stojący na miejscu kościoła z wieku VI. Renowacja uczyniła jego wnętrze zbyt sterylnym, ale z zewnątrz to wspaniała budowla - potężna i ascetyczna zarazem, a więc esencjonalnie romańska. Jednym z największych, jeśli nie największym przebojem bazyliki jest portal Bergportaal - wielki, barwny i pełen detali. Sterylności nie mają również krużganki otaczające śliczny dziedziniec, a dodatkową atrakcją są bardzo dobre zbiory mniej i bardziej użytkowej sztuki sakralnej.













































Nawet w Maastrichcie - który jest być może najbardziej religijnym z większych miast kraju - trafił się jednak wybitnie wymowny przykład typowego podejścia współczesnych Holendrów do religii. Chyba ze wszystkich zdesakralizowanych kościołów, przerobionych na budynki innej użyteczności, Boekhandel Dominicanen robi największe wrażenie. Średniowieczny kościół przerobiony na piętrową księgarnię - jednych oburzy, innych zachwyci, we mnie wzbudza uczucia może minimalnie mieszane, ale raczej pozytywne, jeśli alternatywą byłby pustostan i zaniedbanie. Estetycznie to niemal na pewno najpiękniejsza księgarnia, w jakiej byłem.



Zbyt krótką przygodę z Maastrichtem zakończyłem tam, gdzie i ją zacząłem - na głównym placu miasta, czyli rynku (Markt), otoczonym przez szare kamienice i z pięknym, wyważonym, eleganckim, klasycystycznym ratuszem (Stadhuis) na środku.






Pomiędzy dwoma południowymi miastami, jakie zwiedziłem w pierwszych dniach podróży, zrobiłem sobie przerwę na wizytę w Brouwerij de Koenigshoeven, lepiej znanym pod nazwą La Trappe. To jeden z dwóch i ten dużo bardziej znany browar zakonu trapistów w Niderlandach, istniejący od 1884 roku. Wizyta była raczej symboliczna, wręcz na zaliczenie - chyba wszystkie piwa browaru są dostępne w Polsce (może poza niedawno wypuszczonym na rynek bezalkoholowym La Trappe Nillis, świetnym zresztą w swojej kategorii), a ze względu na bardzo wybiórcze godziny i dni zwiedzania nie miałem też szans na browarowy tour. Zrobiłem zdjęcie klasztornym zabudowaniom, wypiłem w symbolicznych ilościach blonda i dubbla, zjadłem niezbyt przekonujący posiłek i pojechałem dalej.




Zgodnie z założeniami ominąłem Bredę i jej gotycki kościół, który oprócz nieczynnego poza wiosną ogrodu Keukenhof z najcięższym chyba sercem wyrzucałem z planu podróży. Ominąłem po to, by mieć więcej czasu w 's-Hertogenbosch, stolicy Brabancji Północnej ze 155 tysiącami mieszkańców. To miasto, którego dziwną nazwę skraca się często do Den Bosch, posiada bowiem prawie na pewno najpiękniejszy kościół całych Niderlandów. I więcej.

Odbiór Den Bosch zaburzył mi nieco fakt, że akurat miałem przyjemność trafić na weekendowy festiwal jazzowy Jazz in Duketown, który zamienił to na co dzień na pewno dość spokojne miasto w przyjemnie przytłaczający tłum wesołych ludzi. Co najmniej kilkanaście bezpłatnych scen z muzyką jazzową na żywo przyciągnęło zastępy Holendrów, co zresztą bardzo dobrze o nich świadczy. Miasto zostaje mi więc w pamięci jako głośne, imprezowe, niesamowicie pogodne i rozrywkowe, ale jest to trochę przypadek. Inna sprawa, że Holendrzy festiwale miejskie uwielbiają i wpisują się one w tożsamość ich miast, więc przypadek nie był też kompletny. Tak czy inaczej to przyjemne miejsce - choć bez rozbudowanej sieci kanałów i z istotną przewagą liczby budynków nowych nad starymi, więc bez startu do najpiękniejszych niderlandzkich miast.











Zatrzymałem się tu w dwóch konkretnych celach. W Den Bosch urodził się, żył i tworzył Jheronimus van Aken, który później zmienił nazwisko na Jheronimus Bosch, a który dziś częściej jest znany pod odniderlandyzowanym imieniem Hieronymus Bosch. Mając nadzieję, że nie trzeba go przedstawiać, przezornie napiszę jednak, że to jeden z kilku najlepszych malarzy wszech czasów - pod pewnymi względami po prostu najlepszy - który tworzył na przełomie XV i XVI wieku i zainspirował mniej lub bardziej pośrednio zapewne grube tysiące artystów. Najwspanialszy z jego obrazów dał nazwę mojemu blogowi, więc ciężko byłoby mi pominąć to miasto, mimo że ani jeden oryginał Boscha się w nim nie znajduje. Jest jednak coś w zamian - Jheronimus Bosch Art Center, muzeum ulokowane w dawnym kościele św. Jakuba z początku XX wieku. Zgromadzono tu oryginalno-wymiarowe kopie wszystkich znanych dzieł Boscha, a do nich dołożono trójwymiarowe rzeźby surrealistycznych postaci z obrazów malarza. 10 euro za same kopie to moim zdaniem jednak trochę zdzierstwo, ale ciekawie jest zobaczyć cały dorobek tego artysty w jednym miejscu, nawet jeśli to tylko kopie i dobrze to widać. W związku z Boschem spotkało mnie w tym mieście jeszcze trochę magii - okazało się, że starszy człowiek, którego dom wybrałem na nocleg na Airbnb, sam jest malarzem od prawie sześćdziesięciu lat.









Dużo ważniejszym punktem miasta jest wspomniany kościół - Sint-Janskatedraal, czyli Katedra św. Jana. To arcydzieło gotyku z połowy XIV wieku i jedna z nielicznych niderlandzkich świątyń gotyckich, które we Francji czy Anglii nie zginęłyby w tłumie. Przyciąga wzrok już z zewnątrz rzadko spotykanym zagęszczeniem maswerków i pilastrów, skomplikowaną absydą, wspaniałymi portalami, bogactwem detalu. Jedyną skazą jest nowszy front kościoła z ceglaną dzwonnicą w znacząco innym stylu.









Chyba nawet mocniejsze wrażenie katedra robi jednak w środku, gdzie wydaje się jeszcze większa ze swoimi pięcioma szerokimi nawami, znów niezwykłą intensywnością i gęstością detalu, monumentalnymi sklepieniami, barwnymi witrażami i może przede wszystkim chyba najwspanialszymi organami, jakie widziałem w życiu. Widziałem już bardzo dużo wspaniałych organów, więc to wyjątkowo dużo ważące stwierdzenie. Miałem ogromne szczęście, że akurat były w użyciu - ktoś na nich grał i to w dodatku bardzo dobre, nieco mroczne harmonicznie kawałki, brzmiące trochę jak muzyka barokowa zakropiona Messiaenem. Piękne przeżycie.



















Udało mi się jeszcze zajść na miejski rynek na planie trójkąta i rzucić okiem na ratusz - podobny do tego w Maastrichcie, lecz wpisany w pierzeję kamienic, przez co dużo mniej rzucający się w oczy. Później pozostało swobodnie pospacerować po coraz ciemniejszym mieście, zrobić przerwę na zjedzenie pierwszego steka tej podróży, wtopić się w tłum festiwalowiczów...



















... a następnie iść spać o ludzkiej porze, bo nazajutrz trzeba było już zmierzać w stronę Niderlandów bardziej archetypicznych, post-protestanckich, które domagają się odwiedzenia bardziej niż wyjątkowe południe kraju. Ten pierwszy dzień z hakiem zapadł jednak w mojej pamięci w szczególny sposób, bo to właśnie w nim po raz pierwszy niderlandzka rzeczywistość rzuciła się na moje zmysły, a Maastricht i katedra w Den Bosch pozostały topowymi w tej podróży przeżyciami.

Komentarze

Prześlij komentarz