Olivier Messiaen: Kwartet na koniec czasu

1941 / wykonanie: Luben Yordanoff, Albert Tétard, Claude Desurmont, Daniel Barenboim, 1988

Są utwory, które chciałoby się zostawić w spokoju, w spokoju od słów - nawet jeśli można o nich napisać słów bardzo wiele. Bo choć da się je owocnie analizować kawałek po kawałku, jako że stanowią niezwykle bogaty materiał formalny, i choć można starać się na przeróżne sposoby opisać bogactwo wyrażanych przez nie myśli, uczuć i emocji, to wydają się tak kompletnymi dziełami samymi w sobie, tak udanymi pod względem wyrażania czegoś, że słowa mogą je już chyba tylko sprofanować. Takim przypadkiem jest nie tyle jedno z najlepszych dzieł muzycznych XX wieku, co jedno z najlepszych dzieł sztuki w ogóle - transcendentny, niesamowity, zrodzony z głodu, zimna i lęku obozu koncentracyjnego kwartet Messiaena. Wybrałem sobie jednak takie zajęcie, że piszę o muzyce - i nie byłbym w stanie powstrzymać się od napisania o tej muzyce, która kandyduje na moją ulubioną w dziejach. Jeśli jednak osoba czytająca ten tekst nie miała jeszcze okazji tej kompozycji usłyszeć, niech przerwie lekturę i nie kontynuuje, dopóki nie usłyszy.

Nie potrzebowałem lat osłuchania, poszerzania wiedzy muzykologicznej, a także - last but not least, a raczej "co jeszcze ważniejsze" - wiedzy o własnych emocjach, żeby doznać ten utwór. Zrobił na mnie właściwe sobie wrażenie już na początku mojej przygody z muzyką poważną. Dziś mogę z większą precyzją wyrazić się o jego formie czy o uczuciach, jakie we mnie wywołuje, ale zawładnął mną i wcześniej. Kwartet, jaki jest, to się generalnie słyszy i czuje - to muzyka o niesamowitej, metafizycznej atmosferze, oblana tajemnicą, o pretensjach do wyrazu transcendencji, mieniąca się tysiącem meta-emocji, klimatyczna do granic. Oczywiście jednak nie została stworzona z powietrza.

I znowu: nie chce się pisać o kwestiach formalnych w przypadku utworu tak eterycznego - ale jednocześnie chce się bardzo, bo formalnie jest to kompleksowe arcydzieło. Postaram się więc poruszyć to przynajmniej zwięźle i nie więcej niż zwięźle. Właściwie każdy aspekt formy jest tu mistrzowsko poprowadzony i pełen oryginalności. Jak to u Messiaena, na piedestale stoi harmonia, stanowiąca rdzeń niesamowitej, tajemniczej atmosfery i poczucia transcendencji. Utwór mieni się przeróżnymi barwami, pięknymi właściwie jako same w sobie, ale najwspanialszy jest bodaj sposób, w jaki te barwy się rozwijają, posuwają, przekształcają (praktycznie bez przerwy, choć najbardziej transparentne jest to w piątej i ósmej części). Główną oś "narracji metafizycznej" stanowi oczywiście powolne przebijanie się pełnego konsonansu przez gąszcz niepewnych, enigmatycznych albo niepokojących, miększych lub ostrzejszych dysonansów - które przynosi pełny skutek dopiero na sam koniec. Ale to tylko rdzeń, a poza nim jest jeszcze pozostała część rozgrywki, mniej liniowa i trudniejsza do ujęcia w słowach - po prostu harmonia przemieszczająca się tajemniczymi ścieżkami (najbardziej w otwarciu i zamknięciu drugiej części i w odpowiadającym im fragmentom siódmej), co daje od początku do końca poczucie niesamowitości.

Również pod kątem melodyki jest to utwór, dla którego ciężko mi postawić wiele konkurencji. Melodyka jest tu skomplikowana, awangardowa, zupełnie nieoczywista, ale jednocześnie cały czas trzymająca się sensu i cały czas liryczna, nigdy nie dziwna dla dziwności, nigdy po prostu ekscentryczna, nigdy obliczona na szokowanie. Ma w ten sposób wiele wspólnego ze śpiewem ptaków, którym częściowo była inspirowana (trzecia część jest oczywistą reprezentacją, ale każda jest melodycznie bardzo zajmująca). Rytm nie jest zasadniczą kwestią w tym kwartecie, ale bywa nią (szósta część), a nawet jak akurat nie jest, to zwykle jest bardzo interesujący. Mnóstwo tu w tym zakresie zmienności, są fragmenty polirytmiczne, momenty całkowicie rozmyte rytmicznie mieszają się z niemal mechanicznie zrytmizowanymi. Przy czym tak samo jak z melodią - zawsze ta zmienność czemuś służy. Równolegle do rytmu funkcjonuje agogika, ogromnie zmienna (czasem po prostu muzyka zwalnia i przyspiesza, ale czasem jest to bardziej wysublimowane, jak na przykład gdy dany temat utworu pojawia się po jakimś czasie w innym tempie, choćby relacja części drugiej i siódmej albo piątej i ósmej). Dynamika jest chyba oczywista - w wielkim stopniu pomaga sterować nastrojem, bywa bardzo głośna i ekspresyjna dynamicznie, ale częściej romansuje z ciszą, wychodząc z niej i wchodząc (trzecia część), pauzując (druga), usuwając czasem instrument albo instrumenty, żeby zrobić na nią miejsce.

Wyśmienita jest faktura, niekiedy bardzo skomplikowana (jak na otwarciu), ale tylko niekiedy, nigdy nie skomplikowana na siłę, a często krystalicznie czysta i prosta; bardzo zmienna, od "niematerialnych", mocno niebezpośrednich zależności pomiędzy poszczególnymi głosami (pierwsza, siódma część), przez głęboką symbiozę melodii i akompaniamentu (wspaniałe duety smyczków i fortepianu) aż po unisono totalne (szósta część) lub po prostu monofonię jednego głosu (niezwykłe solo klarnetu w trzeciej części, jeden z lepszych tego typu fragmentów muzyki w dziejach). Nawet w tych pierwszych przypadkach, gdzie głosy wydają się pozornie zamknięte w osobnych przestrzeniach, czuć jednak po głębszym wsłuchaniu telepatyczne porozumienie pomiędzy nimi. Również horyzontalna struktura utworu to osobne mistrzostwo - z poszczególnymi tematami i motywami, obdarzonymi własnym wycinkiem atmosfery i własną symboliką, pojawiającymi się w różnych częściach (niekiedy niemal niedostrzegalnie, fragmentarycznie), przetwarzanymi, żyjącymi własnym życiem wraz z upływem czasu. I nawet brzmienie nie jest tu bez znaczenia i bez oryginalności, bo skład instrumentów - narzucony Messiaenowi obozowymi warunkami - tworzy również brzmieniowo tajemniczą aurę. Z tego wszystkiego wyłania się jeszcze wspólny mianownik formalny w postaci ogólnej różnorodności - kwartet trwa istotnie mniej niż godzinę, a udaje mu się zawrzeć w sobie wycinki zupełnie odmiennej od siebie muzyki (od monofonii po labiryntową fakturę, od niepokoju do ukojenia, od eteryczności do ostrej ekspresji). 

Cała ta maszyneria skutkuje kilkoma niebagatelnymi efektami. Po pierwsze, jeśli w ogóle jakaś muzyka lepiej lub równie dobrze oddaje szeroko pojęte "przeczucie metafizyczne" - poczucie głębszego sensu rzeczywistości, poczucie iluzji materii, poczucie istnienia czegoś niewidzialnego, czegoś wyższego i tak dalej - to nie powstało takiej muzyki wiele. Kwartet jest dla mnie muzyczną transpozycją gąszczu myśli i emocji, jakie nawiedzały mnie w tych najbardziej niezwykłych stanach duszy w życiu. To jeszcze nie wszystko, bo jednocześnie Messiaen tak prowadzi utwór, że przy ogólnie dość niepokojącej, a już zwłaszcza skrajnie tajemniczej aurze, zostaje on napełniony nadzieją, na sam koniec stając się wręcz aktem wiary - w to, że, mówiąc oględnie i bez religijnego kontekstu (od którego kompozytor akurat nie stronił), dane nam będzie "pomyślne rozwiązanie metafizyczne". To piękna nadzieja i piękna wiara. W pewnym stopniu ich impet zostaje tu zasadzony na stosunku muzyki do tytułowego czasu. Te wszystkie pauzy, ostinata, diminuenda, wydłużenia do formy medytacji pewnych fragmentów - wszystko to kontestuje zjawisko upływającego czasu, starając się zastąpić go poczuciem wieczności.

Zwykła suma tych czynników by tego tak po prostu nie dała. Co jeszcze? Choćby swoista czystość i prostota, jakie są w ten utwór wpisane. Bywa bardzo skomplikowany, prawie zawsze jest w jakiś sposób skomplikowany, ale Messiaen często upraszcza, oczyszcza formę, prezentując a to prostą melodię, a to monofoniczną fakturę, a to klarowny schemat. W ogóle jak jest to muzyka "ponadczasowo awangardowa", której nic chyba nie jest w stanie odebrać oryginalności; która kontestuje niemal bez przerwy utarte ścieżki harmonii, melodii czy rytmu, tak jednocześnie ma to wszystko pewną gładkość, zmiękczenie, liryzm, wysublimowanie, zaprzeczenie wulgarności i prawdziwej brutalności - typowe dla Messiaena. Za tym idzie jeszcze jedna sprawa. Muzyka o takich pretensjach jak ta często za mocno epatuje swoją spirytualnością i popada w pretensjonalność. Tutaj wysublimowanie jest niemal maksymalne; a scherzo, jakim jest czwarta część, ledwo pasująca do reszty, wydaje się niezbędnym odciążeniem (i przy okazji zajęciem stanowiska, że transcendencja nie musi być trupio poważna).

Ale i to ciągle za mało. Prawdę mówiąc, mimo tych wszystkich słów i jeszcze paru więcej, jakie mógłbym napisać, nie wiem, jak kompozytor osiągnął to, co osiągnął. Najściślejsze clou mi umyka. Nie mam z tym jednak problemu, niech tak będzie.



10/10

Komentarze