Powiat jaworski. Ruiny w czasach pokoju

Gdyby przeprowadzić w Polsce ankietę, z czym w pierwszej kolejności kojarzy się Dolny Śląsk, bez wątpienia wygrałby po prostu Wrocław. Co jednak wyjdzie, jeśli jakimś sposobem zmusić ankietowanych, by ograniczyli skojarzenia do tego regionu tudzież województwa w oderwaniu od jego stolicy? Nie mam pojęcia, ale sądzę, że dość wysoko byłyby zamki, górskie tereny, poniemieckie zabytki, może kościoły i urokliwe rynki miejskie. A gdyby nawet nie były wysoko, to świadczyłoby to tylko o tym, że ankietowani wiele o tym regionie nie wiedzą. W tym kontekście jednym z najbardziej typowych podregionów Dolnego Śląska jest powiat jaworski, który może nie ma w talii żadnego z absolutnych dolnośląskich asów turystycznych, ale prezentuje przekrój solidnych i świetnych reprezentacji wszystkich wymienionych haseł kluczowych.

Do typowości dokłada się fakt, że to jeden z najbardziej centralnych powiatów województwa. Na osi wschód-zachód leży mniej więcej na środku. Na osi północ-południe lokuje się na tyle południowo, by częściowo prezentować tereny już dość mocno górskie (zahacza o Pogórze Kaczawskie, Góry Kaczawskie i Pogórze Wałbrzyskie), ale na tyle północnie, aby dało się w jego granicach podziwiać również równinne, żyzne, przyjazne gospodarczo oblicze regionu. Jest jednym z ośmiu powiatów w województwie (poza miastami), które nie graniczą z innym krajem ani województwem: graniczy z powiatami legnickim, średzkim, świdnickim, wałbrzyskim, kamiennogórskim, karkonoskim i złotoryjskim. Mniej typowy jest pod względem wielkości, będąc jednym ze zdecydowanie mniejszych. W zaokrągleniu zamieszkuje go 50 tysięcy ludzi, z czego prawie połowa w jego stolicy, czyli Jaworze. 

Jest szansa, że dzięki zbudowanej niedawno w pobliżu tego miasta 50-hektarowej fabryki Mercedesa exodus mieszkańców do większych ośrodków nie będzie postępował tak drapieżnie, jak w innych tego typu powiatach. Tak czy inaczej powiat jaworski jest oczywiście skromnym spadkobiercą średniowiecznego Księstwa Jaworskiego, wydzielonego około 1274 roku przez Bolesława Rogatkę z Księstwa Legnickiego dla Henryka Brzuchatego. Nawet jego dwa miasta są miejscami kameralnymi - cała reszta tylko kameralność śrubuje. Dla podróżnika to jednak cecha daleka od wady. Dla miłośnika Dolnego Śląska, regionu przeładowanego mnóstwem kameralnych uroków, tym dalsza.

Nim rzuciłem się na sam Jawor, rzuciłem okiem - na powiat z góry. Pięknym, słonecznym i rześkim rankiem dotarłem do Mściwojowa, gdzie wznosi się ponad 20-metrowa wieża widokowa. To doskonałe miejsce na rozpoczęcie przygody z tak przekrojowym powiatem, bo przekrojowe samo w sobie - w bliskiej odległości wzrok snuje się po uprawnych równinach, a w dali dostrzec może nawet Karkonosze. Wielkiego uroku widokom dodaje zbiornik wodny, będący miejscowym pogrubieniem rzeki Wierzbiak, a prezentujący się jak całkiem dorodne jezioro. Prosta konstrukcja, a bardzo cieszy: nie róbmy wojen, budujmy wieże widokowe.





Kilkanaście minut po zejściu z wieży byłem już w stolicy powiatu. Jawor (Jauer), niespełna 23-tysięczny ośrodek (16. miasto województwa), prawami miejskimi cieszy się od 1242 roku. Nie jest to jakieś wybitnie urokliwe miasto, ale zrobił na mnie wrażenie bardzo pozytywne. Starówka jest dość rozległa i można sobie przez ładny kawałek czasu pokluczyć pomiędzy zabytkowymi kamienicami, a wszystko to, co poza nią, wydało mi się stosunkowo zadbane i uporządkowane. Da się tu bardzo porządnie zjeść (co w miastach tej wielkości jest boleśnie dalekie od oczywistości), a najważniejszy zabytek miasta, Kościół Pokoju, to nie tylko wojewódzki, ale i krajowy top. Jawor buduje swoją tożsamość, reklamując się jako miasto pokoju i chleba - pierwszy przydomek biorąc właśnie od tego zabytku, a drugi od odbywających się tu co roku od 25 lat Międzynarodowych Targów Chleba.





Po zaklepaniu godziny wejścia do kościoła pokrótce splądrowałem rynek miasta i jego okolice. Centrum placu zajmuje dość monumentalny ratusz z końca XIX wieku, prezentujący neorenesans o nieco niderlandzkiej proweniencji - jeden z piękniejszych w województwie. Ze wszystkich czterech stron otacza go zabudowa podcieniowa - częściowo są to zabytkowe kamienice, częściowo współczesne niskie bloczki z odpowiednią stylizacją. W ratuszowym przyziemiu mieści się naprawdę dobra restauracja.












Jawor to przede wszystkim Kościół Pokoju, ale Kościół św. Marcina to wcale nie aż tak znacznie mniej interesujący punkt zwiedzania. To przecież autentyczny, niczego sobie zachowany, XIV-wieczny gotyk, w dodatku nie w typowej dla Polski oprawie ceglanej, lecz w oprawie monochromatycznego kamienia. Z zewnątrz wydaje się jeszcze nieco zbyt surowy, ale wnętrze to piękna przestrzeń, uwznioślona ślicznymi witrażami. To również jeden z tych gotyckich kościołów, w których barokowa nastawa mi nie przeszkadza, lecz w jakiś sposób pasuje.

















Wszystko jednak na bok przy Kościele Pokoju, moim zdaniem zdecydowanie największej atrakcji powiatu. Nie tylko moim - to jedyny w powiecie i jeden z zaledwie trzech w województwie obiektów wpisanych na listę UNESCO. Trzy świątynie o takiej nazwie (a dokładnie o nazwie Friedenskirche) powstały w drugiej połowie XVII wieku jako dar katolickiej, habsburskiej władzy dla protestanckiej ludności po wojnie trzydziestoletniej. Ten w Głogowie już nie istnieje, a ten w Świdnicy okupuje drugie miejsce na wspomnianej liście (tercet dopełnia Hala Stulecia we Wrocławiu). Przyćmiewa sławą Kościół Pokoju w Jaworze w stopniu niewyobrażalnym - wystarczy wspomnieć o ponad 5 tysiącach opiniach na google'u dla Świdnicy i niecałej setce dla Jawora. Różnica bez wątpienia jest, bo świdnicki jest trochę większy i bardziej zadbany, ale na pewno nie aż taka.








To niezwykła świątynia, w gruncie rzeczy nieporównywalna zbyt skutecznie z czymkolwiek, co w życiu widziałem. Już z zewnątrz jest ładnie, bo szachulec zawsze cieszy oko - zwłaszcza na takiej powierzchni - ale prawdziwym unikatem jest wnętrze. Niezwykle przestronne, prostopadłościenne, skąpane w drewnianym materiale, zamalowanym jednak licznymi scenami biblijnymi i motywami roślinnymi. Jest to jak połączenie kościoła z wielką salą koncertową z lożami i balkonami. Kościół określa się jako barokowy i zdecydowanie pasuje do niego to określenie, ale jest to barok tak zupełnie inny od tego, na który patrzy się zazwyczaj. Dziwi jedynie, że kościół nie jest udostępniony do zwiedzania codziennie i przez cały rok - konieczność telefonicznego umawiania się w grupach (lub dołączania do grup) przez cały okres zimowy, żeby zwiedzić obiekt wpisany na UNESCO, brzmi jak nieudany żart.











Zwiedzanie Jawora dopełniła wizyta w Muzeum Regionalnym, ulokowanym częściowo w zabudowaniach dawnego klasztoru bernardynów. Placówka pod koniec obecnej dekady skończy swoje sto lat i jest solidnym miejskim muzeum, choć jednak nie fascynującym, zwłaszcza jak na tak długie tradycje. Parę zajmujących eksponatów się jednak znajdzie.


















Po obiedzie w ratuszu opuściłem Jawor i skierowałem się na zachód od miasta, by znaleźć się jednocześnie na terenie Pogórza Kaczawskiego i Parku Krajobrazowego Chełmy. Park ten, jeden z dwunastu w województwie dolnośląskim, powiat jaworski dzieli ze złotoryjskim, ale sam ma jego główne atrakcje. Wywarł na mnie wrażenie parku trochę nieokreślonego, pozbawionego motywu przewodniego - jest tu trochę pięknych lasów, trochę przyjemnych wzniesień i trochę ekscytujących formacji skalnych, ale nie wiem, czy sam wpadłbym na pomysł, że znajduję się na terenie PK. Być może to jedynie kwestia mojej przyrodniczej ignorancji, bo podobno teren ten ma "unikatowe w skali europejskiej walory krajobrazu powulkanicznego".

Jednym z powulkanicznych wzniesień w Parku Chełmy jest Czartowska Skała - pomnik przyrody, bazaltowa pozostałość dawnego komina wulkanu na wzniesieniu 463 m n.p.m. (ale chyba nie więcej niż kilkanaście metrów ponad poziom jezdni, z której trzeba tu przespacerować). Zarówno skała, jak i widoki niczego sobie, chociaż nie jestem pewien, czy zrekompensowały mi potwornie błotnistą drogę, jaką musiałem przebyć, by je zobaczyć.





Najsłynniejszym obszarem całego parku krajobrazowego jest rezerwat Wąwóz Myśliborski. Nie jest to jeden z wąwozów groźnych i dramatycznych - jest raczej kameralny, spokojny i urokliwy, aczkolwiek też pozwala trochę wyrwać się z rzeczywistości. Umożliwia dość długi spacer doliną potoku Jawornik w otoczeniu bardzo przyjemnego lasu i nieprzesadnie wysokich wzniesień po bokach. Miałem odrobinę większe oczekiwania, ale wciąż było ślicznie. Wyobrażam sobie, że najpiękniejszy musi być jesienią.










Najbardziej w parku krajobrazowym spodobały mi się pobliskie Małe Organy Myśliborskie, powulkaniczna formacja bazaltowa, która wygląda już dość fascynująco. Gdy samotnie wspiąłem się na wzgórze, na którym się znajduje, i stanąłem przed tym liczącym sobie 30 milionów lat tworem natury, doznałem kilkunastu sekund mikro-transcendencji: usłyszałem doskonałą ciszę, zmąconą jedynie szumem mojego układu krwionośnego. Znalezienie miejsca tak cichego, jak wiadomo, jest we współczesnej Polsce bardzo trudne. Wyjątkowość chwili podbijała przewrotna, muzyczna nazwa formacji skalnej. Po kilkunastu sekundach pojawił się już śpiew ptaka i odległy szum jezdni, ale zapamiętam ten moment.




Kilkugodzinny pobyt w parku zwieńczyłem na wzgórzu Radogost i jego wieży widokowej, zbudowanej pod koniec XIX wieku i stylizowanej na pozostałość po zamku. Rozciąga się z niej zacny widok, znów o dwóch obliczach - z jednej strony na otoczoną równinami, podłużną wieś Paszowice, gdzie u bardzo miłej pani w sklepie kupiłem sobie wodę, z drugiej na Góry Kaczawskie.





W Góry Kaczawskie ruszyłem zresztą chwilę potem. Od razu poczułem, że skończyło się pogórze, a zaczęły góry - nie tylko stromiej, ale też zimniej i dużo więcej śniegu. Odbiłem się od drzwi Browaru Roch w Nowych Rochowicach (byłem tu chyba czwarty raz i tylko raz browar był otwarty) i zjechałem na nocleg do Kaczorowa. Nie jest to miejscowość zbyt ciekawa, ale ma zacny adres gastronomiczno-noclegowy: utrzymaną w klimatach myśliwskich Karczmę Podgórzankę.



Nazajutrz rano przy delikatnym mrozie znalazłem się na ostatniej prostej zwiedzania powiatu, a motywem przewodnim tej prostej były ruiny zamków, co do jednego malowniczo położone na znaczących wzniesieniach. Najmniej imponującym - zasłoniętym przez rusztowania i mocno zrujnowanym - jest Zamek Niesytno w Płoninie, wzmiankowany po raz pierwszy w 1432 roku. Być może jednak dzięki tym rusztowaniom niedługo będzie imponował dużo bardziej - prywatny kapitał chyba nie tylko go restauruje, ale wręcz odbudowuje.




Obecnie bardziej imponuje Zamek Świny pod Bolkowem, podobno najstarszy prywatny zamek w całej Polsce, wzmiankowany już w 1108. Przez wieki był siedzibą rodu Świnków (von Schweinichen) - zaczął niszczeć od XVIII wieku, kiedy złupili go Rosjanie, a Świnkowie oddali na licytację. Poza masywnymi murami i wieżami zachowały się między innymi ładne renesansowe portale kamienne.




Spod tego zamku w minutę lub dwie przejechałem do Bolkowa (Bolkenhein), drugiego i ostatniego już miasta powiatu, zamieszkiwanego przez niecałe pięć tysięcy ludzi, które otrzymało prawa miejskie w 1276. Główna atrakcja miasta jest dużo słynniejsza niż samo miasto, ale i to odkryłem jako całkiem miłe. Krótkie zwiedzanie zacząłem od ślicznego, uporządkowanego, prostokątnego i lekko nachylonego rynku z podcieniowymi kamienicami na jednym z długich boków.






Niżej położony z krótkich boków wieńczy ratusz, a wyżej - gotycki Kościół św. Jadwigi z XIII wieku. Nie jest to gotyk tak imponujący jak ten w Jaworze, ale jakby nie patrzeć starszy i nieco bardziej konsekwentny, bo nastawa jest neogotycka, nie barokowa. Przyjemny.










Przygodę z powiatem jaworskim ukoronowałem wizytą w jego najpopularniejszej atrakcji, w Zamku Bolków. Jedna ze słynniejszych dolnośląskich warowni zbudowana została pod koniec XIII wieku na polecenie Bolesława Rogatki i pozostawała niezdobyta aż do najazdu Szwedów. To zamek surowy, nadgryziony zębem czasu, ale daleki od całkowitej ruiny i charyzmatyczny. Czuć, że nie ma tu współczesnych upiększeń, a jedynie brutalność grubych, ciężkich, prymitywnych murów. Najbardziej charakterystyczną cechą zamku jest specyficzna wieża: z jednej strony klasycznie zaokrąglona, ale z drugiej zakończona spiczastym dziobem. Nie gorsze od samego zamku są widoki, jakie się z niego ciągną: na góry, na Bolków, a nawet na Zamek Świny (można go dostrzec na zdjęciu zrobionym przez okienny otwór w baszcie).
















Zróżnicowane atrakcje powiatu i zróżnicowane ukształtowanie jego terenu sprawiają, że ciężko go nie polubić. Spędziłem w nim dość rozkoszną, może nie skrajnie intensywną, ale zdecydowanie ruchliwą dobę, w trakcie której stale wzrastała moja miłość do Dolnego Śląska. Nie jest to oczywisty, ale bardzo dobry pomysł na weekendowy wypad. Wypad niezobowiązujący, jednak jeśli ktoś chce zgłębić region naprawdę porządnie, to obowiązkowy - bo parę punktów jest nie do pominięcia.

Komentarze