Mistrzowie popu: King Crimson
1969-2021 / Londyn, Anglia / Progressive Rock, Avant-Prog
Sedno wyjątkowości
Byli najlepszym i najbardziej wpływowym w historii zespołem klasycznie rozumianego rocka progresywnego oraz jednymi z najlepszych twórców muzyki popularnej w ogóle. Wykształcili nie jeden, a kilka osobnych, unikalnych dla siebie stylów, których wspólnym mianownikiem było połączenie mroku z liryzmem, brutalności z wrażliwością, wyrachowanej techniki instrumentalnej z autentycznymi emocjami i atmosferą, klasycznego i jazzowego wyrafinowania z rockowym impetem, skomplikowanych suit z subtelnymi piosenkami. Muzyka King Crimson cechowała się rzadkim w świecie prog rocka poziomem dobrego smaku i elegancji. Mimo ciągle zmieniającego się składu, Robert Fripp - jedyny stały i centralny element zespołu - zdołał utrzymać niemal niespotykaną w rocku konsekwencję i standardy jakościowe. Aż do ostatniej, schyłkowej i mało płodnej fazy lat 90. i 2000., King Crimson nagrywał nie tylko same co najmniej bardzo dobre albumy, ale wręcz same co najmniej dobre utwory. Dzięki temu, choć żaden ich album z osobna nie osiągnął takiego stopnia wybitności jak pojedyncze albumy niektórych innych twórców, zespół dorobił się dyskografii, z którą pod względem generalnego bogactwa nie może się równać prawie żadna inna.
Kluczowe postacie
Przez zespół przewinęło się wielu muzyków, z których część wniosła do muzyki własny pierwiastek, a skład potrafił zmieniać się z albumu na album, jednak od początku do końca istnienia King Crimson był projektem przede wszystkim jednego człowieka, który prawie zawsze odpowiadał za większość kompozycji i często zmieniany kierunek stylistyczny oraz jako jedyny nigdy zespołu nie opuścił: Roberta Frippa (1946-...), lidera, kompozytora, głównego gitarzysty i okazjonalnie klawiszowca. Nie byłoby nie na miejscu, gdyby praktycznie cała dyskografia KC była wydana pod szyldem "Robert Fripp" i w świecie jazzu tak by zapewne było.
We wczesnym okresie szczególnie istotny był udział Iana McDonalda (1946-2022), który na debiutanckim albumie miał nawet większy od Frippa wkład w kompozycje i pomógł w nadaniu klasyczno-jazzowego kierunku zespołowi. Za najbardziej żelazny, spójny i charyzmatyczny skład King Crimson uznać chyba trzeba kwartet z lat 1972-74: Frippowi towarzyszyli wtedy John Wetton (1949-2017) - najbardziej charakterystyczny wokalista w historii zespołu, świetny basista i muzyk z wpływem na kompozycje zarazem; Bill Bruford (1948-...) - były perkusista Yes, którego intensywność gry doskonale wzmacniała ciężki i awangardowy styl tamtego czasu; David Cross (1948-...), który wniósł do zespołu instrumenty smyczkowe, jeden z wyznaczników tych lat.
Zwrot w stronę nowej fali w latach 80. był w dużym stopniu oparty na charakterystycznym stylu gry na basie i na Chapman Stick Tony'ego Levina (1946-...) oraz na pomysłach, gitarze, wokalu i charyzmie Adriana Belewa (1949-...).
Poza Belewem i Levinem, którzy pochodzili z USA, wszyscy wymienieni byli Anglikami.
Opus magnum I
In the Court of the Crimson King (1969): 9.0/10
Kiedy zasmakuje się już w późniejszych dziełach projektu Roberta Frippa, z których duża część jest jednak nieco subtelniejsza emocjonalnie i formalnie niż debiut, a niektóre bardziej awangardowe, można odczuwać pewien niepokój przed powrotem do In the Court of the Crimson King, dzieła muzyków jednak bardzo młodych, niedoświadczonych, którym w dodatku w pewnym historycznym uproszczeniu przyszło tutaj otworzyć nowy, ponadprzeciętnie ambitny gatunek muzyki rockowej (finalnie jeden z najgłośniejszych i z bazą może najbardziej oddanych fanów). Czy aby nie powieje amatorszczyzną, czy emocje i klimat nie będą zbyt grubo ciosane, czy nie gnieździ się tu grzech efekciarstwa i czy cały ten przytłaczający zachwyt z początków znajomości z albumem nie wynikał z własnej młodości. Odpowiedź na ten niepokój jest bardzo łaskawa: owszem, późniejsze dzieła Frippa bywają subtelniejsze, bardziej kunsztowne technicznie i może trochę ciekawsze muzycznie, ale to wcale nie oznacza, że debiut ma cokolwiek z grubiańskości czy amatorstwa. Jest to już dzieło ukształtowane na świetnym poziomie, trochę niewiarygodne w kontekście czasu powstania i faktu, że jest czyimś debiutem: eksplozja nowego rocka, bardziej wyrafinowanego kompozycyjnie i wykonawczo od prawie każdego wcześniejszego przejawu tej muzyki.
"Progresywizacja" rocka została tu wykonana z dużą subtelnością i wyczuciem (mimo że z rozmachem), co było chyba szczególnie ważnym czynnikiem dla dziejowego sukcesu albumu i dla tego, że po dekadach ciągle słucha się go bez zażenowania przerostem ambicji nad dobrym smakiem i możliwościami, jak w przypadku niejednego płodu rocka progresywnego. Wpływy muzyki poważnej i jazzu są wyraźnie czytelne, zjawiają się niemal na każdym kroku, ale pozostają nienachalne i raczej wplecione w rockowy świat niż próbujące przerobić go na swoją modłę. To jednak właśnie one w dużej mierze budują tę muzykę i pozwalają jej stać się dobrą na tak wielu polach. Ma ona pyszną gęstość tekstury, czasem na modłę kameralną, czasem symfoniczną, pełną ekscytujących kontrapunktów, i idące z tym w parze bogate brzmienie; ma błyskotliwe melodie i wciągającą rytmikę; ma przemyślaną sekwencję utworów, z każdym kolejnym przynoszącą zagęszczenie i umrocznienie klimatu; ma połączenie agresji i ciężaru z liryzmem i delikatnością, które stanie się znakiem firmowym King Crimson już na zawsze.
Ma w końcu, co po latach najbardziej mi tutaj smakuje, wspaniałą atmosferę mrocznej baśni dla dorosłych, gotycką, średniowieczną, ale brzmieniem i emocjami zahaczoną we współczesności, pełną melancholii i egzystencjalnego niepokoju. Istnienie tej atmosfery jest racją bytu wszystkich tutejszych wysiłków muzycznych, które bez niej mogłyby prosić o odpuszczenie i napisanie raczej paru prostych, zgrabnych piosenek. Narasta ona poprzez kolejne utwory, mocno odróżniające się od siebie, kontrastowe, ale przy tych kontrastach celnie w siebie wpadające.
Otwierające 21st Century Schizoid Man, utwór najbardziej odmienny od pozostałych, to brutalna i symfoniczna jednocześnie, ale jeszcze nie do końca mroczna eksplozja ciężkich, szybkich riffów i zniekształconego wokalu, demonstracja siły i techniki, tak jednak atrakcyjna, że ciężko jej zarzucić czczą wirtuozerię - jedyna w swoim rodzaju, posmarowana horrorem, ale zarazem bardzo rozrywkowa. Jej kakofoniczną, freejazzową końcówkę przełamuje liryzm i łagodność I Talk to the Wind, gdzie agresja znika, ale zaczyna kiełkować melancholia, tajemniczość i głębszy niepokój. Tytuł jest zabawnie trafiony - ten kawałek to przede wszystkim konwersacja tym razem spokojnego i eterycznego wokalu z woodwindami McDonalda, które są tu głównym przebojem. Kompozycja jest nieco prostsza i bardziej piosenkowa, ale bogactwo tekstury, tkanej intensywnie ze wszystkich instrumentów, choć szczególnie wiele zawdzięczającej kontrapunktom i solówkom fletu i klarnetu (trochę jazzowym, trochę klasycznym, trochę folkowym), daje efekt wyjątkowo subtelny i szczególnie elegancki. Zwiewność kasuje Epitaph, najpopularniejszy i najmniej udany utwór na liście, wprowadzający podniosłą, monumentalną żałobność i magię brzmienia melotronu, trochę zbyt monotonny i z patosem nieco zbyt prosto rzucanym w twarz, ale bardzo klimatyczny i świetny brzmieniowo. Moonchild w swojej piosenkowej fazie jest jedną z najlepszych piosenek w historii King Crimson, obdarzoną śliczną melodią i oblaną pięknym zestawem dźwięków: to mieszanka tajemnicy, nokturnu, melancholii i niepokoju, która chodzi za mną od pierwszego wejrzenia; być może, że dla mnie to w ogóle najlepszy moment płyty. Faza improwizacji, kilkuminutowa kontemplacja dźwięku i ciszy i najbardziej awangardowy fragment, jest w imponujący sposób jednocześnie bardzo abstrakcyjna i niepozbawiona pewnej treści, dzięki której pozostaje klimatyczna. Cisza zostaje zgnieciona intensywnym, symfonicznym brzmieniem The Court of the Crimson King, które przywraca patos z Epitaph w subtelniejszym wydaniu i maksymalizuje gotycki, średniowieczny, mroczny klimat, w warstwie melodycznej niosąc powiew bezpośredniej inspiracji muzyką bardzo dawną.
Przypuszczam, że to niełatwe, by wypuścić tak znakomity debiutancki album i nie zostać od razu potem swoim własnym epigonem. Crimsonów to nie ominęło - jako następną płytę wypuścili samo w sobie dobre In the Wake of Poseidon, które jednak było tak zakochane w debiucie i tak bardzo go naśladujące, że wstyd tego słuchać, gdy za dużo się myśli. Ale gdy inni potrafią naśladować samych siebie już do końca życia, Fripp zaczął potem próbować samego siebie raczej przebić i moim zdaniem wkrótce mu to wyszło, przez co kończenie przygody z KC na samym starcie to wyjątkowo nieszczęśliwy pomysł.
Opus magnum II
Lizard (1970): 9.0/10
Lizard przegrywa z niektórymi innymi albumami zespołu głównie jednym, choć jednym istotnym - oryginalnością. Z debiutem, z Larksami, nawet chyba z Discipline czy z Red. Jest bardzo mocno osadzony w różnych szerszych od siebie idiomach i raczej nie stwarza własnego muzycznego świata - eklektyzuje niepohamowanie (w samym utworze tytułowym spotykają się Ravel, Mingus, Gil Evans, romantycy, minnesingerzy, nienarodzona dusza atmospheric black metalu i co tam jeszcze można znaleźć), ale nie rodzi się z tego osobny mikro-gatunek, tak jak się moim zdaniem rodzi na wyżej wymienionych płytach. Osadzenie to jest tu jednak tak dobre, kompozycje tak kunsztowne, granie tak intensywne, że wybaczam i właśnie tą muzyką Crimsonów cieszę się najmocniej, choć może nie najmocniej zachwycam.
Zawsze w przypadku debiutu chwaliłem smaczne i nienadmierne wtręty jazzowe i klasyczne, dzięki którym muzyka nie stała się niesmaczna jak to prog rock być potrafi. Mocą paradoksu tutaj jazzu i klasyki jest wyraźnie więcej, a jednak efekt podoba mi się jeszcze bardziej. Może dlatego, że w ogóle niemal wszystkiego jest wyraźnie więcej. Jazzu - oczywiście, długie fragmenty grania na Lizard mają stricte jazzową tudzież jazz-rockową intensywność i gęstość faktury (wybitnej, rozkosznej), nie mówiąc o rozwiniętej roli sekcji dętej w ogóle. Klasyki - oczywiście, kiedy spojrzeć na tytułowy kawałek, najbardziej poważkowo napisaną kompozycję Frippa, nawet abstrahując od bardzo bezpośredniego zaczerpnięcia z Ravela. Ale więcej jest też w pewnym sensie rocka, bo gitara elektryczna pełni tu bardziej centralną rolę - wciąż nie dominującą, ale kardynalną, zagarniającą najważniejsze momenty swoim ciężarem. Więcej jest średniowiecza, nie bez powodu zaczynającego się już na okładce, która zresztą świetnie oddaje ten album, bo jest nie tylko średniowieczna, ale też (po przyjrzeniu się) żartobliwa. Gotycka wizja Frippa nie jest tu tak śmiertelnie poważna jak na debiucie, jest świadomą farsą, przy czym jest to farsa pełna autentycznego klimatu i emocji. Więcej jest psychodelii, nawet dość Barrettowskiej w pewnym momencie; więcej ostrości i ciężaru brzmienia; więcej romansu z ciszą; więcej chyba pomysłów melodycznych i harmonicznej zmienności. Klimatu może sumarycznie więcej nie jest, ale fragmenty są pod tym względem niezrównane. Nawet instrumentów jest więcej.
Na tym etapie łatwo już o pytanie, czy aby nie jest tego za dużo. Patrząc na generalny odbiór albumu, dla wielu osób chyba właśnie jest. Ja jednak przesytu nie odczuwam tu ani na moment. Owszem, w stosunku do debiutu (nie ustaję w porównaniach do niego, bo to jednak wspólne uniwersum gotyckiego, symfoniczno-jazzowego rocka) może mi miejscami brakować jego eleganckiej przejrzystości, ale nie jakoś bardzo. Gęstość Lizard jest zarządzana ze smakiem, przeplatana fragmentami dźwiękowo rozrzedzonymi, spokojniejszymi, prostszymi i lżejszymi. Tu zresztą uwypukla się i dochodzi do mistrzostwa typowo Crimsonowe połączenie złowrogiej ostrości z liryczną wrażliwością, będące jednym z paru muzycznych jąder albumu i nośników tej pysznej, klimatycznej, pseudośredniowiecznej farsy. Połączenie już nie na zasadzie mieszania różnych kawałków, ale odbywające się bardzo intensywnie wewnątrz kawałków pojedynczych.
Album istnieje przede wszystkim dla utworów pierwszego i ostatniego, które w sumie trwają przez mocno ponad połowę całości. Istotne są jednak też trzy kawałki pomiędzy, zwłaszcza te dwa dłuższe - dziwaczne, humorystyczne, psychodeliczne, groteskowe i stanowiące istotne odciążenie pomiędzy "środkami ciężkości po bokach". Gęstość faktury czy choćby rytmiczna ekscentryczność nie są w nich wcale szczególnie mniejsze, ale sarkazm wyraźny. Ten trzeci, krótszy, Lady of the Dancing Water, to z kolei mocny punkt w szlachetnym klanie krótkich, balladowych piosenek King Crimson. Nie dla nich jednak aż tak cenię Lizard. Album zachwyca mnie od razu tym prostszym i krótszym, ale eksplozywnym Cirkus, ostro, tuż obok siebie zestawiającym melodyjne i liryczne, balladowe śpiewy z bardzo ostrymi brzmieniowo i harmonicznie riffami, rozpuszczając jedno i drugie w potwornie intensywnym, jazzowym, bombastycznym fakturalnie graniu, niemal opresyjnie gęstym od głosów różnych instrumentów, wśród których nawet gitara akustyczna brzmi złowrogo; tak oto farsa zaczyna się od horroru. Suita Lizard to dla mnie po prostu chyba najlepszy utwór w historii Crimsonów, odczarowujący wizję progrockowej suity jako przydługiej zbrodni na dobrym smaku. Magicznie dobrze dodają się tutaj do siebie wyżej już wymienione wpływy, kunsztownie poszczególne fragmenty przechodzą jedne w drugie, mimo długości cieszy każda minuta, kalejdoskop emocji i atmosfer jest barwny, ale nie pstrokaty; roi się od ślicznych linii melodycznych, pysznych kontrapunktów i w ogóle tekstur, jesienny klimat gęstnieje niekiedy do zatrzymania chwili.
Nie czuję więc przesytu, ale czuję jedno - że jeszcze jeden krok w kierunku jazzowo-klasyczno-średniowiecznym i Fripp faktycznie przeciągnąłby strunę. W tym kontekście to może szczęście, że nigdy nie udawało mu się zbyt długo utrzymać jednego zespołu, a co za tym idzie, nawet gdyby przyszło mu to do głowy, nie mógł się też za mocno trzymać jednej stylistyki. Ale jeszcze lepiej, że po fiasku na In the Wake of Poseidon podrążył tu jeszcze w podobnym kierunku, tym razem nie jak epigon, a jak artysta.
Opus magnum III
Larks' Tongues in Aspic (1973): 9.0/10
Był to najbardziej błyskotliwy zwrot Frippa w długiej i płodnej historii jego muzycznych zwrotów. Poprzednim albumem było Islands ze wspaniałym utworem tytułowym i dalekimi od wspaniałości pozostałymi, gdzie zmaksymalizowały się poważkowe ciągoty Anglika z gitarą. Zmaksymalizowały do tego stopnia, że zespół już trochę w moim poczuciu przekroczył swoje uprawnienia terytorialne, za mocno romansując z orkiestrową kompozycją. Być może Fripp też to poczuł, bo zwrot na Larksach był radykalny - niemal zupełnie odrzucił klasykę, wpływ jazzu mocno ograniczył, wyrzucił rozrośnięte instrumentarium, a za to wrócił z jednym z silniejszych rockowych, gitarowych uderzeń w historii gatunku. Przede wszystkim zaczął natomiast mówić swoim własnym, bardziej awangardowym, uabstrakcyjnionym językiem, mocniej eksperymentując, tworząc muzykę bardziej samą w sobie, trudniejszą do nazwania, już nie "baśniową", "symfoniczną", "gotycką", właściwie uciekającą nawet z łatwej szufladki progrockowej. I bardzo wysubtelnił emocje, w dodatku bez dużej straty dla siły ich rażenia, kontestując utarte sposoby ich wyrażania i oddziaływania na odbiorcę. Osiągnął dojrzałość.
Ze starych atrybutów parę też zostało. Są tu chyba te już ostateczne, najbardziej epickie kontrasty między spokojem i łagodnością a grozą i brutalnością; jest dalej nienaganny poziom techniczny całego zespołu, jak zwykle bardzo bogata jak na rock faktura i jak zwykle różnorodne, pomysłowe i dopracowane brzmienie. I atmosfera - tutaj najbardziej niedopowiedziana, trudna do ujęcia, ale działająca głęboko.
Pierwsza część tytułowej kompozycji to jedna z najambitniejszych rzeczy, jakie wyszły spod ręki Frippa: eksperymentalna suita przełamująca progrockowe schematy, śmiała i jednocześnie rozsądna w swoim eklektyzmie, igrająca z ciszą, dziwna w elegancki sposób, bawiąca się kontrastami w stopniu daleko posuniętym nawet jak na ten zespół. W prymitywistyczny, łagodny, folkowy wstęp wgryza się niepokojąca progresja harmoniczna skrzypiec i brutalna, opresyjna gitara, co prowadzi do atomowej eksplozji ekstremalnie głośnego, prostego, ale doskonałego riffu, po którym zaczyna się świetny jazz-rockowy jam z bardzo swobodną fakturą i zmiennym rytmem. Później powtarza się to z fundamentalnymi przetworzeniami. Ten kontrast - szczery i zaskakujący - sprawia, że przy niewielkim w zasadzie nakładzie sił Fripp przebija w brutalności i ciężarze prawie wszystkie metalowe kawałki kiedykolwiek nagrane. Efekt jest odrobinę mniejszy niż koncepcja, ale podejście jest nieomal perfekcyjne. Druga część tytułowej suity (do której crescendo brzmieniowo-dynamiczne The Talking Drum jest poniekąd wstępem) nie jest aż tak kreatywna i oryginalna, ale jeszcze bardziej hipnotyczna, również kontrastująca brutalne z wrażliwym, oparta na częstych zmianach i zniekształceniach rytmicznych, budującej napięcie progresji harmonicznej oraz skomplikowanych, technicznych, wręcz matematycznych melodiach, przecinających się w fakturze wyrosłej w równym stopniu z reguł, co z wolności; to antycypacja math-rocka.
Kiedyś obie rozdzielone części tytułowej kompozycji były dla mnie absolutnym clou albumu, a to, co pomiędzy nimi, liczyło się dużo mniej; teraz liczy się już raczej bardziej niż mniej. Pod względem emocjonalności to najbardziej ujmujący i wysubtelniony fragment nagrań w historii zespołu, nadchodzący w idealnym momencie po napięciu i niejednoznaczności openera, dla mnie wybitnie nokturnalny, kojarzący mi się z jazdą samochodem gdzieś w ciemną noc, w nieznane. Book of Saturday jest najpiękniejszym krótkim kawałkiem Frippa, doskonałą balladą z piękną melodią i rewelacyjną aranżacją (błyskotliwy brak perkusji), w której instrumenty balansują na granicy akompaniamentu i kontrapunktu, zachowują się bardzo swobodnie jak na pozornie prostą piosenkę i narastają wraz z jej upływem. Te parę minut jest przeładowane melancholią i nostalgią, ale przeładowane jak najsubtelniej. Nie mniej czułe jest impresjonistyczne Exiles, również grające na nutę melancholijno-nostalgiczną, ale w bardziej epickim wydaniu, rozpływające się w delikatnych improwizacjach, tkliwych melodiach i łagodnym, ale pełnym brzmieniu z dużą rolą melotronu. Easy Money występuje w roli odciążenia, jest bardziej rockowe i mocniej oparte na rytmie, pozornie prostsze, ale w pewnym momencie zaczyna intensywnie gęstnieć, niespodziewanie otrzymuje jedną z najlepszych gitarowych solówek Frippa ze wszystkich, spowija jakimś niemal tanecznym hipnotyzmem, daje się w sobie zatracić emocjonalnie i finalnie kandyduje na mój ulubiony utwór na liście razem ze wszystkimi poprzednimi trzema; kiedyś się nie spodziewałem.
Odpowiadając na pytanie o najbardziej Crimsonowy album Crimsonów, przypadkowo pomagam sobie też odpowiedzieć na to drugie pytanie - o ulubiony. Właśnie oryginalność przeważa szalę między Lizard a Larksami na rzecz tych drugich. Na jaszczurce odnajduję może bliższe mi idiomy i czuję się jak ryba w wodzie, gdy tej płyty słucham, ale mogąc zostawić sobie tylko jedną, wybieram skowronki. To najlepsza inwestycja - generalnie większość dyskografii King Crimson zachowuje ponadprzeciętną świeżość, ale żaden jej wycinek w takim stopniu.
Inne wybrane dzieła
1. In the Wake of Poseidon (1970): 7.5/10
2. Islands (1971): 8.5/10
3. The Nightwatch: Live at the Amsterdam Concertgebouw November 23rd 1973 (1997): 8.0/10
4. Starless and Bible Black (1974): 8.0/10
5. The Great Deceiver: Live 1973-1974 (1992): 8.0/10
6. Red (1974): 8.5/10
7. Discipline (1981): 8.0/10
8. Beat (1982): 7.5/10
9. Three of a Perfect Pair (1984): 7.5/10
10. Absent Lovers: Live in Montreal 1984 (1998): 7.5/10
11. Thrak (1995): 6.5/10
12. The ConstruKction of Light (2000): 5.5/10
13. The Power to Believe (2003): 6.0/10
Najlepsze utwory
10.0 Lizard
9.5 Cirkus / Islands / Starless
9.0 21st Century Schizoid Man / Book of Saturday / The Court of the Crimson King / Easy Money / Exiles / Indiscipline / I Talk to the Wind / Larks' Tongues in Aspic, Part One / Moonchild / The Night Watch / One More Red Nightmare

















Komentarze
Prześlij komentarz