Indywidualności malarstwa (9/250): Pieter de Hooch
1629-1679/84 / Rotterdam, Niderlandy / barok
Sedno wyjątkowości
Był największym obok Vermeera - z którym żył prawie dokładnie w tych samych latach i na którego wywarł wpływ - niderlandzkim mistrzem kameralnych scen rodzajowych. Wydobywał w nich cichą, intymną poezję codzienności holenderskich domów i podwórek, mistrzowsko operując subtelnym światłem i tworząc rygorystyczne, eleganckie kompozycje. Jego sztuka była wolna od dramatyzmu i sentymentalizmu: subtelna i dojrzała.
Opus magnum
Zainspirował się bardzo bezpośrednio (niekiedy tak bardzo, że z dość powierzchownym, ale uzasadnionym posmakiem plagiatu) i choć ostatecznie tych dwóch malarzy dzieli moim zdaniem przepaść kalibru pędzla i fundamentalna, choć może zarazem subtelna różnica charakteru, to na pierwszy rzut oka ich dorobek jest podobny, składając się głównie ze scen rodzajowych z XVII-wiecznej Holandii, w których ogromną rolę odgrywa światło oraz próba wydobycia z codzienności pewnej poezji. Różnica tkwi zaś w stopniu maestrii operowania światłem (mniejsza) oraz w charakterze tej poezji (większa). Tam, gdzie wielki Vermeer się zaczyna, wydobywając z prozy życia niemal sam kosmos, tam de Hooch mówi stop. On zatrzymuje się twardo na ziemi; jego wrażliwość nie ma pretensji metafizycznych, dla niego codzienność jako taka - ukazana odpowiednio, z wyczuciem, z właściwym rozłożeniem akcentów, z wyczuleniem na światło - sama w sobie jest już poezją, w której nie trzeba kopać głęboko. Wystarczy na nią spojrzeć.
Z tego względu - jako że moja wrażliwość jednak lubi przynajmniej w sztuce te głębsze wykopaliska, realizm preferując raczej w realnym życiu - różnica kalibrów między jednym a drugim jest znacząca, a w dorobku de Hoocha wprawdzie roi się od obrazów godnych uwagi, z których do części będę miał ochotę czasem wracać, ale o taki naprawdę świetny już dużo trudniej. Jeden jednak przynajmniej za taki uznaję i zapewne nie jestem w tym wyborze całkiem odosobniony, skoro obraz ten wisi w samym Rijksmuseum.
Chyba każdy flagowy wyznacznik sztuki de Hoocha osiąga tutaj apogeum. Absolutnie wspaniałe, niemal już naprawdę na poziomie Vermeera jest światło - gęste, późnopopołudniowe, ciepłe i masywne światło, jakie wlewa się do skromnych pomieszczeń z dwóch okien, tego po prawej stronie i tego w głębi wnętrza. Napotyka na również ciepłe barwy domu, dominowane przez brąz drewna i sjenę kafli podłogowych, przez co doskonale ujęta zostaje tu nieco duszna magia późnego popołudnia, zawieszonego w chwili wytchnienia po intensywnej pierwszej połowie dnia, spowolnionego, nieco wyciszonego. Światło, przepełniające powietrze światło staje się podstawowym budulcem intymności, ciszy i skupienia sceny.
Drugim budulcem jest kompozycja, rygorystyczna pod względem perspektywy, w elegancko niesymetryczny sposób zbiegającej się niemal na lewym krańcu obrazu. Jak często u de Hoocha mamy dużą głębię przestrzeni: główne pomieszczenie łączy się drzwiami z drugą izbą, z tej zaś okno wychodzi dalej na świat, którego istnienie podkreślają drzewa i już ledwo zarysowany dach jakiegoś budynku. Przestrzeni jest mnóstwo; główni bohaterowie umieszczeni są nieco na uboczu, w centrum płótna stoi zacieniony kosz na ubrania, a dużo miejsca zajmuje prawie pusta, przełamana jedynie w smacznie subtelny sposób małym pieskiem podłoga.
Esencją z tego wszystkiego wyciśniętą zaś jest oczywiście najgęstsza w dorobku de Hoocha poezja codziennego dnia i rutynowej czynności; nie dzieje się nic szczególnego, nie mogłoby być przyziemniej, a jednak czujemy swoistą podniosłość tej chwili. Czujemy ją w dalszym ciągu, gdy uświadomimy sobie, że to nie sentymentalna, emocjonalna scenka matki pocieszającej płaczące dziecko, lecz scena pełna spokoju, przedstawiająca matkę w skupieniu pozbawiającą swoją pociechę wszy z głowy. To odkrycie wcale nie odbiera, a raczej jeszcze dodaje obrazowi atmosfery rodzinnej intymności i ciepła; ta nie tylko codzienna i przyziemna, ale już wprost zwierzęca czynność urasta do rangi rytuału i medytacji.
Obowiązek matki, znany też pod jakże poetyckim tytułem Matka odwszawiająca włosy dziecka, należy do dość wczesnego okresu twórczości de Hoocha, który ledwo przekroczył wtedy trzydziestkę - jak większość tych jego obrazów, które są bardzo dobre. Od większości największych mistrzów odróżnia go niestety również to, że z czasem nie doskonalił się, a raczej degenerował artystycznie. Do końca potrafił dowieźć coś godnego uwagi, ale w pewnym momencie jego światło traci subtelność, postacie zaczynają przypominać bezkształtne lalki, a sceny tracą jednocześnie i realizm, i liryzm.
Inne wybrane dzieła
1. Wizyta (1657 / Metropolitan Museum of Art, Nowy Jork): 7.5/10
2. Dziedziniec domu w Delft (1658 / The National Gallery, Londyn): 7.5/10




























Komentarze
Prześlij komentarz