Artyści popu (9/200): Yes

Czas / Miejsce / Nurty

1968-... / Londyn, Anglia / Progressive Rock, Symphonic Prog

Sedno wyjątkowości

Nikt bardziej esencjonalnie nie reprezentował rocka progresywnego ze wszystkimi jego możliwościami i ograniczeniami, zdobyczami i porażkami. Ich gra była technicznie bardzo (a jak na rock wybitnie) zaawansowana, kompozycje zawiłe, rozwlekłe i przeładowane, ambicje wysokie, inspiracje rozległe. Nie zawsze używali swoich możliwości w smaczny sposób, nierzadko przesadzając z wirtuozerią i patosem, romansując z kiczem; w szczytowych momentach tworzyli jednak jedne z najbardziej kunsztownych kompozycyjnie i najpotężniej brzmiących i porywających utworów w historii rocka. Zdecydowanie nie byli najlepszym zespołem prog-rockowym w ogóle, ale osiągnęli mistrzostwo w jednej z najbardziej klasycznych, "symfonicznej" odmianie proga.

Kluczowe postacie

Przez Yes przewinęło się wielu muzyków, przy czym rdzeń zespołu stanowili trzej z nich. Największy wpływ na kształt muzyki mieli Jon Anderson (1944-...), jeden z założycieli, i Steve Howe (1947-...), który dołączył tuż przed serią najważniejszych albumów - współautorzy najważniejszych utworów. Anderson był niemal wyłącznie wokalistą, ale prawdopodobnie najmocniej odpowiadał za ogólny kierunek i wizję muzyczną; Howe jako wszechstronny i wyedukowany gitarzysta był "kompozytorem" w najściślejszym sensie, a jednocześnie był naturalnie fundamentalny od strony wykonawczej. Kluczową trójkę dopełniał Chris Squire (1948-2015), który miał mniejszy wpływ na kompozycje, ale jako jedyny spędził w zespole całe życie od jego początku do swojej śmierci i którego wyrazisty, bardzo aktywny bas miał duży udział w efekcie nagrań (on nagrał też najlepszy album solowy).

Pozostali byli jednak więcej niż tylko wykonawcami cudzej wizji. Klawiszowcy Rick Wakeman (1949-...) i Patrick Moraz (1948-...) odcisnęli swoje piętno na "symfonicznym" brzmieniu i ukierunkowaniu muzyki. Zawiła rytmicznie muzyka Yes wymagała też uzdolnionych, aktywnych perkusistów jak Bill Brufford (1948-...) i Alan White (1949-...). Wszyscy poza Szwajcarem Morazem byli Anglikami.

Opus magnum I

Close to the Edge (1972): 8.5/10

Na liście moich ulubionych albumów muzyki popularnej dzieła rocka progresywnego i jego okolic gnieżdżą się bez wątpienia dość gęsto. Mimo to nie jest mi wcale tak łatwo powiedzieć, że istotnie jestem "miłośnikiem proga", tak jak przykładowo o każdej porze dnia i nocy chętnie przypnę sobie odznakę miłośnika jazzu, architektury sakralnej albo kuchni włoskiej. Ten paradoks objawia się i uzasadnia zarazem na przykład w tym, że zespół Yes, łatwo rozpoznawany jako jeden z największych w historii nurtu, nie ma cienia szansy na tytuł mojego ulubionego ani w ogóle, ani w uniwersum rocka progresywnego, ani nawet tego klasycznego, raczej niepopadającego w awangardę rocka progresywnego. A przecież to właśnie on reprezentuje ten najbardziej progowy prog, jaki można sobie wyobrazić - ekwilibrystyczny kompozycyjnie, intensywny technicznie, bogaty brzmieniowo, przesycony emocjonalnie, lunatycznie ambitny, niepomiarkowanie eklektyczny, bardzo mocno sam siebie celebrujący.

Wszystkie te cechy są tak samo zaletami, jak i wadami muzyki Yes. Nawet w swoim złotym okresie, jeszcze długo przed serią albumów powszechnie uważanych za kiczowate i marne, muzyka ta niemal nieustannie balansuje na krawędzi przesady, jeśli już nie dobrego smaku. Prawdę mówiąc, przeważnie się w tym okresie jednak broni i co najmniej cztery albumy Yesów są bardzo warte poznania; prawie zawsze jednak z tyłu głowy mam poczucie zagrożenia, że przerost ambicji i nakładu sił nad osiągniętym efektem zaraz wejdzie w sferę mdłości; ten duch nieustannie krąży w pobliżu. Mood tego zespołu, jego styl, jakiś wspólny mianownik jego estetycznych ciągot, właściwie niemal zupełnie nie są z bajki mojej wrażliwości. A jednak w tej kluczowej dyskografii Yes właściwie co krok natrafiam na utwór, który sprawia mi sporą przyjemność i który mniej lub bardziej podziwiam. Najbardziej podziwiam bez krzty oryginalności Close to the Edge.

Siła tego utworu - i całego albumu, chociaż utworu tytułowego najbardziej - tkwi w sumie w pewnym przełamywaniu pretensjonalności i przesadności muzyki Yes, którego wcześniej tu wcale za dobrze nie słyszałem, uznając intuicyjnie rozwlekłą suitę za po prostu jakże typowo progową i jakże typowo yesową kompozycję. W pewnym sensie nią jest, ale w innym cechuje ją lekkość zbyt rzadko spotykana w progu. Oczywiście jest to długa i skomplikowana kompozycja, w tym sensie o pretensjach poważkowych, i naładowana bardzo intensywnym, technicznym, gęstym fakturalnie graniem - i w tym sensie o pretensjach jazzowych. Niezaprzeczalny jest tu też patos. W tym wszystkim jednak muzyka ta zachowuje wyjątkową lekkość, jest przepysznie odciążana, ciągle bardzo rockowa i zwiewna, bezpretensjonalnie radosna, przyjemnie rytmiczna i melodyjna. Dzięki temu nawet jej najcięższe i najbardziej patetyczne fragmenty nie są odczuwane ciężko, wydają się raczej świadomą zabawą grubszymi nićmi. Prawie 20-minutowa suita zlatuje boleśnie szybko, bo każdy z jej fragmentów (z małą gwiazdką przy nieco przeciągniętej zabawie na organach) to czysta przyjemność, którą katalizuje pyszny klej kompozycyjny między tymi fragmentami.

I ciągle jest to tak po prostu imponująca muzyka, nie tylko jako imponująco smaczna, lekka i w-gruncie-rzeczy-bezpretensjonalna progrockowa suita. Bogate, mocne, szeroko rozpostarte brzmienie z ekstrawertycznym, chcącym się wysunąć przed szereg zachowaniem każdego z instrumentów; dużo dobrych pomysłów na melodie i na kombinacje harmoniczne i chromatyczne, dużo smacznych zmian rytmu; co najmniej dwie godne połknięcia solówki (mechaniczna i agresywna gitarowa na początku, celowo kontrastująca z otwierającymi utwór dźwiękami natury, i klawiszowa pod koniec); bardzo dobre panowanie nad fakturą, widoczne zwłaszcza w bynajmniej nie wyłącznie harmonicznej, ale przede wszystkim kontrapunktowej roli basu; powracające i przetwarzane motywy. No i ten naprawdę pyszny, rozpływający się po mięśniach, melodyjny odcień radości tego kawałka, który robi z niego jakby progrockowe święto wiosny, osobliwą celebrację przyrody i który sprawia, że patos klimaksu, w którym wokal uderza w najwyższe tony, poniekąd przestaje być patosem i daje się odczuć bardziej jako czysta, błoga, trochę kathartyczna ekstaza.

Zdecydowanie mniej imponujące, choć bardzo dobre dwa kawałki pozostałe są kolejnymi cegiełkami odciążenia - And You And I ma w sobie jeszcze niemało patosu i pretensji, ale jednocześnie długimi fragmentami gra na nutę folkową, akustyczną, do pewnego stopnia celebrującą prostotę i prostoduszność; to znów nieco paradoksalnie dość czysty i kojący emocjonalnie utwór. Siberian Khatru z kolei, choć z technicznego punktu widzenia to nieprosty, intensywny prog, ma z kolei atmosferę raczej piosenkową, zupełnie lekką, pełną zabawy, jest oparty na chwytliwości rytmicznej, melodyjnych riffach i wyrazistej linii basowej; progresywna struktura jest w nim raczej ubogaceniem niż rdzeniem.

Chyba żaden inny album nie wychodzi finalnie ręką równie obronną z trochę problematycznej koncepcji proga symfonicznego, który często okazuje się niedojrzałą imitacją muzyki klasycznej. Close to the Edge czerpie natomiast na ogół w odpowiedni sposób z ambitniejszych rejonów muzycznych – jest to świadoma siebie, w zgrabny sposób urozmaicona, ulepszona i skomplikowana muzyka popularna, a nie próba rywalizacji z Beethovenem. To jednak względny wyjątek w dyskografii Yes. Chwilę wcześniej kończyli oni bardzo dobry skądinąd album Fragile przesadzonym trochę Heart of the Sunrise, a chwilę później - nagrywali monstrualne i nieprzyzwoicie rozwlekłe (choć niepozbawione zalet) Tales From Topographic Oceans. Close to the Edge nie było ich ostatnim mocnym słowem, ale nigdy już więcej nie wznieśli się tak wysoko.

Opus magnum II

Relayer (1974): 8.0/10

Dwie są ścieżki rocka progresywnego do mojego serca. Ta bardziej prawomyślna zakłada wykazanie się na tyle dobrym smakiem, subtelnością i kunsztem, by przeszczep akademickich ambicji kompozycyjnych i jazzowego zaawansowania techniki gry na niekoniecznie do nich stworzony rockowy organizm nie skończył się zbyt jaskrawo pretensjonalnie i niepoważnie. Druga jest poniekąd przeciwna i bardziej ryzykowna: tak bardzo, a jednocześnie z takim urokiem odpiąć wrotki, żeby finalnemu efektowi nie dało się nie wybaczyć wiele. Na Close to the Edge Yes poszło bardziej pierwszą drogą; Relayer to dobry przykład drugiej.

Zespół w pewnym sensie zrezygnował tutaj z dobrego smaku (lub raczej nie powrócił do niego po Tales From Topographic Oceans), pozwalając sobie na wiele. The Gates of Delirium, utwór, dla którego ten album tak naprawdę istnieje, zajmujący pół jego długości, nie ma wielu zahamowań: bawi się wariacjami na naiwnym orientalnym motywie, które ewidentnie próbuje stworzyć jakąś baśniową opowieść; uderza w szalony, intensywny funk-jazz-rockowy jam z niezbyt skromnymi solówkami i kakofonicznymi efektami brzmieniowymi, by zakończyć się niepohamowanie romantyczną, sentymentalną i obnażoną emocjonalnie piosenką, średnio-słabo rozgarniętemu pianiście dającą się przyswoić w parę minut. W porównaniu ze suitą Close to the Edge jest to w zasadzie muzyka niedojrzała i bałaganiarska. Ale jest przy tym tak przyjemna, porywająca, sympatycznie szalona i czaderska, że nie ma to znaczenia - albo raczej staje się zaletą. Wspomniany jam jest chyba najbardziej ekscytującym graniem w dziejach Yes - intensywność faktury robi się pysznie gniotąca, momentami eksperymentalność rytmu i brzmienia wchodzi na obszary avant-proga, kojarząc się z Magmą albo Gongiem, a przy całym napięciu mięśni techniki całość jest jeszcze zwyczajnie bardzo chwytliwa i rozrywkowa, pełna groove'u. Spokojny, emocjonalny, romantyczny i sentymentalny fragment finalny nie jest może najbardziej subtelny, ale po prostu śliczny; momentalnie rozbraja, chwyta za serce i pozwala się z chęcią stać na nowo skorym do wzruszeń nastolatkiem; tęskniący, słodko-gorzki, zatrzymujący czas.

Podobnie jak na tym lepszym albumie Yes, tak i tu "właściwemu" utworowi sekundują dwa mniej doniosłe, ale też bardzo interesujące. Sound Chaser to w zasadzie jawny jazz-rock, trochę pachnący King Crimson, który nie ma bardzo wiele treści do przekazania, ale którego motywy i motywiki, kontrapunkty, zgrzyty i instrumentalne popisy są niezmiennie interesujące. To Be Over trochę na odwrót - zasadza się na dość ślicznym motywie refrenu, aczkolwiek progowy "utwór" będący jego obudową wydaje się już istnieć odrobinę na siłę.

Te "sinizujące" motywy w najdłuższym kawałku, połączone z intensywnością i szaleństwem oraz ekshibicjonistycznie romantycznym finałem (istne Nessun dorma rocka progresywnego) sprawiają, że nie mogę jakoś opędzić się od porównań Relayera do Turandot Pucciniego. Mniej więcej podobnie lubię te dwa dzieła, podobnie przymykam oko na ich niesubtelności i rozkoszuję się ich lunatyzmem. I tak jak niedokończona opera Włocha jest w jakiś sposób esencjonalna dla gatunku opery romantycznej, tak ciężko o coś dużo bardziej prog-rockowego od Relayera - w tym sensie może najbardziej yesowego albumu tego zespołu, który sam w sobie niezwykle przykładnie reprezentuje gatunek.

Inne wybrane dzieła

1. The Yes Album (1971): 7.5/10









2. Fragile (1971): 7.5/10









3. Tales From Topographic Oceans (1973): 6.5/10









4. Chris Squire: Fish Out of Water (1975): 7.5/10









5. Going for the One (1977): 6.5/10









Najlepsze utwory

9.0 Close to the Edge

8.5 And You and I / The Gates of Delirium / Roundabout

8.0 I've Seen All Good People / Chris Squire: Lucky Seven / Siberian Khatru / Chris Squire: Silently Falling / Sound Chaser / South Side of the Sky / Starship Trooper / Chris Squire: You By My Side / Yours Is No Disgrace

Komentarze