Artyści malarstwa (8/250): Gentile da Fabriano

Czas / Miejsce / Styl

1370-1427 / Fabriano, Włochy / gotyk międzynarodowy

Sedno wyjątkowości

Jego dzieła były najdoskonalszą malarską reprezentacją nurtu gotyku międzynarodowego. Łącząc farby ze złotem, a malarstwo z artystycznym złotnictwem, osiągał przepych wyprzedzający o stulecia wielkie formy barokowe. Nie opuszczając dziedziny zdecydowanie gotyckiej, wykorzystywał jednak zdobycze proto-renesansowe, by nadawać swojej wizji gotyku rozbudowaną, pogłębioną i zaawansowaną technicznie formę.

Opus magnum I

Koronacja Najświętszej Marii Panny (ok. 1420): 8.5/10 
(Getty Museum, Los Angeles / 104,5 x 78,4 cm / tempera i złoto na desce)

Gentile da Fabriano to co do zasady reprezentant jednego z tych przypadków, kiedy pojedyncze dzieło artysty przyćmiewa właściwie cały jego pozostały dorobek razem wzięty. Gdyby nie kultowy Pokłon Trzech Króli, włoski mistrz z regionu Marche byłby dziś na pewno znacznie mniej głośną postacią, niż jest, a przecież jego nazwisko już teraz wcale nie stoi w pierwszym, drugim ani nawet trzecim rzędzie najbardziej rozpoznawalnych w sztuce. Jeden obraz w pewnym stopniu od rzeczonej zasady stara się jednak trochę odbić.

Przypuszczalnie trzy lata starsza Koronacja NMP jest nieporównywalnie prostsza niż to niekwestionowane chef d'oeuvre Gentile, zdecydowanie z niższej półki pod względem oryginalności, artystycznego rozmachu i mimo wszystko również trochę kunsztu w ogólności. Jednak pewną cechę warsztatu tego twórcy, a jednocześnie cechę całego gotyku międzynarodowego - a w obu przypadkach jest to cecha fundamentalna - uwypukla jeszcze mocniej, wręcz maksymalizuje. Maksymalizacja ta pozwala dziełu stać się czymś na swój sposób również wyjątkowym i wybitnym.

Cechą tą jest oczywiście opulentna, ociekająca złotem, niepohamowana dekoracyjność. Większość tej deski pokrywa tak naprawdę czysta, niemal abstrakcyjna dekoracja. Sama scena - prościutka i klasyczna, bo ot, Maria i Chrystus w trakcie koronacji, spokojni i szlachetni faktycznie niczym monarchowie, zamknięci w zgrabnym i przyjemnie symetrycznym owalu wraz z boskim ptaszyskiem Ducha Świętego, wspierani przez po gotycku pomniejszone anioły muzyczne - jest tu niemal pretekstem do zapełnienia obrazu mnogością tkanin, czy to tworzących szaty, czy tło, dające się interpretować jako obicie tronu. Tkaniny te z kolei same są pretekstem do dekoracyjnych popisów. To już niemal nie malarstwo, ale sztuka użytkowa - Gentile sięga po hipnotyzujące, fraktalne motywy, przeplata intensywne zielenie, błękity, czerwienie i biele z eksplozywnie świetlistym złotem pod postacią farby, płatków czy elementów trójwymiarowych. Nawet oderwane od kontekstu fragmenty tych szat zachwycą każdego, kto w muzeum sztuki użytkowej spędził kiedyś więcej czasu, niż się spodziewał.

Ale efektem ostatecznym nie jest bynajmniej czczy popis złotnictwa (niezakończony na samym obrazie, lecz przejawiający się również w ramie, będącej częścią dzieła), lecz wyjątkowe, hipnotyczne przedstawienie, w którym ja odnajduję fuzję trzech różnych światów. Oczywisty jest trop katolicki tudzież zachodni - taka jest sama treść i takie, a konkretnie gotyckie, jest tej treści przedstawienie. Zagęszczenie złota i intensyfikacja drobiazgowej dekoracji pcha nas jednak w krąg wschodni, prawosławny, bizantyjski, przywodzi na myśl ikony. Do dwoistego świata chrześcijańskiego nieoczekiwanie dołącza jeszcze islam - trochę abstrakcyjno-geometryczne, trochę inspirowane światem roślinnym wzory na tkaninach są niemal wyjęte z muzułmańskiej estetyki, a ponadto - co typowe dla Gentile - aureole postaci są częściowo wzorowane na mameluckich naczyniach; w dodatku w aureolę Marii wpisane są pseudoarabskie inskrypcje. Można to nazwać odymioną orientalnym kadzidłem ikoną Zachodu. Patrząc na to, doznaję podobnego uczucia do tego, jakiego doznawałem w katedrze w Akwizgranie; trochę tylko słabszego.

Łącząc trzy stare światy, ten teoretycznie prosty obraz przenosi jeszcze mocno w przyszłość. Nie jest trudno przywoływać do swoich myśli Gustava Klimta, patrząc na wiele gotyckich malowideł, ale w tym przypadku niemal niemożliwością jest tego nie zrobić. I podobnie jak wycięte z kontekstu, dekoracyjne fragmenty dzieł Klimta, tak i fragmenty tego dzieła patrzą jeszcze dalej naprzód, do abstrakcji; a przy okazji, przez wyjątkowe zagęszczenie elementu niemalarskiego, trójwymiarowego, do techniki kolażowej.

Dzięki temu, że obraz znajduje się w nieocenionym Getty Museum w LA, możemy dziś z domu podziwiać reprodukcję w doskonałej rozdzielczości, która pozwala zrozumieć nawet na ekranie niezwykłość i rozpustny przepych sztuki Gentile. Warto też wiedzieć, że oryginalnie rewersem tego dzieła - mającego prawdopodobnie procesyjne przeznaczenie - było przedstawienie świętego Franciszka, otrzymującego stygmaty, dziś znajdujące się w Parmie; również bardzo godne uwagi, trochę psychodeliczne. Na takie procesje nie trzeba byłoby mnie długo namawiać.

Opus magnum II

Pokłon Trzech Króli (ok. 1423): 9.0/10
(Uffizi, Florencja / 300 x 282 cm / tempera i złoto na desce)

Historie sztuki wszelkiej maści lubią stwarzać wrażenie, że "właściwe malarstwo europejskie" rozpoczyna się dopiero tam, gdzie zaczynają rozbrzmiewać pierwsze odgłosy renesansu. Żadna postać nie jest dla zachodniej sztuki tak założycielska i tak ustanawiająca cezurę jak Giotto - wprawdzie metrykalnie jeszcze zupełnie średniowieczny, ale w swej esencji proto-renesansowy mistrz. Jest to tendencja równie uzasadniona - bo przyniesiony wraz z renesansową perspektywą iluzjonizm, będący wobec wcześniejszego malarstwa zarówno epokowym postępem, jak i ideową zdradą, faktycznie daje się łatwo uznać za najbardziej zachodnią cechę - jak i z wielu stron krzywdząca. Krzywdy tej nie trzeba doszukiwać się ani w prehistorycznych jaskiniach, ani nawet we wspaniałych przecież ikonach i mozaikach Europy wschodniej; odczuć ją można nawet już na prawilnym zachodzie w postaci pomijania w ten sposób boskiego malarstwa gotyku. Rozwój sztuki w miarę upływu kolejnych epok nie był liniowy - każdy łatwo się domyśli, że barok nie skończył się w tej samej sekundzie, w której powstało rokoko i tak dalej. I tak chyba za mało akcentuje się, że gdy Giotto od prawie stulecia leżał w mogile, a renesans nie tyle raczkował, co raczej już grasował jak wyrwany z domu nastolatek, gotyk ciągle jeszcze się rozwijał - i osiągał jedną ze swoich najbardziej niesamowitych i ostatecznych form. Tak zwany gotyk międzynarodowy to fascynujące zjawisko, a zbyt mało znany Gentile da Fabriano na obszarze malarstwa dostarczył chyba jego najdoskonalszego wcielenia.

Na Pokłon Trzech Króli od samego początku trzeba patrzeć inaczej niż na typowe obrazy - prawie zawsze prostokątne przedstawienia tego i owego za pomocą farb, dla których rama pełni funkcję czysto techniczną i oglądana jest głównie w muzeach, bo nie ma sensu zajmować nią miejsca na zdjęciach i drukach. Tutaj samo słowo "rama" wydaje się za małe. Wspaniała złota obudowa obrazu, zresztą najprawdopodobniej również zaprojektowana przez malarza, jest jego integralną częścią. Nie tylko sama w sobie stanowi przepiękny kawałek sztuki użytkowej, nie tylko wyznacza podział całości na osobne obrazy, nie tylko w końcu nawet temu głównemu obrazowi dyktuje w nietypowy sposób przestrzeń i tym samym rytm narracyjny. Może przede wszystkim jej kunsztowna forma, zaczerpnięta już na pierwszy rzut oka z fasady bazyliki w stylu włoskiego gotyku, jak i złota intensywność, w nieznoszący sprzeciwu sposób z miejsca nadają dziełu jego główną wibrację. Jest to wibracja niebywałego, nieuznającego granic, typowo średniowiecznego przepychu, chętnie i bez wstydu rażącego po oczach blaskiem drogocennych tkanin i szlachetnych metali. Dowolne dzieło baroku zaczyna przy tym przyspieszać oddech z nerwów, bojąc się, czy przypadkiem nie zostało wyprzedzone o kilkaset lat pod względem przemawiania na grubo.





Złoto ramy prowadzi korespondencyjny związek ze złotem na obrazie - nie z samą barwą, ale z materiałem. Gentile obficie wzbogacił malowidło o trójwymiarowe elementy złotnicze. Nie tylko tam, gdzie pasują najbardziej oczywiście, czyli w ubiorach królów, ich ostrogach czy uprzężach ich rumaków. Nie tylko nawet w aureolach - uważny wgląd pozwala dostrzec złote wypukłości nawet na nóżkach sokoła w centralnej części deski. Można zapewne sobie wyobrazić bardziej racjonalne wykorzystanie pieniędzy Palli Strozziego - podobno najbogatszego w tamtych czasach człowieka we Florencji, który to właśnie Strozzi dzieło owo zamówił za cenę równą sześcioletniemu wynagrodzeniu wykwalifikowanego robotnika - ale sześćset lat później moje oczy cieszą się, że racjonalizm wtedy przegrał.

Przepych nie kończy się tu jednak na zalaniu złotem - zabiegu mimo wszystko w swej istocie nieco prymitywnym, nawet jeśli nie ma się nic przeciwko takiej prymitywności, jak na przykład ja nie mam. Jest kontynuowany już w ściśle malarskiej materii. Kompozycja jest przeładowana - gęsta od figur, gęsta od szczegółów, gęsta od scen. Postacie są blisko siebie; te główne, czyli święci z służbą i królowie, nie aż tak bardzo, ale rozpychają się poza siebie wytwornością swych szat i złotem koron i aureoli. Orszak dworski monarchów to już gęstwa ludzka, a i tam sporo jest intrygujących fragmentów ubioru, nie mówiąc o zwierzętach i różnorodnych, oldskulowo ekspresyjnych twarzach. Ledwie oddzielone są od głównej sceny te pomniejsze, retrospektywne, wciśnięte w bardzo architektoniczne "wnęki" w obudowie, przedstawiające trzy wydarzenia z podróży królów do Betlejem - środkowa sama w sobie niebagatelnie dogęszczona. Wszystko jest trochę uwalone na kupie, ale w arcyprzyjemny, typowo gotycki sposób - nieco bezczelnie, jakby nie robiąc sobie za wiele z perspektywy, jakby nawet luźno traktując jakieś renesansowe ambicje tworzenia wyrafinowanych, delikatnych kompozycji.

Na głównej scenie to dzieło się w dodatku nie kończy. Trzeba wspomnieć co najmniej o tryptyku w predelli, gdzie znajdziemy jeden z absolutnie najlepszych tak starych nokturnów - intymne, klimatyczne Narodzenie; również klimatyczny i również jak na swoje czasy wybitny pejzaż, będący raczej głównym bohaterem niż tłem ucieczki do Egiptu; w końcu może najmniej sugestywne, ale też bardzo interesujące ze swoimi jeszcze prymitywnymi, lecz zażartymi i intensywnymi próbami budowania perspektywy ofiarowanie w świątyni. Ich obecność jeszcze poszerza wrażenie przeładowania całości, ale ich intymny klimat i miniaturowość stanowią doskonałe odciążenie dla głównej części programu. Jednak jeszcze bardziej niż predella urzeka mnie coś, co nieuważne oko może w ogóle pominąć z malarskiego punktu widzenia - wspaniałe kwiatowe dekoracje w okienkach obu "kolumn" ramy, ba, nawet w trójwymiarowo iluzjonistyczny sposób wylewające się z tych okienek.

Po tych wszystkich zdaniach zarysowuje się już potencjalny problem. To dzieło na swój sposób odchodzi od mistycznej, zamyślonej energii gotyku. Nie tylko przez przepych i orientację na dekoracyjność zamiast na przykład na skupione twarze i nadludzkie gesty świętych - również przez samo przedstawienie sceny, która jest teoretycznie czysto sakralna, ale tutaj odczuwana jako świecka, dworska. Nie Maria z Dzieciątkiem i resztą szopkowego inwentarza, lecz właśnie królowie i ich orszak są estetycznie najważniejsi; głównym bohaterem zdaje się zdecydowanie najmłodszy, wyprostowany król, ukazany w całej okazałości i w dodatku stanowiący oś linearną kompozycji, oddzielając środowisko sacrum od profanum. Gdzie roi się od małp, lampartów, koni, cisnących się ludzi, błyskotek i ozdobników - tam chyba ciężko już o mistyczne przeżycia, jest raczej hedonistycznie. A jednak okrężną drogą moim zdaniem do czegoś na kształt mistycyzmu to dzieło dochodzi. Przepych prowadzi tutaj do zagęszczenia, a to zagęszczenie ma już coś z esencji. I nie jest to esencja ziemskiego bogactwa, lecz swoistej duchowej bombastyczności niektórych biblijnych wydarzeń, z których właśnie ta scena z jakiegoś powodu od zawsze wydawała mi się jedną z najbardziej pociągających i sugestywnych. Być może ta specyficzna odmiana mistycyzmu ujawnia się tu dla mnie również dzięki kolejnej fuzji Zachodu ze Wschodem, może nawet dosadniejszej niż w Koronacji NMP, wyrażanej nie tylko w bizantyjskim złocie i pseudoarabskich inskrypcjach w wielu miejscach, ale też kilku dosłownie egzotycznych elementach.

Adoracja Magów, czy w tej nieco sprzyziemnionej, polskiej wersji językowej, Pokłon Trzech Króli, jest powodem numer milion jeden, dla którego warto odwiedzić Florencję. W całym Internecie nie sposób znaleźć zdjęcia w tak dobrej rozdzielczości, która pozwoliłaby po pierwsze nacieszyć oko w pełni mniejszymi scenami, a po drugie dostrzec niesamowitość trójwymiarowych elementów ze złota. Nie mówiąc o tym, że warto byłoby mieć coś w florenckiego bankiera, by pozwalać sobie na kupno ekranów tak dużych, że mogących wyświetlać owe dziełka w ich rzeczywistej skali.

Inne wybrane dzieła

1. Madonna z Dzieciątkiem, dwoma świętymi i fundatorem (1395-1400 / Gemäldegalerie, Berlin): 8.0/10


2. Ukrzyżowanie (1406-1410 / Pinacoteca di Brera, Mediolan): 7.0/10


3. Poliptyk z Valle Romita (1406-1410 / Pinacoteca di Brera, Mediolan): 7.5/10


4. Madonna Davis (1410-1414 / Metropolitan Museum of Art, Nowy Jork): 7.0/10


5. Święty Franciszek otrzymujący stygmaty (ok. 1420 / Fondazione Magnani-Rocca, Parma): 7.5/10


6. Adoracja Dzieciątka (1420-1421 / Getty Museum, Los Angeles): 7.0/10


7. Madonna z Dzieciątkiem (1420-1423 / National Gallery of Art, Waszyngton): 7.0/10


8. Zwiastowanie (1423-1425 / Pinakoteka Watykańska, Watykan): 7.0/10


9. Madonna z Dzieciątkiem i świętymi Julianem i Wawrzyńcem (1423-1425 / Frick Collection, Nowy Jork): 7.0/10

Komentarze