Indywidualności kompozycji: Giacomo Puccini
Czas / Miejsce / Nurty
1858-1924 / Lucca, Włochy / romantyzm
Sedno wyjątkowości
Był ostatnim z linii wielkich włoskich mistrzów opery; do dziś pozostaje na podium najczęściej wystawianych kompozytorów operowych na świecie. Łączył włoską tradycję romantyczną z wpływami z innych nurtów i kontynentów, co doprowadziło go do stworzenia u kresu życia jednej z najlepszych oper w historii.
Opus magnum
Turandot (1924): 8.0/10
(Polecane nagranie: Sutherland, Pavarotti, Caballe, Ghiaurov, Krause, John Aldis Choir, London Philharmonic Orchestra, Peter Pears; 1972)
Nie zawdzięcza w dodatku tej pozycji jednostrzałowemu sukcesowi, jak to się często dzieje, czego przykładem najmocniej pogrubionym jest Bizet i jego zajechana bez umiaru Carmen. Aż trzy dzieła Włocha mogą poszczycić się miejscem wśród dziesięciu najczęściej wystawianych oper świata (dorównuje temu tylko Mozart): i chyba ani myślą tych miejsc opuszczać. A jednak gdyby dorobek Pucciniego ograniczyć do tych trzech dzieł - które zresztą skomponował w ciągu niecałej dekady, w szczytowym okresie kariery, na przełomie XIX i XX wieku - do mojego "kanonu" by nie trafił, choć to kawał dobrej muzyki. I w ogóle mało brakowało: przepustką do grona kompozytorów dla mnie ważnych jest jego ostatnie osiągnięcie, którego nie zdążył ukończyć, a więc którego też przy odrobinie pecha mógł był nie zdążyć rozpocząć: Turandot. Sprawa bynajmniej nie niszowa - też potrafi w niektórych latach wejść do pierwszej dziesiątki, a miejsce w dwudziestce ma raczej gwarantowane - ale jednak odległa od tamtych i czasem powstania, i stylistyką, i popularnością, i w końcu moim zdaniem jakością. Bardzo odległa.
Różnica jest słyszalna od pierwszych taktów, bo już od pierwszych taktów słychać ukąszenie Schoenbergiem, kompozytorem z tak zupełnie odmiennej bańki niż romantyczno-konserwatywna bańka Pucciniego. Niedługo potem dochodzi do tego jeszcze wpływ Debussy'ego i potrzeba trochę czasu, żeby zauważyć, że to nie jest modernizm i że nie słuchamy jakiegoś włoskojęzycznego sequela do Zamku Sinobrodego Bartóka, lecz że to ciągle niepodważalny włoski romantyzm operowy, tylko że dość pysznie przyprawiony. Te zdobycze chromatyczne nie są może muzycznym jądrem Turandot, ale nadają jej kurs i łagodnie (choć jak na romantyczną operę - skrajnie) mroczną atmosferę.
Można też odnieść wrażenie, że skumulowały się tu wszystkie osiągnięcia Pucciniego z jego trzech najsłynniejszych oper, a w dodatku wszystkie z podbitą jakością. Z Cyganerii mamy tu muzyczną płynność i wspaniałe, szczerze poruszające emocje i znakomite arie, tylko że jeszcze mocniejsze. W powietrzu unosi się znany z Toski klimat śmierci, krwi i przerysowanego dramatyzmu, tylko że znacznie bardziej spójny i sugestywny, a także bogate - bogatsze - użycie lejtmotywów. Madama Butterfly pobrzmiewa nie tylko pentatonicznymi orientalizmami, tutaj nieporównanie sensowniejszymi i interesującymi muzycznie, ale może przede wszystkim dopracowaną orkiestracją i próbą - tym razem w pełni udaną - zbudowania atmosfery, nie samych emocji.
A trochę bardziej bezpośrednio mówiąc: to tutaj są najpiękniejsze melodie i motywy. Już sam pierwszy akt wystarczyłby, żeby obdzielić nimi parę oper niższej klasy. Tutaj orkiestracja jest najpotężniejsza, najbardziej zróżnicowana i dopieszczona; pojawiają się nawet fragmenty interesującej faktury. Tu jest najlepsze flow i najłatwiej się tego słucha jako muzyki oderwanej od widowiska. Tutaj jest w końcu Nessun dorma - jeden z moich ulubionych momentów operowych w ogóle, klasyk w maksymalnym rozumieniu tego słowa.
Ten tytuł spotykał się od samego początku z krytyką za płytkość i niską wiarygodność psychologiczno-emocjonalną - z dwóch powodów to dla mnie absurdalne zarzuty. Pierwszym i już dostatecznym jest to, że traktowanie jakiejkolwiek opery w kategoriach powieści psychologicznej z nurtu realizmu - skutek chyba zbytniego przywiązania do porzuconego przez Pucciniego verismo - z oczywistych względów mija się z celem. Drugim: że trochę za proste jest dla mnie dosłowne rozumienie tej historii i ukrytych za nią toposów (bo jeśli pozostać przy dosłowności, to oczywiście Turandot jest tylko opowieścią o wyjątkowym idiocie, szkodliwym dla siebie i otoczenia, i o świecie rządzonym nienaturalnymi odruchami emocjonalnymi). Moja interpretacja jest bardziej symboliczna i w ogóle odbiega od ściśle pojętego romantyzmu: widzę tę muzykę raczej jako muzykę o podejmowaniu wyzwań, odwadze, pewności siebie i wygrywaniu (w najszerszym możliwym rozumieniu); tytułowa postać to raczej okazja lub marzenie niż osoba, a substancją całości jest raczej surrealizm niż realizm. Triumfalne momenty, jakich tu nie brakuje, są dźwiękowym ekwiwalentem rąk uniesionych w geście sukcesu.
To rzecz jasna ciągle jest muzyka Pucciniego, a nie jakiegoś geniusza muzycznego; rzecz jasna nawet ze swoimi śmiałymi zapożyczeniami jest mocno wsteczna jak na 1924 rok i rzecz jasna nie obyło się tu bez paru fragmentów miałkich. Ale jak na romantyczną włoską operę to mimo wszystko jest coś na kształt arcydzieła: i coś godnego łabędziego śpiewu długiej epoki romantycznych włoskich oper. Przypuszczalnie przedwczesnego - skoro Puccini najlepszy był na końcu swojej drogi, to być może wystarczyłoby, żeby była ona trochę dłuższa, a nie tylko ostatnie kilkanaście minut Turandot nie musiałoby ostatecznie być dość mierną muzyką Franco Alfano na bazie notatek Pucciniego, ale też cenilibyśmy dżentelmena z Lukki wyżej przez jakieś jeszcze lepsze dzieło.
Inne wybrane kompozycje
1. Cyganeria / La bohème (1896): 7.0/10
(Polecane nagranie: Freni, Pavarotti, Harwood, Panerai, Maffeo, Ghiaurov, Berliner Philharmoniker, Herbert von Karajan; 1972)
2. Tosca (1900): 7.0/10
(Polecane nagranie: Callas, Di Stefano, Gobbi, Orchestra e Coro del Teatro alla Scala, Victor de Sabata; 1952)
3. Madama Butterfly (1904): 6.5/10
(Polecane nagranie: Freni, Pavarotti, Ludwig, Kerns, Wiener Philharmoniker, Herbert von Karajan; 1974)
Komentarze
Prześlij komentarz