Szczepin. Życie na zgliszczach

Osiedla, które bezpośrednio przylegają do Starego Miasta, są co do zasady jednymi z najciekawszych we Wrocławiu. Ciężko o prawdę bardziej oczywistą - im bliżej ścisłej starówki, tym więcej zabytków i tym intensywniejsze życie miejskie. Ta zasada znajduje jednak jedną, ale za to dość potężną wyrwę - w postaci osiedla, na którym zabytki można liczyć na palcach rąk, a choć intensywność pod względem ruchu jest ogromna, to towarzyszy jej mnóstwo pustych i pustawych przestrzeni. Wystarczy na krok przebyć fosę staromiejską na jej zachodnim odcinku, by znaleźć się na Szczepinie - miejscu całym sobą stanowiącym może najdosadniejszą pamiątkę wojny w całym Wrocławiu.

Dość długo ten, a przynajmniej mniej więcej ten teren nazywany był Przedmieściem Mikołajskim od nieistniejącego dziś kościoła św. Mikołaja. Wieś Tschepine, wzmiankowana już w 1203 roku, a do miasta przyłączona w 1808, stanowiła tylko jego część - jednak po wojnie jej polski odpowiednik, "Szczepin", stał się określeniem całości. Być może zupełnie słusznie, bo Przedmieście przestało istnieć i święty Mikołaj również. Dziś osiedle poza Starym Miastem graniczy z Przedmieściem Świdnickim, Muchoborem Małym, Popowicami, Kleczkowem, Różanką i punktowo z Gajowicami.

W czasie oblężenia Breslau w finalnych epizodach II wojny światowej miasto ucierpiało w bardzo wielu miejscach - nieliczne osiedla zostały nawet przetrzebione jeśli nie w większym, to przynajmniej porównywalnym stopniu, co Szczepin. Jednak właśnie to osiedle jest najbardziej wyrazistym symbolem tej destrukcyjnej części historii Wrocławia, bo prawie totalna skala zniszczeń dotknęła tu reprezentacyjnego fragmentu miasta, przytulonego do starówki.

Po wojnie przez Szczepin przewinęła się poniekąd druga fala zniszczeń, tym razem polegająca na budowaniu. Osiedle stało się jedną z pierwszych aren zmagań peerelowskiego budownictwa mieszkalnego, przez co już prawdopodobnie na zawsze bliskie okolice Starego Miasta zostały zastawione brutalnymi, topornymi, ascetycznymi blokami z wielkiej płyty, przy których zabudowania Kozanowa, Popowic czy nawet Gaju jawią się jako coś finezyjnego i lirycznego. W połączeniu z terenami kolejowymi, przemysłowymi, później jeszcze korpo-biurowymi, a także z chyba najbardziej drapieżną ulicą miasta, jaką jest wielopasmowa Legnicka, wyszła jedna z brzydszych, bardziej chaotycznych urbanistycznie i przytłaczających przestrzeni miejskich.










Za Szczepinem, jak widać, nie przepadam. Ma w sobie moim zdaniem coś dystopijnego - choć wojenne gruzy zostały sprzątnięte i teren został zabudowany, to w niektórych miejscach (choćby w okolicach Placu Strzegomskiego) ciągle czuć jeszcze pewną pustkę, przywołującą smutną historię osiedla. Drugi wymiar mroku to peerelowskie budownictwo, i to to raczej starsze niż nowsze, synonimiczne względem szarej, brutalnej rzeczywistości. Trzeci - upiór urbanistyczny, jakim jest trzy-czteropasmowa autostrada kilkaset metrów od średniowiecznego rynku. Nie uważam tego osiedla za zło ostateczne, są zdecydowanie gorsze - a osiedle wielkopłytowe na północ od Legnickiej ma nawet latem jakiś tam urok i jakąś tam przytulność dzięki intensywnej zieleni miejskiej. Ale mieszkać wolałbym raczej gdzieś indziej niż tu - Szczepin, inaczej niż wiele wielkopłytowych osiedli, nie wynagradza wątpliwej jakości estetycznej ciszą i spokojem. Jesteśmy praktycznie w centrum, więc ruch jest ogromny, a przebywając w pobliżu Legnickiej dostaje się dosadny komunikat, że to miejsce dla samochodów, nie dla ludzi. Brakuje parku. No i niektóre momenty są po prostu paskudne - ciężko konkurować brzydotą na przykład z ulicą Robotniczą. Trzeba jednak przyznać, że Szczepin jest przynajmniej jakiś - jego dusza jest duszą trudną, ale nie nijaką.







Chcąc szukać pozostałości dawnego Szczepina (może nie tego reprezentacyjnego, ale przynajmniej przedwojennego) w innej postaci niż jakaś osamotniona, cudem uratowana kamienica, należy udać się na zachodni kraniec osiedla, na ulicę Słubicką, ciągnącą się wzdłuż nasypu kolejowego. Tam zachował się fragment osiedla modernistycznego z lat 20. XX wieku, zwanego potocznie Westendem. Zgrabne, ceglane kamienice w towarzystwie nieco nowszych, otynkowanych, tworzą fragmencik przytulnej przestrzeni w oceanie szarej rzeczywistości.




Inne interesujące resztki odnaleźć można, podążając śladem tego właśnie nasypu kolejowego na stację Wrocław-Mikołajów. Zachował się tam sympatyczny budynek niewielkiego dworca z lat 10. XX wieku, któremu renowacja z 2011 roku przywróciła historyczny urok.



Od dworca dwa kroki na skrzyżowanie Legnickiej z Bolesławiecką, gdzie w akompaniamencie setek silników samochodów stoi urocza willa z 1899 roku, kilka lat temu odremontowana i wystawiona na sprzedaż.


Większość powojennej architektury na Szczepinie to słabizna, ale PRLowi udał się przynajmniej jeden budynek - siedziba Dolmedu, chyba najsłynniejszego centrum medycznego w całym mieście. Głośny, otwierany przez samego Gierka reprezentant modernizmu z lat 70. może nie wpada jednoznacznie w kanony piękna, ale mi się podoba - częściowo się postarzał, ale częściowo pozostaje świeższy i ładniejszy niż wiele współczesnego budownictwa, nawet tego robionego "na bogato".



W pobliżu Dolmedu stoi najbardziej moim zdaniem charakterystyczny budynek na Szczepinie, jakim jest bunkier przy placu Strzegomskim, zbudowany w 1942 roku. Z czterech wrocławskich obiektów tego typu jest on zdecydowanie najokazalszym i najbardziej reprezentacyjnym - idealnie cylindryczny, odrestaurowany i położony w dobrze widocznym miejscu. Ma w sobie coś charyzmatycznego.


Od jakiegoś czasu bunkier jest siedzibą Muzeum Współczesnego, które warto odwiedzić głównie po to, by zobaczyć... wnętrze bunkra z jego mrocznymi, surowymi korytarzami. Na potrzeby wpisu odwiedziłem muzeum drugi raz w życiu i zmaterializowałem w ten sposób wspomnienia wielkiego rozczarowania z pierwszej wizyty. Kandydując na najmniej interesujące muzeum w mieście, jest jednocześnie chyba najbardziej narcystycznym - jedna trzecia wystawy poświęcona jest samemu muzeum i największej związanej z nim postaci, krytykowi Jerzemu Ludwińskiemu. Sytuację ratują nieco dzieła Stanisława Dróżdża, całkiem sympatyczne, które jednak w większości mają to do siebie, że nie straciłyby zupełnie nic, gdyby oglądać je w Internecie - nie mówiąc już, że niekoniecznie podpadające pod moją definicję sztuki. Na bunkrze mieści się też przyjemna kawiarnia z tarasem widokowym.
























Najbardziej atrakcyjny, choć może niezbyt subtelny obiekt twórczy znajduje się właściwie przed muzeum - to trudna do pomylenia z czymkolwiek innym instalacja "Pociąg do nieba" z 2010 roku. Dobrze wpasowuje się w okolicę i jednocześnie nadaje jej nieco fantazji.



W pobliżu nieistniejącego już Kościoła św. Mikołaja w latach 80. zbudowano nowy, do szpiku kości modernistyczny Kościół Chrystusa Króla. Jest trudny do oceny - nie podpada moim zdaniem pod kategorię architektonicznego koszmarka, ale przedsięwzięciem udanym też bym go chyba nie nazwał. Projekt był bardzo oryginalny i pozytywny i nawet przy takiej realizacji, jakiej się doczekał, ta zdekonstruowana piramida ma w sobie z punktu widzenia samej bryły sporą siłę estetycznego przyciągania. Nędza użytych materiałów i bezsensowna, jednopiętrowa "obudowa" gmachu wiele jednak popsuły. Również wnętrze nie wykorzystuje potencjału w pełni, ale jeszcze mocniej świadczy o tym, że był on całkiem spory.







Szczepin najładniejszy i naprawdę bardzo ładny robi się tuż przy Starym Mieście, przy fosie staromiejskiej, gdzie zachował się ciąg reprezentacyjnych kamienic. Gdy wszystkie zostaną odremontowane, ten odcinek ulicy Podwale będzie naprawdę wspaniały. Póki co odrestaurowano przynajmniej najważniejszą z kamienic, która jest siedzibą Akademii Muzycznej (pierwotnie, to jest na przełomie XIX i XX wieku, był to gmach towarzystwa ubezpieczeniowego). To w ogóle jedna z najbardziej udanych renowacji we Wrocławiu za mojego życia - nieco smutny, mocno przybrudzony wcześniej budynek stał się jednym z piękniejszych w mieście i niezwykle przyjemnie się koło niego przejeżdża (a stoi w takim miejscu, że robię to dość często).







Obok Akademii podziwiać można jedną ze słynniejszych wrocławskich fontann, realnie należącą już do Promenady Staromiejskiej, ale formalnie jeszcze do Szczepina. W głowie zwykle nazywam ten obiekt z 1905 roku "fontanną z lwami", ale oficjalna nazwa to "Fontanna Alegoria Walki i Zwycięstwa", bo otaczają ją dwie rzeźby o takiej właśnie tematyce. Monumentalna rzecz - lubię ją, nie tylko dlatego, że kojarzy mi się z pobliskimi knajpami na Włodkowica i św. Antoniego.




Nienaturalnie pisać tak krótko o osiedlu tak bliskim najściślejszemu centrum miasta, zwłaszcza że ma ono bardzo dużą powierzchnię. A jednak istotnie trudno o Szczepinie pisać w nieskończoność. A jeszcze trudniej - choć więcej na tym osiedlu nie ma, niż jest - opowiedzieć o Wrocławiu z jego pominięciem. Historia obeszła się z moim miastem bez pardonu i nie da się od tego faktu uciec.

Komentarze

Prześlij komentarz