Powstańców Śląskich. Miejskie, arcymiejskie

Gdy zestawiam Wrocław z licznymi porównywalnymi pod względem liczby mieszkańców miastami, jakie miałem okazję odwiedzić, stwierdzam, że sprawia on wrażenie mniejszego, niż jest w rzeczywistości. Oczywiście, gdy spojrzeć na stolicę Dolnego Śląska z punktu widokowego lub przelecieć nad nią lotem ptaka, rozmiar miejsca da się sobie jako tako uzmysłowić. Jednak znajdując się na znacznej większości tutejszych osiedli, nie tylko tych obrzeżnych, przypominających wsie, można pomyśleć, że przebywa się w miejscowości mniejszej, niż mieszczącej realnie około miliona ludzi. Wszystko jest kwestią porównania, ale moim zdaniem Wrocław wcale nie jest bardzo wielkomiejski, zwłaszcza jak na swą faktyczną wielkość. Niekiedy jednak tę wielkomiejskość objawia, a dzieje się to najbardziej drapieżnie na osiedlu o nieco niezgrabnej nazwie: Powstańców Śląskich.

Posługuję się tą oficjalną, współczesną nazwą jednostki administracyjnej, zaczerpniętą od głównej ulicy, jaka przez osiedle przebiega, choć mało kto z mieszkańców faktycznie omawiany obszar postrzega jako "osiedle Powstańców Śląskich" - niemal wszyscy raczej dziwią się na informację, że coś takiego istnieje. W obiegu jest też druga nazwa osiedla - "Południe" - ale z chyba oczywistych względów wydaje mi się jeszcze gorsza i wprowadzająca jeszcze większe zamieszanie. Przez przejętą po nazwie ulicy dopełniaczową formę tytuł "Powstańców Śląskich" brzmi średnio, ale jeszcze stosunkowo dobrze oddaje istotę osiedla, którego życie faktycznie toczy się poniekąd w rytmie jednej z najważniejszych arterii miasta.

Historycznie obszar ten jest zlepkiem dwóch różnych dawnych wsi, które razem, w 1868 roku, weszły w granice Wrocławia: Höfchen (Dworek) i Neudorf (Nowa Wieś). Dzisiaj nie ma to jednak większego znaczenia. Ten teren został niemal zrównany z ziemią w ostatnich epizodach II wojny światowej i zagospodarowany w znacznej większości od zera, również z częściowym wytyczeniem na nowo siatki ulic. Słusznie jest dziś traktować go jako jedno osiedle. Jego obrys wyznaczają ulica Hallera, Ślężna, nasyp kolejowy, ulica Zaporoska i Gajowicka. Graniczy zatem z Borkiem na południu, Hubami na wchodzie, Przedmieściem Świdnickim na północy i Gajowicami na zachodzie.

Osiedle to jest jednym z najbardziej przytłaczających, najbrzydszych, najwspanialszych i najbardziej fascynujących fragmentów miasta. Nigdzie indziej Wrocław nie jest tak miejski, tak wielkomiejski - tak bardzo urban, jak chciałoby się powiedzieć (to znakomite słowo nie ma tak naprawdę odpowiednika w polskim języku, stąd niedoskonałość tytułu tego wpisu, który powinien brzmieć raczej Urban, All To Urban). Mówiąc mniej ściśle, ale bardziej dosadnie - do żadnej części tego miasta nie pasuje w równym stopniu muzyka artysty o pseudonimie Burial. Nie chodzi tylko o to, że to tutaj znajduje się najwyższy budynek w mieście i zarazem czwarty najwyższy w całym kraju. Nie chodzi o pęczniejące w jego pobliżu kolejne, dużo niższe póki co, ale ogólnie wysokie biurowce. Chodzi może przede wszystkim o najbardziej sugestywne i brutalne blokowisko we Wrocławiu, przy którym "koncepcyjne" osiedla z wielkiej płyty - nawet to najbardziej mroczne, za jakie uznaję Gądów Mały - mają w sobie coś przytulnego i przyjaznego. Tu bloki są ze sobą spójne tylko wycinkowo, łącznie stanowiąc mieszankę stylów czy też braków stylu, w większości bardzo uproszczone i zbrutalizowane nawet jak na wielką płytę. Nie tworzą enklawy, lecz rozlewają się swobodnie na tkankę "ogólnomiejską" - i wydają się nieskończone. O ile w kontakcie z założeniami pokroju Kozanowa, Gaju czy Nowego Dworu ma się odczucie, że ewidentnie trafiło się w specyficzny fragment miasta, który szybko można opuścić, o tyle tutaj automatyczna refleksja jest inna, bardziej brutalna i przytłaczająca: "oto, jakie jest miasto - i uciec się od tego nie da". Blokowiska pomiędzy rzędem galeriowców przy Powstańców a ulicą Ślężną dzięki hojnemu wyposażeniu w zieleń bywają jeszcze sympatyczne, ale tylko przy sprzyjającej pogodzie i nastroju. Reszta to kitchen sink realism.




























W trakcie zbierania materiałów do tego artykułu uzmysłowiłem sobie ponadto, że w niejednym sensie nie ma we Wrocławiu osiedla, z którym miałbym równie liczne związki. Zawsze i bez wyjątku stało ono na mojej drodze do centrum, więc już przez to musiałem je przecinać w tę i z powrotem tysiące razy - i przecinać je będę dalej. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej. To tutaj przez pięć lat studiowałem i przemierzałem okolicę na licznych okienkach w czasie studiów. To tu mieszkałem przez ten jedyny rok swojego życia, kiedy to nie rezydowałem na Krzykach - a był to w dodatku rok, który ustanowił poniekąd cezurę w tym skromnym życiu. Tu w końcu z jakiegoś powodu wydarzyło się mnóstwo mniej i bardziej znaczących zdarzeń, poprzez które wyhodowałem liczne wspomnienia - czasem piękne i miłe, czasem wręcz mroczne - jakie nawiedzały mnie teraz niemal na każdym kroku przemierzania osiedla. To jeden z tych fragmentów Wrocławia, które są już we mnie na zawsze. Zwłaszcza że - abstrahując już od tego, że jego atmosfera, jakkolwiek antysielankowa, jest czymś nie do przegapienia - znajduje się na jego terenie mnóstwo ważnych, ciekawych, a nawet pięknych obiektów do zobaczenia.

Zwiedzanie postanowiłem rozpocząć od długiego spaceru wzdłuż ulicy Powstańców Śląskich - a dokładnie tego odcinka, który przechodzi przez środek osiedla, bo spory jej kawałek przecina również Borek. To zawsze intensywna ulica, która łączy pozostałości dawnej reprezentacyjności z podupadłością oraz zręby reprezentacyjności współczesnej. Niezliczone ilości razy przemierzałem ją tramwajem, autobusem, autem, rowerem i pieszo.




O prestiżu tej części dawnego Breslau najmocniej świadczy budynek Dyrekcji Poczty z drugiej dekady XX wieku, który jeszcze do niedawna wciąż użytkowany był przez Pocztę Polską (na spółkę z Telekomunikacją Polską). Dziś ten potężny, rozległy, monumentalny gmach z charakterystyczną wieżyczką wystawiony jest na sprzedaż. Oby trafił w dobre ręce, bo ma spory potencjał.





Ulica przechodzi na pewnym odcinku w okrągły Plac Powstańców Śląskich, który przez większość mieszkańców zwany jest po prostu "Rondem". W myśl przepisów ruchu drogowego rondem w ogóle nie jest, ale bardzo je przypomina i gdyby uznać go za nie, to byłoby największym rondem we Wrocławiu. Przede wszystkim to świetne założenie urbanistyczne z końca XIX wieku. Na środku placu jest dość miejsca na całkiem spory skwer, otoczony całkowicie przez ruchliwą ulicę, którą z kolei otacza trochę prestiżowej architektury. Szczególnie atrakcyjna jest para kamienic o numerach 7 i 9 - pierwsza z kolumnowanym wykuszem i druga z trójkątnym szczytem: dwie fantazyjne mieszanki neostylów. Jednak najładniejszy budynek przy Rondzie pochodzi z czasów świeżych, a dokładnie z 2011 roku: to apartamentowiec Thespian, małe arcydzieło XXI-wiecznej architektury - potężnie silnie kandydujące na najlepsze w całym Wrocławiu. Cudownie poprowadzona bryła - oryginalnie i dynamicznie, ale wciąż elegancko - łączy się ze znakomitym efektem wizualnym "przeszklenia totalnego" i potężnych, ujednoliconych firan. Spojrzenie na ten budynek zawsze wzbudza we mnie choć trochę optymizmu.























Od ronda rozpoczyna się i ciągnie przez prawie kilometr sekwencja tak zwanych galeriowców - trzech przepotężnych, białych bloków o podobnej koncepcji architektonicznej. Ten najbardziej południowy pochodzi z lat 70., najbardziej północny z przełomu lat 80. i 90., a środkowy, najkrótszy, z połowy lat 90. Stanowią one dla mnie kwintesencję przytłaczająco miejskiego, brutalnego, raczej brzydkiego, ale zarazem intrygującego charakteru całego osiedla. Mają w sobie coś bardzo pociągającego, choć niewiele obiektów w mieście tak dosadnie oddaje "brutalność szarej codzienności".
















Po drugiej stronie ulicy dzieją się zupełnie inne rzeczy, mimo że również związane z wysokością. To tam w pierwszych latach drugiej dekady obecnego wieku Wrocław zmienił się na zawsze, otrzymując budynek ponad dwa i pół razy wyższy od drugiego obecnie najwyższego (a niecałe dwa razy od najwyższego do tamtej pory, zburzonego na potrzeby budowy wieżowca Poltegor). Sky Tower, 212-metrowy kolos, w momencie powstania w całej Polsce ustępował jedynie Pałacowi Kultury i Nauki - dziś również dwóm innym warszawskim wieżowcom, przy czym z podium wyleciał dopiero w zeszłym roku. Pozostaje jedynym budynkiem spoza Warszawy, który mieści się w polskim top 10 wysokości. W nieunikniony sposób stał się jednym z symboli Wrocławia - można nawet powiedzieć, że symbolem dobrobytu tego miasta we właściwym sobie czasie (sądzę, że dziś już by chyba nie powstał) - i diametralnie zmienił jego panoramę. Zdaniem wielu - zmienił na gorsze. Czy to przez to, że zaburzył linię horyzontu, zbyt mocno przewyższając całe miasto, czy to przez jego wątpliwą zdaniem wielu wartość estetyczną.

Ja Sky Tower nie kocham, ale przyzwyczaiłem się już do tego wieżowca i część mnie nawet go lubi. Nie jest to najbardziej wyrazisty drapacz chmur nie tylko świata, ale i Polski, natomiast nie nazwałbym go też brzydkim. Oceniam go lepiej niż kiedyś. Gorzej jest z trzypiętrowym, strasznie rozlanym budynkiem galerii, który otacza samą wieżę - to już jest archaiczne, nudne, zamknięte, betonujące rzeczywistość trochę-paskudztwo, które średnio współgra ze szklaną tubą o eliptycznej podstawie. Sama galeria jest zresztą jedną z największych pomyłek w historii miasta - od zawsze świeciła pustkami, ale okazuje się, że teraz i tak dużo mocniej niż kiedyś. W miejscu promowanym niegdyś na najbardziej prestiżowe centrum handlowe ostało się kilkanaście sklepów i chyba niewiele więcej klientów. Być może najlepszym punktem galerii jest stojąca przed wejściem do niej rzeźba, odwzorowująca słynny motyw z twórczości Salvadora Dalego.

















Można wjechać na przedostatnie, 49. piętro wieżowca, zaaranżowane na punkt widokowy. Właściwie to choć raz trzeba to zrobić. Mimo że to najwyższy taki punkt w mieście, to wcale nie najlepszy - jest aż za wysoki, żeby dobrze poobserwować miejską tkankę, a w dodatku daje odczuć złudność tego całego prestiżu - naokoło wznoszą się w nieskończoność banalne i brutalne peerelowskie bloki. Widok z apartamentów kreowanych na najbardziej luksusowe we Wrocławiu daje się więc nazwać nawet lekko dystopijnym. Mimo to jest to unikalny sposób doświadczania miasta i nie można go pominąć. Szczególnie dobrze widać stąd urbanistyczny wdzięk słynnego Ronda.




























W Sky Tower mieści się od niedawna jedna z najsłynniejszych atrakcji Wrocławia, która pierwotnie znajdowała się na Dworcu Świebodzkim. To Kolejkowo, zrobiona z ogromnym rozmachem makieta (czy raczej kompleks makiet), po której jeżdżą miniaturowe pociągi i auta. Odwzorowane jest tu wiele z wrocławskich budynków, ale bez pretensji do zachowania wierności, zwłaszcza urbanistycznej - to raczej fantazja na temat tego miasta. Za pierwszym razem, jeszcze gdy atrakcja była stosunkowo niszowa, mniej rozbudowana i umieszczona w bardziej adekwatnym do tematyki budynku starego dworca, byłem urzeczony nieco bardziej - wciąż jednak jest to w swojej kategorii rzecz po prostu wybitna i głupio byłoby ją przegapić. Sądzę, że będę do niej zresztą co kilka lat powracał - możliwie omijając weekendowe popołudnia, kiedy zalew ludzi i dzieci mocno utrudnia wczucie się w klimat tego mikrokosmosu.
































Na północ (głównie) od Sky Tower powstały i powstają dalej kolejne biurowce i apartamentowce, które - choć znacznie niższe od giganta - trochę ratują go od totalnej samotności i zlepiają się w coś w rodzaju wrocławskiego downtown. Na razie są to projekty dość grzeczne i bezpieczne, niezasługujące na osobną wzmiankę, ale wzięte razem tworzą interesującą przestrzeń miejską i efekty wizualne. Wejście pomiędzy nie od strony Hotelu Wrocław dostarcza widoku i doświadczenia chyba najbardziej wielkomiejskiego, jaki na całym Dolnym Śląsku można napotkać - w zasadzie mało wrocławskiego, raczej warszawskiego z ducha.






































Ulica kończy się innym, ale też jednym z największych budynków biurowo-handlowych we Wrocławiu, Arkadami Wrocławskimi, do których, podobnie jak do Sky Tower, stosunek mam raczej ambiwalentny, a nawet chyba trochę minorowy. Obok nich ciągną się kolejne biurowce. Po drugiej stronie ulicy, w pobliżu enigmatycznego kamiennego słonia, rodził się Pasibus, który z małego, stojącego właśnie tutaj food trucka serwującego znakomite jak na swoje czasy jedzenie przerodził się w ogólnokrajową korporację serwującą jedzenie raczej przeciętne.





Po przerobieniu głównej osi osiedla wraz z przyległościami mogłem zabrać się za wgryzanie w jego głąb. Zacząłem od południowo-wschodniej części, docierając na ulicę Sudecką, gdzie w pobliżu najpiękniejszej w mieście Wieży Ciśnień (formalnie należącej do Borku, choć w sumie stojącej na granicy) wznosi się klimatyczny ceglany gmach dawnego szpitala żydowskiego.


Ciekawe, że na osiedlu o tak wielkomiejskim, brutalnym, blokowiskowo-biurowcowym charakterze mieszczą się dwa kościoły, które można nazwać perełkami neoromanizmu. Przy Sudeckiej stoi ten chyba odrobinę ładniejszy z zewnątrz Kościół św. Augustyna, zbudowany w latach 1907-1909 jako świątynia protestancka. Wspaniała, monumentalna, masywna piaskowcowa bryła, uczyniona bardzo strzelistą dzięki zwielokrotnionym ostrosłupowym wieżyczkom, ma dużą siłę przyciągania wzroku i emanuje pozytywną energię. Tak autentyczną, przemawiającą do mnie wzniosłość ciężko już na ogół odnaleźć w XX-wiecznej architekturze sakralnej. Podobnie działa wnętrze na planie krzyża greckiego, które daje pewne niebezpośrednie skojarzenia z Bizancjum.





















Dwa kroki od kościoła, przy ulicy Drukarskiej, podziwiać można najdłuższy blok w całym Wrocławiu, zwany potocznie Mrówkowcem, zbudowany już w latach 60. Poza długością nie wyróżnia się niczym szczególnym, ale długość ta (ok. 235 metrów) sama w sobie już daje interesujący efekt wizualny.





Jeśli miałbym wybrać najważniejsze do zobaczenia miejsce na całym osiedlu, nie musiałbym długo się zastanawiać - choć jest to miejsce chyba najbardziej oderwane swoim charakterem od reszty; kameralne, spirytualne, wręcz mistyczne. To Stary Cmentarz Żydowski przy Ślężnej, który może być najpiękniejszą żydowską nekropolią w całej Polsce - choć jest dużo mniejsza od tych największych i chyba znacząco słynniejszych. Powstał w 1856 roku, a ostatni pochówek miał tu miejsce w 1942, choć już pod koniec XIX wieku kończyła się na nim przestrzeń, przez co powstał Nowy Cmentarz Żydowski na dzisiejszym Kozanowie. Kirkut przy Ślężnej od innych odróżnia to, że chowani tu byli głównie zamożni żydzi - stąd piękne założenie nekropolii autorstwa braci Ehrlichów oraz niekończący się przegląd pięknej sztuki cmentarnej w postaci wyrafinowanych nagrobków. XIX-wieczni żydzi mieli niezwykle silną predylekcję do antyku i można się tu poczuć w pewnym stopniu niczym na terenie forum romanum, ale okazjonalnie przewijają się też inne neostyle (znajdą się nawet motywy mauretańskie).























































W pobliżu cmentarza rozpościera się kampus Uniwersytetu Ekonomicznego, o którym normalnie mógłbym nawet nie wspomnieć, ale zmusza mnie do tego sentyment. Jedna z pięciu najważniejszych uczelni miasta - i jedyna z nich położona w całości poza osiedlem Plac Grunwaldzki - ma ciepłe miejsce w mojej pamięci nie tylko dzięki dość wysokiemu poziomowi nauczania, ale też dzięki temu właśnie kampusowi, na swój sposób przytulnemu, który dawał poczucie pewnego bezpieczeństwa w stresujących latach licencjatu (magisterką raczej mało kto już się stresował). Słynny budynek Z, najwyższy i umieszczony od strony Ślężnej, doczekał się już po moich czasach rewitalizacji, która z koszmarka zmieniła go w coś przynajmniej przyzwoitego - z pewnych kątów widzenia nawet ładnego.









Z innej części osiedla, północno-zachodniej, wznosi się jeden z lepszych moim zdaniem współczesnych kościołów we Wrocławiu - Kościół św. Ignacego Loyoli, budowany w latach 1979-1990, który zastąpił świątynię pod tym samym wezwaniem, stojącą tu przed wojną. Budowla jest dość silnie modernistyczna, trochę brutalna, z zewnątrz nie przypomina kościoła - ale ma coś wręcz minimalnie hipnotycznego w swoim rytmie okien i oryginalnej, ekscentrycznej, blaszanej wieży z krzyżem. Nie zawodzi wnętrze, gdzie rytm okien kontynuuje swoje dzieło, a kolejnym wabikiem dla wzroku jest świetne sklepienie. Może nie jest to architektura wybitna, ale jest dobra - i mimo modernistycznych eksperymentów udało się zachować trochę uduchowienia.








Na uwagę zasługuje położony koło Sky Tower, ceglany, ale gęsto ozdobiony kamiennymi ornamentami budynek Dolnośląskiego Centrum Onkologii. A raczej ta pozostałość piękna, jaka z niego została - prezentował się dużo okazalej w dawnych czasach, w których nie był pozbawiony pięknego spadzistego dachu i wieży.


Obiecywałem dwie neoromańskie perełki. Druga po Kościele św. Augustyna znajduje się przy ulicy Kruczej (do niej z kolei - jak już sentymenty, to na całego - miałem dwa kroki ze swojego liceum, położonego już jednak na Gajowicach). To Kościół św. Karola Boromeusza, nieco młodszy (1911-1913) i nieco większy, na planie krzyża łacińskiego. Piękny gmach, choć muszę z pewnym poczuciem winy przyznać, że odrobinę bardziej przemawiał do mnie przed remontem, który wybielił jego tynk i oczyścił piaskowcowe ornamenty - mrok, jaki nadawało mu przybrudzenie, wybitnie mi do niego pasował. Mroku pozostało za to dużo we wnętrzu - oszczędnie oświetlonym światłem słonecznym i oszczędnie podświetlanym po zmroku, mającym w sobie faktycznie coś z romańskiej atmosfery (choć rozplanowanie naw, nie wspominając o sklepieniach, jest już dużo bardziej gotyckie).











Wspominam jeszcze o dwóch godnych uwagi budynkach w pobliżu - dwóch potężnych, choć odmiennych od siebie gmachach użyteczności publicznej. Ceglana, prostopadłościenna siedziba 4. Regionalnej Bazy Logistycznej Wojska Polskiego to być może najbardziej dosadnie wojskowy budynek we Wrocławiu, z kolei bardzo przyjemna dla oka dzięki kamiennym obramieniom okien siedziba ZUSu jest chyba jak na tę instytucję trochę zbyt przyjemna.




Od wielkomiejskiego, przytłaczającego charakteru osiedla odcina się jego południowo-zachodnia część między ulicami Sztabową, Gajowicką, Hallera i Powstańców - jest tu bardziej kameralnie, zachowało się sporo przedwojennych kamienic. Szczególnie lubię ulicę Wandy z urokliwym deptakiem na środku, zakończonym bramą "wydrążoną" w zabytkowej kamienicy.





Większość oddalonych od centrum osiedli po zmroku nie zyskuje nic bardzo ciekawego - po prostu robi się tam ciemno i niewiele widać. Tu jednak warto wstąpić po ciemku, bo dopiero wtedy słowo urban otrzymuje pełną realizację. Osiedle staje się wówczas wręcz filmowe, idealne pod współczesny dramat egzystencjalny.













O Powstańców Śląskich jako osiedlu - być może ze względu na dziwną nazwę - nikt za bardzo nie myśli. Słyszy się raczej określenia takie jak "okolice Sky Tower", "okolice Ronda" albo po prostu konkretne nazwy ulic. A jednak to jest odrębna, spójna w sobie historia na mapie miasta, której wyrazistości mogłoby pozazdrościć większość innych osiedli - nawet jeśli nie jest to wyrazistość bardzo pozytywna. Pod pewnymi względami nie cierpię tego miejsca, ale jednocześnie w pewnym sensie je uwielbiam i Wrocławia bez niego sobie nie wyobrażam.

Komentarze

Prześlij komentarz